Miałem niedawno przyjemność doświadczyć niedługiej rozmowy z przyjacielem buddystą, który to zainspirował mnie do pewnych przemyśleń. Zapraszam do lektury 
Próba chrześcijańsko-buddyjskiej mapy ludzkiej kondycji
Bóg może być pomyślany jako Pełnia: nie jako jeden z bytów istniejących pośród innych, lecz jako samo Źródło istnienia, dobra, prawdy i piękna. Stworzenie nie znajduje się więc obok Boga tak, jak jeden przedmiot znajduje się obok drugiego. Istnieje dzięki Niemu, w każdej chwili otrzymując od Niego własne istnienie. Zarazem nie jest Bogiem. Między Stwórcą a stworzeniem istnieje rzeczywista granica, lecz nie jest ona przepaścią pomiędzy dwiema całkowicie obcymi rzeczywistościami. Jest granicą pomiędzy Źródłem a tym, co z niego wypływa, pomiędzy Pełnią a tym, co może w niej uczestniczyć.
W chrześcijaństwie granica ta nie zostaje zniesiona, lecz zostaje przekroczona w sposób paradoksalny. We Wcieleniu Bóg nie przestaje być Bogiem i nie rozpływa się w stworzeniu. Przyjmuje stworzoną naturę ludzką, łącząc w Chrystusie bez pomieszania to, co boskie, i to, co ludzkie. W ten sposób pomost pomiędzy Stwórcą a stworzeniem nie jest jedynie ludzkim pragnieniem wzniesienia się ku Absolutowi. Staje się ruchem Boga ku stworzeniu. Człowiek może zwrócić się ku Bogu dlatego, że Bóg pierwszy zwrócił się ku człowiekowi.
Pierwotnym stanem stworzenia można więc nazwać orientację ku Źródłu. Stworzenie widzi Boga, siebie i świat w świetle łaski. Nie oznacza to, że przestaje być skończone albo że posiada Boga na własność. Oznacza raczej, że rozumie własną skończoność jako dar, nie zaś jako brak, który trzeba za wszelką cenę wypełnić. Różnica między Bogiem a człowiekiem nie jest wtedy przeżywana jako opuszczenie. Jest przestrzenią relacji.
Człowiek nie jest pełnią, ale może uczestniczyć w Pełni. Nie jest źródłem własnego istnienia, ale może przyjmować istnienie jako łaskę. Nie jest samowystarczalny, ale jego niesamowystarczalność nie musi być raną. Może być otwarciem.
Upadek jako zmiana orientacji
Upadku nie trzeba rozumieć jako całkowitej przemiany istoty człowieka. Adam nie przestaje być Adamem. Obraz Boga w człowieku nie zostaje unicestwiony. Człowiek nadal pozostaje stworzony ku prawdzie, dobru, pięknu, miłości i jedności z Bogiem. To właśnie dlatego nawet w stanie oddalenia nie potrafi przestać ich pragnąć.
Zmianie ulega jednak kierunek jego spojrzenia
Stworzenie, które było zwrócone ku Źródłu, odwraca się od Niego. Nie może przestać istnieć dzięki Bogu, ale zaczyna żyć tak, jak gdyby mogło istnieć samo z siebie. Nie może utracić swojego najgłębszego pragnienia Pełni, lecz próbuje zaspokoić je poprzez to, co skończone. W ten sposób pierwotne pragnienie nie zostaje zniszczone, ale ulega rozproszeniu.
Człowiek nadal pragnie dobra, lecz zaczyna utożsamiać dobro z własną korzyścią. Pragnie miłości, lecz usiłuje posiadać osobę kochaną. Pragnie bezpieczeństwa, lecz buduje je poprzez kontrolę. Pragnie prawdy, lecz zamienia ją w zbiór pojęć, nad którymi chce panować. Pragnie wieczności, lecz chwyta rzeczy przemijające, jak gdyby mogły go ocalić od przemijania.
Grzech nie musi więc tworzyć w człowieku zupełnie nowego rodzaju pragnienia. Może być rozumiany jako deformacja pragnienia pierwotnego. Człowiek szuka Boga, lecz szuka Go w tym, co Bogiem nie jest. Szuka Pełni w rzeczach, które mogą jedynie odbijać jej światło.
