Elvis Presley po tygodniu w Grecji:

Zdjęcie

#bekazbalkanow

12

Ślepe oko prokuratury. Jak za czasów Tuska skręcono sprawę Giertycha, a nagrodą był awansnczas.info

Zdjęcie

Zarzuty wobec Romana Giertycha w aferze Polnordu zostały umorzone. Jak ujawnia money.pl, prokuratura zignorowała międzynarodową sieć powiązań, omijając wątki rajów podatkowych i rosyjskich pośredników. A prokurator, który zdecydował o oczyszczeniu Giertycha z zarzutów, decyzją ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, awansował.

Śledztwo w sprawie wyprowadzenia 96,2 mln zł z Polnordu opierało się na skomplikowanej pajęczynie finansowej. W centrum jej zagranicznego odgałęzienia znalazł się zarejestrowany w Liechtensteinie podmiot Utriusque Iuris Anstalt, przez który w krótkim czasie przetransferowano blisko milion złotych na konto warszawskiej kancelarii Romana Giertycha. Mimo alarmujących raportów Generalnego Inspektora Informacji Finansowej (GIIF), śledczy pod nadzorem nowej władzy wykazali się zadziwiającą biernością, systematycznie pomijając możliwe dowody.

Umorzenie zarzutów nastąpiło przy pominięciu elementarnych czynności procesowych. Według ustaleń Szymona Jadczaka i Karoliny Wysoty z Wirtualnej Polski/money.pl, chodzi chociażby o brak przesłuchania „słupów”. Nigdy nie wezwano na przesłuchanie pani Katarzyny – byłej pracowniczki kancelarii Giertycha, na której nazwisko i z użyciem jej podpisów założono zagraniczną spółkę służącą do transferu środków.

Także Barbara Giertych, której nazwisko widniało w tytułach przelewów opiewających łącznie na 1,38 mln zł (wykonywanych przez współpracownika mecenasa, Sebastiana J. ps. „Foka”), nie została przesłuchana w charakterze świadka.

Co więcej, śledczy celowo nie wystąpili z wnioskami o pomoc prawną do Liechtensteinu ani Panamy. Tym samym całkowicie zignorowano obecność w zarządzie zagranicznego podmiotu Wiktorii Kriażewej (Victorii Beninger) – Rosjanki znanej z obsługiwania interesów rosyjskich oligarchów w rajach podatkowych.

Część z powyższych – zdaniem niektórych nieudolnych – działań prowadziła jeszcze prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę. Po zmianie władzy i przejęciu nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości przez Adama Bodnara w rządzie Donalda Tuska, narracja wokół sprawy Polnordu i zaangażowania w nią Romana Giertycha uległa zmianie. Zmiana prokuratora prowadzącego sprawę przyniosła natychmiastowy zwrot akcji.

Money.pl pisze, że mimo ewidentnych „czerwonych flag” sygnalizowanych przez ekspertów od spraw przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML) – takich jak centralizacja kontroli operacyjnej przez jednego człowieka („Fokę”), skomplikowane wehikuły powiernicze i idealna zbieżność przelewanych kwot (120 tys. zł miesięcznie) – śledczy uznali, że mecenas Giertych o niczym nie wiedział. Decyzję o umorzeniu oparto na karkołomnej tezie, że polityk nie miał żadnego wpływu na działania swojego ochroniarza i zaufanego współpracownika, który z rajów podatkowych przelewał mu setki tysięcy złotych.

Decyzja o umorzeniu zarzutów budziła ogromne kontrowersje. Ciekawe są też dalsze losy osób, które brały udział w śledztwie.

Jak pisze red. Jadczak, Żurek awansował niedawno prokuratura odpowiedzialnego za umorzenie zarzutów Giertycha. Wcześniej „Rzeczpospolita” pisała z kolei, że prok. Sylwii Chamerskiej, która była przeciwna umorzeniu postępowania, nie przedłużono delegacji do Prokuratury Krajowej.

http://nczas.info/2026/04/10/slepe-oko-prokuratury-jak-za-czasow-tuska-skrecono-sprawe-giertycha-a-nagroda-byl-awans/

#giertych #usmiechnieci

16

Wszystko zaczyna się w 1932 roku w Warszawie, w skromnym biurze przy Alejach Ujazdowskich. Trzej absolwenci matematyki Uniwersytetu Poznańskiego dostają zadanie, które z pozoru wydaje się niemożliwe: złamać szyfr Enigmy, urządzenia, które sama jego twórca uważał za niezniszczalne.

Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski nie byli kryptografami z zawodu. Byli matematykami, i właśnie to miało zmienić historię.

Zanim jednak do tego doszło, musiał się wydarzyć jeden z tych drobnych wypadków, które ciągną za sobą ogromne konsekwencje. W 1929 roku do Urzędu Celnego w Warszawie trafia paczka z Niemiec.

Celnik otwiera ją i znajduje dziwną maszynę do pisania. Telefon do Biura Szyfrów, kilka godzin czasu, aparat fotograficzny. Niemcy po paczce przyjeżdżają, maszyna wraca do nadawcy nienaruszona. Polacy mają zdjęcia i mają pewność, że Enigma jest czymś, czego powinni się bać.

Przez dwa lata nic. Szyfr trzyma się nieugięcie. Francuzi podrzucają instrukcje obsługi pozyskane przez szpiega, ale i to nie wystarczy. Wtedy pojawia się Rejewski.

Ma dwadzieścia siedem lat i pomysł, który nie przychodzi do głowy tradycyjnym kryptografom. Zamiast analizować treść wiadomości, zaczyna analizować samą strukturę szyfru. Zamiast szukać słów, szuka permutacji. Traktuje Enigmę jak problem algebraiczny, bo tym w istocie jest. W ciągu kilku tygodni rekonstruuje okablowanie rotorów. Robi to wyłącznie na podstawie matematyki, bez jednego fizycznego egzemplarza maszyny.

To, co Rejewski osiągnął, nie było odgadnięciem hasła ani szczęśliwym trafem. To było coś głębszego: zrozumienie wewnętrznej logiki urządzenia przez czyste myślenie abstrakcyjne. Do dzisiaj kryptografowie piszą o tym z podziwem.

Przez kolejne lata trio pracuje bez rozgłosu.

Zygalski projektuje arkusze perforowane, swego rodzaju kombinatoryczne sito do odsiewania możliwych konfiguracji rotorów. Różycki wynajduje metodę nazwaną od doby zegarowej. Rejewski buduje pierwszą mechaniczną bombę kryptologiczną, maszynę przyspieszającą łamanie kolejnych kluczy szyfrowych. To nie jest jeszcze Turing. To jest Rejewski, Polska, rok 1938.

W 1938 roku Niemcy komplikują system, dodając dwa nowe rotory. Wymagałoby to sześćdziesięciu bomb zamiast sześciu. Polacy mają środki na sześć. Wiedzą, że czas im ucieka.

I wtedy zapada decyzja, która jest jedną z najbardziej niedocenianych w historii II wojny światowej. W lipcu 1939 roku, kilka tygodni przed wybuchem wojny, Polacy zapraszają do Pyrzowie pod Warszawą Brytyjczyków i Francuzów. Przekazują im wszystko: repliki Enigmy, metody, arkusze Zygalskiego, dokumentację matematyczną.

Oddają to bez żadnych warunków, bez politycznych targów, po prostu jako dar. Alec Denniston z Bletchley Park wychodzi ze spotkania blady. Jego ekipa przez lata kręciła się wokół tego samego problemu i nie doszła tak daleko.

Churchill będzie później pisał o Bletchley jako o "kurach znoszących złote jaja, nigdy nie gdaczących". Będzie mówił o Turingu. O Polakach nie powie nic, bo nic nie będzie mógł powiedzieć, bo wszystko było tajne. Rejewski, Różycki i Zygalski trafią po klęsce kampanii wrześniowej do Francji, potem do Algierii, potem ponownie do Francji, gdzie w Vichy będą nadal łamać szyfry na małym oddziale. Różycki zginie w 1942 roku na Morzu Śródziemnym, prawdopodobnie gdy statek, którym płynął, zostanie zatopiony. Miał trzydzieści dwa lata.