Upadek staje się wówczas nie tylko przekroczeniem prawa, ale przede wszystkim zmianą orientacji istnienia. Stworzenie przestaje patrzeć ku Bogu i kieruje uwagę ku temu, co znajduje się po stronie braku, rozproszenia i nicości.
Nicość nie jest tu jednak drugim absolutem, przeciwnym Bogu. Nie istnieje jako niezależna rzeczywistość. Jest raczej brakiem uczestnictwa, rozpadem relacji i utratą przejrzystości. Zło nie posiada własnej pełni. Żywi się dobrem, które zniekształca. Podobnie jak cień nie istnieje bez światła, tak upadła rzeczywistość nie może całkowicie zerwać związku ze swoim Źródłem.
Fluktuacje i odbite światło
Stworzenie, nawet odwrócone od Boga, nie przestaje być ku Niemu skierowane w swojej najgłębszej naturze. Dlatego pomiędzy nim a nicością nie pojawia się zupełna pustka. Powstają fluktuacje: formy, poruszenia, obrazy, pragnienia, lęki, wspomnienia, projekcje i dążenia, poprzez które stworzenie próbuje odnaleźć utraconą Pełnię.
Fluktuacje te nie są czystym fałszem. Gdyby były całkowicie pozbawione prawdy, nie mogłyby nas przyciągać. Zawierają odbite światło łaski. Piękno rzeczy stworzonej naprawdę jest pięknem. Miłość naprawdę jest dobrem. Radość, poznanie, bliskość i zachwyt nie są jedynie oszustwem umysłu. Są śladami Źródła.
Problem polega na tym, że światło ideału odbija się od nieidealnej powierzchni. To, co nieskończone, zostaje przeżyte w formie skończonej. To, co wieczne, pojawia się w czasie. To, co jednoczące, zostaje rozdzielone na fragmenty. Stworzenie próbuje więc zatrzymać odbicie, jak gdyby było samym światłem.
Pragnie zachować chwilę, która z natury przemija. Próbuje uczynić z drugiego człowieka źródło własnej pełni. Chce nadać trwałość swojej pozycji, tożsamości, przekonaniom i wyobrażeniom. Im mocniej jednak chwyta fluktuacje, tym wyraźniej doświadcza ich nietrwałości.
W tym sensie upadły świat nie jest innym światem niż ten, który stworzył Bóg. Jest tym samym stworzeniem, lecz przeżywanym w stanie odwrócenia. Rzeczy nie przestają być dobre, ale tracą dla człowieka przejrzystość. Nie wskazują już łatwo poza siebie. Zostają potraktowane jak rzeczywistości zamknięte, samowystarczalne i zdolne dać człowiekowi ostateczne spełnienie.
Upadek nie stworzył zatem całkowicie fałszywego świata. Stworzył fałszywy sposób zamieszkiwania świata prawdziwego.
Samsara jako opis świadomości odwróconej
W tym miejscu pojawia się możliwość spotkania z buddyzmem. Buddyzm niezwykle precyzyjnie rozpoznaje, że cierpienie nie wynika wyłącznie z istnienia bólu, straty czy śmierci. Rodzi się także ze sposobu, w jaki umysł odnosi się do doświadczenia. Chce zatrzymać to, co przemija, odrzucić to, co nieprzyjemne, oraz zbudować trwałe „ja” z procesów, które nieustannie się zmieniają.
Samsara nie musi być rozumiana wyłącznie jako osobny kosmiczny obszar. Można ją również pojmować jako strukturę świadomości uwikłanej w niewiedzę, przywiązanie i awersję. Jest sposobem przeżywania rzeczywistości poprzez chwytanie.
W świetle chrześcijańskiej mapy samsara mogłaby więc zostać odczytana jako niezwykle dokładny opis umysłu stworzenia, które odwróciło się od Źródła. Człowiek nie widzi rzeczy takimi, jakimi są w Bogu. Widzi je poprzez własny lęk, pożądanie, przywiązanie i potrzebę potwierdzania siebie. Nie przyjmuje świata jako daru. Próbuje uczynić go własnością.