Rejewski przeżyje wojnę i wróci do Polski. Przez całe dekady będzie pracował jako zwykły księgowy, bo praca w kryptografii była zbyt niebezpieczna w PRL-u. Dopiero pod koniec życia zacznie udzielać wywiadów, pisać wspomnienia, opowiadać o tym, co zrobił. Umrze w 1980 roku, rok przed stanem wojennym.

Historia o złamaniu Enigmy, jaką znamy z filmów i książek, zaczyna się zazwyczaj od Alana Turinga i Bletchley Park. To nie jest historia fałszywa, ale jest niepełna. Turing budował na fundamentach, które już stały. A fundamenty te postawili trzej polscy matematycy, którym dano złe narzędzia, zbyt mało czasu i w końcu nie dano nawet możliwości opowiedzenia własnej historii.

http://www.facebook.com/reel/1683972073052991

#szyfrowanie #iiiwojnaswiatowa #historia

15

Armia Krajowa uderzyła w Berlinie. Zamach „Zagra-Linu” w sercu III Rzeszy

10 kwietnia 1943 roku Armia Krajowa przeprowadziła jeden z najbardziej śmiałych zamachów w swojej historii. W samym centrum Berlina, na ruchliwym dworcu kolejowym Friedrichstraße, eksplodował ładunek podłożony przez żołnierzy polskiego podziemia.

Wybuch nastąpił w momencie, gdy na peronie zatrzymały się pociągi z urlopowanymi żołnierzami Wehrmachtu. Zginęło 14 osób, a około 60 zostało rannych. W sercu III Rzeszy rozległy się krzyki, zawyły syreny alarmowe, a niemieckie służby natychmiast rozpoczęły obławę na sprawców.

Za zamachem stał „Zagra-Lin” – wyspecjalizowany oddział dywersyjny działający w ramach Organizacji Specjalnych Akcji Bojowych „Osa”–„Kosa 30”, jednej z najbardziej elitarnych struktur Armii Krajowej. Jednostka ta została powołana do prowadzenia działań sabotażowych, likwidacyjnych i odwetowych, a jej wyjątkowość polegała na tym, że operowała nie tylko na terenie okupowanej Polski, lecz także w głębi III Rzeszy. Podlegała bezpośrednio Komendantowi Głównemu AK, a jej dowódcą był podpułkownik Józef Szajewski „Philips”. W praktyce działania „Zagra-Linu” koordynowali oficerowie operacyjni, w tym Bernard Drzyzga „Bogusław-Jarosław”, odpowiedzialny za akcje w Berlinie.

Utworzony pod koniec 1942 roku „Zagra-Lin” był odpowiedzią na narastający terror okupanta. Niemieckie represje, masowe egzekucje i wywózki ludności cywilnej skłoniły dowództwo AK do podjęcia działań odwetowych bezpośrednio na terenie przeciwnika. Celem nie było wyłącznie zadanie strat, lecz także efekt psychologiczny – pokazanie, że nawet w Berlinie Niemcy nie mogą czuć się bezpiecznie.

Zamach z 10 kwietnia 1943 roku był kulminacją tej strategii. Starannie przygotowany ładunek wybuchowy został podłożony w miejscu o dużym natężeniu ruchu wojskowego. Moment eksplozji dobrano tak, by uderzyć w żołnierzy Wehrmachtu przemieszczających się koleją. Skutki były natychmiastowe: chaos, panika i blokada dworca przez policję oraz gestapo. Śledztwo prowadzone przez najwyższe władze bezpieczeństwa III Rzeszy nie doprowadziło jednak do wykrycia sprawców.

Armia Krajowa uderzyła w Berlinie. Zamach „Zagra-Linu” w sercu III Rzeszy

10 April 2026|0 Komentarze|w Historia, II Wojna Światowa, Kresopedia |Przez Eugeniusz Wiśniewski

odjazd transportu rekrutów z dworca Stettiner Bahnhof, zdjęcie poglądowe, fot. Bundesarchiv, Bild 183-2007-0928-503 / CC-BY-SA 3.0.

10 kwietnia 1943 roku Armia Krajowa przeprowadziła jeden z najbardziej śmiałych zamachów w swojej historii. W samym centrum Berlina, na ruchliwym dworcu kolejowym Friedrichstraße, eksplodował ładunek podłożony przez żołnierzy polskiego podziemia.