Buddyjska analiza nietrwałości obnaża bezskuteczność tego ruchu. Wszystko, czego człowiek usiłuje się uchwycić, ulega zmianie. Ciało starzeje się, uczucia przemijają, relacje zmieniają się, wyobrażenia o sobie rozpadają się pod wpływem kolejnych doświadczeń. Nie istnieje żadna skończona forma, która mogłaby unieść ciężar nieskończonego pragnienia.
Buddyzm ma zatem rację, kiedy pokazuje iluzoryczność trwałości przypisywanej rzeczom oraz niezależności przypisywanej ego. Ma rację, kiedy rozpoznaje, że cierpienie jest podtrzymywane przez chwytanie. Ma rację, kiedy uczy uwagi, nieprzywiązywania się oraz rozpoznawania mechanizmów, przez które umysł sam wzmacnia własną niewolę.
Z chrześcijańskiej perspektywy można powiedzieć, że tradycja buddyjska z wielką przenikliwością opisała fenomenologię odwróconej świadomości. Zbadała fluktuacje i mechanizm, przez który człowiek bierze ich odbite światło za samo Źródło.
Nie oznacza to jednak, że buddyjska i chrześcijańska interpretacja są tożsame.
Dwie pustki i dwa kierunki wyzwolenia
Słowo „pustka” może bowiem oznaczać dwie odmienne rzeczywistości.
W chrześcijaństwie pustka powstająca przez odwrócenie od Boga oznacza brak: utratę komunii, oddalenie od Źródła, rozpad jedności i zubożenie istnienia. Nie jest ona celem, lecz raną. Człowiek nie ma zostać w niej ostatecznie pogrążony, lecz ocalony przed nicością poprzez odzyskanie uczestnictwa w Bożym życiu.
W buddyzmie śūnyatā nie oznacza zwykłej nicości. Jest rozpoznaniem, że rzeczy nie posiadają niezależnej, trwałej i samoistnej natury. Istnieją współzależnie, warunkowo i relacyjnie. Pustka nie jest zatem pustym obszarem znajdującym się za zjawiskami, ale prawdą o ich niesamoistności.
Podobieństwo między tymi językami może być wielkie, lecz nie należy zamieniać go w pełną identyczność. Chrześcijanin i buddysta mogą podobnie opisywać iluzję ego, nietrwałość rzeczy oraz cierpienie rodzące się z przywiązania. Ostatecznie jednak inaczej odpowiedzą na pytanie, co znajduje się po przejrzeniu iluzji.
Dla buddyzmu wyzwolenie polega na ustaniu niewiedzy i chwytania, na wygaśnięciu przywiązania do trwałego „ja” oraz na przekroczeniu samsarycznego sposobu istnienia.
Dla chrześcijaństwa zbawienie polega na odnowieniu komunii. Fałszywe „ja” musi umrzeć, lecz osoba nie zostaje unicestwiona. Zostaje odnaleziona w relacji. Człowiek nie wyzwala się od istnienia, lecz zostaje doprowadzony do pełni istnienia. Nie opuszcza stworzenia, lecz uczestniczy w jego przemienieniu.
Chrześcijański cel nie jest rozpłynięciem się stworzenia w Bogu. Jest przebóstwieniem: pełnym uczestnictwem w Bożym życiu bez utraty osobowej odrębności. Miłość wymaga bowiem różnicy. Nie może istnieć komunia, jeśli nie istnieją ci, którzy w niej uczestniczą.
Nawrócenie jako odwrócenie spojrzenia
Nawrócenie można w tej perspektywie rozumieć dosłownie jako ponowne odwrócenie. Człowiek, który był zwrócony ku fluktuacjom, odwraca się ku Źródłu. Nie oznacza to, że fluktuacje znikają. Świat nadal pozostaje nietrwały. Ciało nadal cierpi. Umysł nadal nosi ślady lęku, pragnienia i przywiązania. Historia nie zostaje unieważniona.
To wszystko pozostaje na plecach człowieka jako jego bagaż i krzyż. Różnica polega na tym, że nie stanowi już centrum jego spojrzenia.
Krzyż nie jest zaprzeczeniem świata, lecz zmianą sposobu jego niesienia. Człowiek nie przestaje cierpieć tylko dlatego, że zwrócił się ku Bogu. Przestaje jednak uważać cierpienie, stratę i śmierć za ostatnie słowo o rzeczywistości.
Chrześcijańskie odwrócenie nie powinno być rozumiane jako pogarda dla stworzenia. Człowiek nie zwraca się ku Bogu po to, aby już nigdy nie patrzeć na świat. Zwraca się ku Bogu, aby nauczyć się patrzeć na świat we właściwym świetle.
Dopiero wtedy rzecz może być kochana bez uczynienia z niej bożka. Drugi człowiek może być przyjęty jako osoba, a nie jako środek zaspokojenia własnego braku. Ciało może być przeżywane jako dar, a nie jako więzienie albo narzędzie kontroli. Przemijanie może zostać uznane bez popadania w rozpacz.
W ten sposób chrześcijaństwo nie prowadzi wyłącznie poza fluktuacje. Prowadzi ku ich przemienieniu. Świat przestaje być zasłoną wtedy, gdy ponownie staje się ikoną.
Wspólna diagnoza, odmienne spełnienie
Chrześcijaństwo i buddyzm mogą zatem spotkać się w opisie ludzkiego uwikłania. Obie tradycje rozpoznają, że człowiek żyje w stanie niewiedzy o sobie. Obie dostrzegają niebezpieczeństwo przywiązania. Obie uczą śmierci fałszywego ego. Obie wiedzą, że bez radykalnej przemiany percepcji człowiek pozostaje więźniem własnych projekcji.
Ich podobieństwo nie oznacza jednak, że prowadzą do tego samego celu.
Buddyzm wskazuje drogę wyzwolenia od chwytania i iluzji samoistnego „ja”. Chrześcijaństwo wskazuje drogę powrotu do komunii z osobowym Bogiem, który jest nie tylko absolutną rzeczywistością, ale również miłością.
W pierwszym przypadku problemem jest niewiedza podtrzymująca samsarę. W drugim - zerwana relacja ze Źródłem istnienia. W pierwszym wyzwolenie dokonuje się poprzez przejrzenie pustki form. W drugim poprzez łaskę, nawrócenie, śmierć starego człowieka i zmartwychwstanie osoby w Chrystusie.
Można więc uznać, że obie tradycje rzeczywiście coś zobaczyły. Buddyzm z niezwykłą precyzją rozpoznał fluktuacje, nietrwałość i mechanizm chwytania. Chrześcijaństwo interpretuje jednak światło obecne w tych fluktuacjach nie jako anonimowy blask pozbawionej źródła rzeczywistości, lecz jako odbicie łaski Stwórcy.
Człowiek może przez całe życie wpatrywać się w odbicia i próbować znaleźć w nich Pełnię. Może także rozpoznać ich nietrwałość i przestać się ich kurczowo trzymać. Chrześcijaństwo dodaje jednak trzeci ruch: może odwrócić się i odkryć, że światło, którego szukał w zmiennych formach, pochodzi od Źródła, które od początku podtrzymywało zarówno jego, jak i cały świat.
Stworzenie nie zostaje wtedy odrzucone. Zostaje odzyskane.
Nie okazuje się Bogiem, ale ponownie staje się przejrzyste dla Boga. Nie przestaje być skończone, ale jego skończoność przestaje być zamknięciem. Nie znika w Pustce, lecz odnajduje swoją pełnię w komunii.
Ostatecznie różnica między obiema drogami może więc brzmieć następująco:
- Buddyzm uczy, że nie należy brać fal za trwałą rzeczywistość.
- Chrześcijaństwo mówi, że fale, choć nietrwałe i zniekształcone, nadal odbijają światło - a światło ma Źródło.