Wybuch nastąpił w momencie, gdy na peronie zatrzymały się pociągi z urlopowanymi żołnierzami Wehrmachtu. Zginęło 14 osób, a około 60 zostało rannych. W sercu III Rzeszy rozległy się krzyki, zawyły syreny alarmowe, a niemieckie służby natychmiast rozpoczęły obławę na sprawców.

Za zamachem stał „Zagra-Lin” – wyspecjalizowany oddział dywersyjny działający w ramach Organizacji Specjalnych Akcji Bojowych „Osa”–„Kosa 30”, jednej z najbardziej elitarnych struktur Armii Krajowej. Jednostka ta została powołana do prowadzenia działań sabotażowych, likwidacyjnych i odwetowych, a jej wyjątkowość polegała na tym, że operowała nie tylko na terenie okupowanej Polski, lecz także w głębi III Rzeszy. Podlegała bezpośrednio Komendantowi Głównemu AK, a jej dowódcą był podpułkownik Józef Szajewski „Philips”. W praktyce działania „Zagra-Linu” koordynowali oficerowie operacyjni, w tym Bernard Drzyzga „Bogusław-Jarosław”, odpowiedzialny za akcje w Berlinie.

Czytaj też: Zamach w Tarnowie. Niemiecka bomba zegarowa wybuchła na trzy dni przed wojną

Utworzony pod koniec 1942 roku „Zagra-Lin” był odpowiedzią na narastający terror okupanta. Niemieckie represje, masowe egzekucje i wywózki ludności cywilnej skłoniły dowództwo AK do podjęcia działań odwetowych bezpośrednio na terenie przeciwnika. Celem nie było wyłącznie zadanie strat, lecz także efekt psychologiczny – pokazanie, że nawet w Berlinie Niemcy nie mogą czuć się bezpiecznie.

Zamach z 10 kwietnia 1943 roku był kulminacją tej strategii. Starannie przygotowany ładunek wybuchowy został podłożony w miejscu o dużym natężeniu ruchu wojskowego. Moment eksplozji dobrano tak, by uderzyć w żołnierzy Wehrmachtu przemieszczających się koleją. Skutki były natychmiastowe: chaos, panika i blokada dworca przez policję oraz gestapo. Śledztwo prowadzone przez najwyższe władze bezpieczeństwa III Rzeszy nie doprowadziło jednak do wykrycia sprawców.

Jesteśmy najbardziej rzetelnymi mediami w Polsce

Akcja berlińska nie była odosobniona. Już w lutym 1943 roku „Zagra-Lin” przeprowadził wcześniejszy zamach na tej samej stacji Friedrichstraße. W kolejnych tygodniach polscy dywersanci uderzyli również we Wrocławiu, gdzie eksplozja na dworcu kolejowym zakłóciła transporty wojskowe. Przeprowadzono także akcję wysadzenia pociągu z amunicją i sprzętem wojskowym w rejonie Rygi. Równolegle oddział uczestniczył w operacjach likwidacyjnych wymierzonych w funkcjonariuszy niemieckiego aparatu okupacyjnego.

Działalność „Zagra-Linu” była jednak krótkotrwała. 5 czerwca 1943 roku gestapo przeprowadziło szeroko zakrojoną akcję aresztowań, zatrzymując wielu członków „Osy”–„Kosy 30”. Uderzenie to doprowadziło do rozbicia struktur organizacji i jej rozwiązania. Mimo to w ciągu kilku miesięcy istnienia oddział zdążył przeprowadzić operacje, które odbiły się szerokim echem nie tylko w okupowanej Polsce, ale również w samej III Rzeszy.

Zamach na Friedrichstraße pozostaje jednym z najbardziej wymownych przykładów ofensywnej działalności Armii Krajowej. Pokazywał, że polskie podziemie nie ograniczało się do walki defensywnej, lecz potrafiło przenosić działania na teren przeciwnika, uderzając tam, gdzie Niemcy czuli się najpewniej.

#ak #bohater #iiiwojnaswiatowa #historia

11

WARTO OBEJRZEĆ MATERIAŁ!!!