#chrzescijanstwo #katolicyzm #buddyzm #ekumenizm #fide #filozofia #religia

Próba chrześcijańsko-buddyjskiej mapy ludzkiej kondycji
Bóg może być pomyślany jako Pełnia: nie jako jeden z bytów istniejących pośród innych, lecz jako samo Źródło istnienia, dobra, prawdy i piękna. Stworzenie nie znajduje się więc obok Boga tak, jak jeden przedmiot znajduje się obok drugiego. Istnieje dzięki Niemu, w każdej chwili otrzymując od Niego własne istnienie. Zarazem nie jest Bogiem. Między Stwórcą a stworzeniem istnieje rzeczywista granica, lecz nie jest ona przepaścią pomiędzy dwiema całkowicie obcymi rzeczywistościami. Jest granicą pomiędzy Źródłem a tym, co z niego wypływa, pomiędzy Pełnią a tym, co może w niej uczestniczyć.
W chrześcijaństwie granica ta nie zostaje zniesiona, lecz zostaje przekroczona w sposób paradoksalny. We Wcieleniu Bóg nie przestaje być Bogiem i nie rozpływa się w stworzeniu. Przyjmuje stworzoną naturę ludzką, łącząc w Chrystusie bez pomieszania to, co boskie, i to, co ludzkie. W ten sposób pomost pomiędzy Stwórcą a stworzeniem nie jest jedynie ludzkim pragnieniem wzniesienia się ku Absolutowi. Staje się ruchem Boga ku stworzeniu. Człowiek może zwrócić się ku Bogu dlatego, że Bóg pierwszy zwrócił się ku człowiekowi.
Pierwotnym stanem stworzenia można więc nazwać orientację ku Źródłu. Stworzenie widzi Boga, siebie i świat w świetle łaski. Nie oznacza to, że przestaje być skończone albo że posiada Boga na własność. Oznacza raczej, że rozumie własną skończoność jako dar, nie zaś jako brak, który trzeba za wszelką cenę wypełnić. Różnica między Bogiem a człowiekiem nie jest wtedy przeżywana jako opuszczenie. Jest przestrzenią relacji.
Człowiek nie jest pełnią, ale może uczestniczyć w Pełni. Nie jest źródłem własnego istnienia, ale może przyjmować istnienie jako łaskę. Nie jest samowystarczalny, ale jego niesamowystarczalność nie musi być raną. Może być otwarciem.
Upadek jako zmiana orientacji
Upadku nie trzeba rozumieć jako całkowitej przemiany istoty człowieka. Adam nie przestaje być Adamem. Obraz Boga w człowieku nie zostaje unicestwiony. Człowiek nadal pozostaje stworzony ku prawdzie, dobru, pięknu, miłości i jedności z Bogiem. To właśnie dlatego nawet w stanie oddalenia nie potrafi przestać ich pragnąć.
Zmianie ulega jednak kierunek jego spojrzenia
Stworzenie, które było zwrócone ku Źródłu, odwraca się od Niego. Nie może przestać istnieć dzięki Bogu, ale zaczyna żyć tak, jak gdyby mogło istnieć samo z siebie. Nie może utracić swojego najgłębszego pragnienia Pełni, lecz próbuje zaspokoić je poprzez to, co skończone. W ten sposób pierwotne pragnienie nie zostaje zniszczone, ale ulega rozproszeniu.
Człowiek nadal pragnie dobra, lecz zaczyna utożsamiać dobro z własną korzyścią. Pragnie miłości, lecz usiłuje posiadać osobę kochaną. Pragnie bezpieczeństwa, lecz buduje je poprzez kontrolę. Pragnie prawdy, lecz zamienia ją w zbiór pojęć, nad którymi chce panować. Pragnie wieczności, lecz chwyta rzeczy przemijające, jak gdyby mogły go ocalić od przemijania.
Grzech nie musi więc tworzyć w człowieku zupełnie nowego rodzaju pragnienia. Może być rozumiany jako deformacja pragnienia pierwotnego. Człowiek szuka Boga, lecz szuka Go w tym, co Bogiem nie jest. Szuka Pełni w rzeczach, które mogą jedynie odbijać jej światło.
Upadek staje się wówczas nie tylko przekroczeniem prawa, ale przede wszystkim zmianą orientacji istnienia. Stworzenie przestaje patrzeć ku Bogu i kieruje uwagę ku temu, co znajduje się po stronie braku, rozproszenia i nicości.