W tym roku przypada dokładna rocznica ukrzyżowania i śmierci Jezusa Chrystusa. Zgodnie z badaniami ukrzyżowanie odbyło sie 3 kwietnia 33 r.n.e. A zmartwychwstanie 5 kwietnia. Niezależnie od tego czy wierzysz czy niego ta historia się odbyła dokładnie wtedy a Mel Gibson mimo przeciwności postanowił ją zekranizować. Warto choć raz zobaczyć pasję

Zdjęcie

http://www.facebook.com/reel/1906601403309345

#gibson #film #wiara #chrzescijanstwo

5

366 schodów ale się opłacało, bo na górze byłem o 14 i dzwony zaczęły grać. Dzwony są podłączone do takiej wielkiej pozytywki.

#podroze #podrozujzlurkiem

A teraz nad morze go Oostende zjeść mule z frytkami.

8

Zdjęcie

16 lat temu doprowadzono do katastrofy Tu-154, w wyniku której zginęło 96 osób. Szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich i społecznych, 18 parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, funkcjonariusze BOR stracili życie w wyniku (czy celowego?) naruszenia co najmniej kilku zasad bezpieczeństwa podczas organizacji i w przebiegu lotu.

Celem lotu były obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. W tej, z rąk NKWD, zginęło ~22k obywateli polskich, z czego 7305 było więźniami politycznymi, a prawie 15k to oficerowie WP.

#katyn #smolensk #kartkazkalendarza

14

co za przypadek, że w aplikacji #pogoda od #microsoft tydzień kończy się w sobotę

5

od razu poczułem się bezpieczniej gdy wyeliminowali tego pirata z dróg publicznych🤡

#policja #clownworld

13

Militarny hazard na kredyt: Polska dla USA naraża się na finansową katastrofę

Gdy w 2029 roku na wrocławskich Strachowicach wyląduje pierwszy amerykański transportowiec C-5 Galaxy, Polska będzie już nie tylko sojusznikiem, ale de facto logistyczną kolonią Pentagonu w Europie Środkowej. Jak ujawnia „Forsal”, na lotnisku powstaje gigantyczne Airport of Debarkation – samowystarczalne miasto e z płytami postojowymi na dziesiątki ciężkich samolotów, magazynami amunicji, stołówkami, szpitalami polowymi i centrami dowodzenia. Do tego rozbudowa Drawska Pomorskiego, Powidza i Łasku. Całość – ponad 500 milionów dolarów amerykańskich inwestycji, z których zdecydowaną większość płaci polski podatnik. Rząd mówi o „współfinansowaniu”. W rzeczywistości to my bierzemy kredyt, a Amerykanie dostają gotową infrastrukturę.

To nie jest incydent. To kulminacja beztroskiej, nieprzemyślanej militaryzacji, którą rząd prowadzi w najgorszym możliwym momencie gospodarczym w historii III RP.

Budżet na 2026 rok zakłada 200,1 mld zł na obronę – 4,81 proc. PKB. Z Funduszem Wsparcia Sił Zbrojnych przekracza 201 mld zł i pożera prawie 22 proc. wszystkich wydatków państwa. Jeszcze cztery lata temu było to 1,6–2 proc. Do 2035 roku tylko na sprzęt wojskowy mamy wydać 640 mld zł, a cała dekada militaryzacji może pochłonąć nawet 1,9 bln zł. Jednocześnie deficyt budżetowy sięga 271,7 mld zł – rekord wszech czasów. Dochody pokrywają ledwie 70 proc. wydatków. Dług publiczny galopuje, obsługa zadłużenia w 2026 roku wyniesie 112,5 mld zł – więcej niż cały resort edukacji czy zdrowia. FWSZ jest już zadłużony na dziesiątki miliardów i co roku pożycza kolejne dziesiątki. To nie jest finansowanie – to finansowa bomba z opóźnionym zapłonem.

Taka „inwestycja w bezpieczeństwo” – to po prostu hazard.