Nicość nie jest tu jednak drugim absolutem, przeciwnym Bogu. Nie istnieje jako niezależna rzeczywistość. Jest raczej brakiem uczestnictwa, rozpadem relacji i utratą przejrzystości. Zło nie posiada własnej pełni. Żywi się dobrem, które zniekształca. Podobnie jak cień nie istnieje bez światła, tak upadła rzeczywistość nie może całkowicie zerwać związku ze swoim Źródłem.
Fluktuacje i odbite światło
Stworzenie, nawet odwrócone od Boga, nie przestaje być ku Niemu skierowane w swojej najgłębszej naturze. Dlatego pomiędzy nim a nicością nie pojawia się zupełna pustka. Powstają fluktuacje: formy, poruszenia, obrazy, pragnienia, lęki, wspomnienia, projekcje i dążenia, poprzez które stworzenie próbuje odnaleźć utraconą Pełnię.
Fluktuacje te nie są czystym fałszem. Gdyby były całkowicie pozbawione prawdy, nie mogłyby nas przyciągać. Zawierają odbite światło łaski. Piękno rzeczy stworzonej naprawdę jest pięknem. Miłość naprawdę jest dobrem. Radość, poznanie, bliskość i zachwyt nie są jedynie oszustwem umysłu. Są śladami Źródła.
Problem polega na tym, że światło ideału odbija się od nieidealnej powierzchni. To, co nieskończone, zostaje przeżyte w formie skończonej. To, co wieczne, pojawia się w czasie. To, co jednoczące, zostaje rozdzielone na fragmenty. Stworzenie próbuje więc zatrzymać odbicie, jak gdyby było samym światłem.
Pragnie zachować chwilę, która z natury przemija. Próbuje uczynić z drugiego człowieka źródło własnej pełni. Chce nadać trwałość swojej pozycji, tożsamości, przekonaniom i wyobrażeniom. Im mocniej jednak chwyta fluktuacje, tym wyraźniej doświadcza ich nietrwałości.
W tym sensie upadły świat nie jest innym światem niż ten, który stworzył Bóg. Jest tym samym stworzeniem, lecz przeżywanym w stanie odwrócenia. Rzeczy nie przestają być dobre, ale tracą dla człowieka przejrzystość. Nie wskazują już łatwo poza siebie. Zostają potraktowane jak rzeczywistości zamknięte, samowystarczalne i zdolne dać człowiekowi ostateczne spełnienie.
Upadek nie stworzył zatem całkowicie fałszywego świata. Stworzył fałszywy sposób zamieszkiwania świata prawdziwego.
Samsara jako opis świadomości odwróconej
W tym miejscu pojawia się możliwość spotkania z buddyzmem. Buddyzm niezwykle precyzyjnie rozpoznaje, że cierpienie nie wynika wyłącznie z istnienia bólu, straty czy śmierci. Rodzi się także ze sposobu, w jaki umysł odnosi się do doświadczenia. Chce zatrzymać to, co przemija, odrzucić to, co nieprzyjemne, oraz zbudować trwałe „ja” z procesów, które nieustannie się zmieniają.
Samsara nie musi być rozumiana wyłącznie jako osobny kosmiczny obszar. Można ją również pojmować jako strukturę świadomości uwikłanej w niewiedzę, przywiązanie i awersję. Jest sposobem przeżywania rzeczywistości poprzez chwytanie.
W świetle chrześcijańskiej mapy samsara mogłaby więc zostać odczytana jako niezwykle dokładny opis umysłu stworzenia, które odwróciło się od Źródła. Człowiek nie widzi rzeczy takimi, jakimi są w Bogu. Widzi je poprzez własny lęk, pożądanie, przywiązanie i potrzebę potwierdzania siebie. Nie przyjmuje świata jako daru. Próbuje uczynić go własnością.