Po pierwsze – totalny brak priorytetów. Budujemy jednocześnie bazy dla obcych wojsk, kupujemy za granicą broń na kredyt, zwiększamy armię do ponad 300 tys. żołnierzy i modernizujemy wszystko naraz. Nie ma publicznej, wiarygodnej strategii, która pokazałaby, ile z tych miliardów realnie wzmacnia polskie zdolności bojowe, a ile po prostu ułatwia amerykanom przerzut sił na wschód. Polska staje się wielkim parkingiem i magazynem dla USA – za własne pieniądze.

Po drugie – druzgocące koszty alternatywne. Każde 100 mld zł wrzucone w czołgi i bazy to pieniądze, których nie ma na szpitale (kolejki do specjalistów biją rekordy), szkoły (budynki w ruinie), drogi, kolej czy transformację energetyczną. W czasie gdy gospodarka hamuje, przedsiębiorcy walczą o przetrwanie, a demografia wykrwawia rynek pracy, państwo pompuję setki miliardów w sektor, który nie zwróci się nigdy w formie wzrostu PKB. To nie jest wybór „bezpieczeństwo albo dobrobyt”. To wybór „bezpieczeństwo zamiast przyszłości”.

Po trzecie – cykliczne oszustwo finansowe. Zamiast uczciwej debaty o podatkach, cięciach w systemie socjalnym czy reformach, rząd ukrywa gigantyczne wydatki w pozabudżetowym FWSZ. NIK i ekonomiści od lat biją na alarm: to klasyczne omijanie konstytucyjnych limitów zadłużenia. Efekt? Dług ukryty, który kiedyś i tak spadnie na zwykłych obywateli w formie wyższych podatków, inflacji lub cięć emerytur.

Oczywiście, wojna w Ukrainie jest faktem i nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje potrzeby modernizacji armii po dekadach zaniedbań. Ale skala, tempo i beztroska, z jaką rząd zadłuża kraj po uszy, przekraczają granice rozsądku. Budujemy imperium logistyczne dla USA, jakbyśmy mieli nieskończone zasoby, a nie rekordowy deficyt i rosnące odsetki od długu.

Pytanie nie brzmi już „czy Polska powinna się zbroić”. Pytanie brzmi: czy Polska nie popełnia właśnie największego finansowego błędu strategicznego od 1989 roku?

Z całą pewnością można stwierdzić, że historia o wrocławskiej bazie to nie jest wiadomość o „kolejnej inwestycji”. To symbol. Symbol państwa, które w imię bezpieczeństwa gotowe jest poświęcić stabilność finansów publicznych, przyszłość młodych pokoleń i suwerenność gospodarczą. Historia uczy, że armie budowane na kredyt kończą się albo bankructwem, albo uzależnieniem. Polska właśnie testuje obie te drogi jednocześnie – i robi to z uśmiechem na ustach.

JACEK TOCHMAN #wojsko #polityka #politycy #polska #politykamiedzynarodowa #politykaspoleczna

10

postępy marksizmu w UK - odważny pracownik zwolniony bo zatrzymał złodzieja sklepowegomsn.com

Szmaty marksistowskie rządzące Małą Brytanią idą na całość - nikt nie ma prawa zatrzymywać marksistowskich człowieków pracy, których "praca" polega na kradzieżach sklepowych. Zatrzymywanie złodziei stresuje ich i stanowi czynnik zbędnej szkodliwości ich pracy.

Niedługo takie reguły przyjmie reszta krajów zachodu Europy a potem kolej na Polskę.

http://www.theguardian.com/business/2026/apr/05/waitrose-employee-sacked-after-stopping-shoplifter-from-taking-easter-eggs

http://www.msn.com/pl-pl/finanse/najpopularniejsze-artykuly/straci%C5%82-prac%C4%99-bo-chcia%C5%82-zatrzyma%C4%87-z%C5%82odzieja-teraz-grozi-mu-bezdomno%C5%9B%C4%87/ar-AA20x80D?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=69d832a4ae8f4dcfa4a0dd54c2937f84&ei=35&cvpid=d319e361a4df4eaa8ac6566d5b1e8e9b

#marksizmkulturowy #zakazdymrazem #szmatywładzy

9

Rzeźby Michała Anioła to się w kościele w Brugge nie spodziewałem.

I to dowiedziałem się przypadkiem bo stanąłem koło grupy z przewodnikiem

#podroze #podrozujzlurkiem

9