Buddyjska analiza nietrwałości obnaża bezskuteczność tego ruchu. Wszystko, czego człowiek usiłuje się uchwycić, ulega zmianie. Ciało starzeje się, uczucia przemijają, relacje zmieniają się, wyobrażenia o sobie rozpadają się pod wpływem kolejnych doświadczeń. Nie istnieje żadna skończona forma, która mogłaby unieść ciężar nieskończonego pragnienia.
Buddyzm ma zatem rację, kiedy pokazuje iluzoryczność trwałości przypisywanej rzeczom oraz niezależności przypisywanej ego. Ma rację, kiedy rozpoznaje, że cierpienie jest podtrzymywane przez chwytanie. Ma rację, kiedy uczy uwagi, nieprzywiązywania się oraz rozpoznawania mechanizmów, przez które umysł sam wzmacnia własną niewolę.
Z chrześcijańskiej perspektywy można powiedzieć, że tradycja buddyjska z wielką przenikliwością opisała fenomenologię odwróconej świadomości. Zbadała fluktuacje i mechanizm, przez który człowiek bierze ich odbite światło za samo Źródło.
Nie oznacza to jednak, że buddyjska i chrześcijańska interpretacja są tożsame.
Dwie pustki i dwa kierunki wyzwolenia
Słowo „pustka” może bowiem oznaczać dwie odmienne rzeczywistości.
W chrześcijaństwie pustka powstająca przez odwrócenie od Boga oznacza brak: utratę komunii, oddalenie od Źródła, rozpad jedności i zubożenie istnienia. Nie jest ona celem, lecz raną. Człowiek nie ma zostać w niej ostatecznie pogrążony, lecz ocalony przed nicością poprzez odzyskanie uczestnictwa w Bożym życiu.
W buddyzmie śūnyatā nie oznacza zwykłej nicości. Jest rozpoznaniem, że rzeczy nie posiadają niezależnej, trwałej i samoistnej natury. Istnieją współzależnie, warunkowo i relacyjnie. Pustka nie jest zatem pustym obszarem znajdującym się za zjawiskami, ale prawdą o ich niesamoistności.
Podobieństwo między tymi językami może być wielkie, lecz nie należy zamieniać go w pełną identyczność. Chrześcijanin i buddysta mogą podobnie opisywać iluzję ego, nietrwałość rzeczy oraz cierpienie rodzące się z przywiązania. Ostatecznie jednak inaczej odpowiedzą na pytanie, co znajduje się po przejrzeniu iluzji.
Dla buddyzmu wyzwolenie polega na ustaniu niewiedzy i chwytania, na wygaśnięciu przywiązania do trwałego „ja” oraz na przekroczeniu samsarycznego sposobu istnienia.
Dla chrześcijaństwa zbawienie polega na odnowieniu komunii. Fałszywe „ja” musi umrzeć, lecz osoba nie zostaje unicestwiona. Zostaje odnaleziona w relacji. Człowiek nie wyzwala się od istnienia, lecz zostaje doprowadzony do pełni istnienia. Nie opuszcza stworzenia, lecz uczestniczy w jego przemienieniu.
Chrześcijański cel nie jest rozpłynięciem się stworzenia w Bogu. Jest przebóstwieniem: pełnym uczestnictwem w Bożym życiu bez utraty osobowej odrębności. Miłość wymaga bowiem różnicy. Nie może istnieć komunia, jeśli nie istnieją ci, którzy w niej uczestniczą.
Nawrócenie jako odwrócenie spojrzenia
Nawrócenie można w tej perspektywie rozumieć dosłownie jako ponowne odwrócenie. Człowiek, który był zwrócony ku fluktuacjom, odwraca się ku Źródłu. Nie oznacza to, że fluktuacje znikają. Świat nadal pozostaje nietrwały. Ciało nadal cierpi. Umysł nadal nosi ślady lęku, pragnienia i przywiązania. Historia nie zostaje unieważniona.
To wszystko pozostaje na plecach człowieka jako jego bagaż i krzyż. Różnica polega na tym, że nie stanowi już centrum jego spojrzenia.
Krzyż nie jest zaprzeczeniem świata, lecz zmianą sposobu jego niesienia. Człowiek nie przestaje cierpieć tylko dlatego, że zwrócił się ku Bogu. Przestaje jednak uważać cierpienie, stratę i śmierć za ostatnie słowo o rzeczywistości.
Chrześcijańskie odwrócenie nie powinno być rozumiane jako pogarda dla stworzenia. Człowiek nie zwraca się ku Bogu po to, aby już nigdy nie patrzeć na świat. Zwraca się ku Bogu, aby nauczyć się patrzeć na świat we właściwym świetle.
Dopiero wtedy rzecz może być kochana bez uczynienia z niej bożka. Drugi człowiek może być przyjęty jako osoba, a nie jako środek zaspokojenia własnego braku. Ciało może być przeżywane jako dar, a nie jako więzienie albo narzędzie kontroli. Przemijanie może zostać uznane bez popadania w rozpacz.
W ten sposób chrześcijaństwo nie prowadzi wyłącznie poza fluktuacje. Prowadzi ku ich przemienieniu. Świat przestaje być zasłoną wtedy, gdy ponownie staje się ikoną.
Wspólna diagnoza, odmienne spełnienie
Chrześcijaństwo i buddyzm mogą zatem spotkać się w opisie ludzkiego uwikłania. Obie tradycje rozpoznają, że człowiek żyje w stanie niewiedzy o sobie. Obie dostrzegają niebezpieczeństwo przywiązania. Obie uczą śmierci fałszywego ego. Obie wiedzą, że bez radykalnej przemiany percepcji człowiek pozostaje więźniem własnych projekcji.
Ich podobieństwo nie oznacza jednak, że prowadzą do tego samego celu.
Buddyzm wskazuje drogę wyzwolenia od chwytania i iluzji samoistnego „ja”. Chrześcijaństwo wskazuje drogę powrotu do komunii z osobowym Bogiem, który jest nie tylko absolutną rzeczywistością, ale również miłością.
W pierwszym przypadku problemem jest niewiedza podtrzymująca samsarę. W drugim - zerwana relacja ze Źródłem istnienia. W pierwszym wyzwolenie dokonuje się poprzez przejrzenie pustki form. W drugim poprzez łaskę, nawrócenie, śmierć starego człowieka i zmartwychwstanie osoby w Chrystusie.
Można więc uznać, że obie tradycje rzeczywiście coś zobaczyły. Buddyzm z niezwykłą precyzją rozpoznał fluktuacje, nietrwałość i mechanizm chwytania. Chrześcijaństwo interpretuje jednak światło obecne w tych fluktuacjach nie jako anonimowy blask pozbawionej źródła rzeczywistości, lecz jako odbicie łaski Stwórcy.
Człowiek może przez całe życie wpatrywać się w odbicia i próbować znaleźć w nich Pełnię. Może także rozpoznać ich nietrwałość i przestać się ich kurczowo trzymać. Chrześcijaństwo dodaje jednak trzeci ruch: może odwrócić się i odkryć, że światło, którego szukał w zmiennych formach, pochodzi od Źródła, które od początku podtrzymywało zarówno jego, jak i cały świat.
Stworzenie nie zostaje wtedy odrzucone. Zostaje odzyskane.
Nie okazuje się Bogiem, ale ponownie staje się przejrzyste dla Boga. Nie przestaje być skończone, ale jego skończoność przestaje być zamknięciem. Nie znika w Pustce, lecz odnajduje swoją pełnię w komunii.
Ostatecznie różnica między obiema drogami może więc brzmieć następująco:
- Buddyzm uczy, że nie należy brać fal za trwałą rzeczywistość.
- Chrześcijaństwo mówi, że fale, choć nietrwałe i zniekształcone, nadal odbijają światło - a światło ma Źródło.
#chrzescijanstwo #katolicyzm #buddyzm #ekumenizm #fide #filozofia #religia












Masy bez celu, bez ambicji i bez emocji. Masy walczące o przeżycie z dnia na dzień nie mają czasu na bunt. Podskoczysz to będziesz mieć automatycznie wyłączony socjal, zdechniesz z głodu „na własne życzenie”, albo trafisz do gułagu który o dziwo będzie gorszy od życia w bezdusznej dystopii.
















