W ostatnim czasie po zabójstwie Charliego Kirka pojawiły się porównania wydarzenia do filmu „Snake Eyes” z Nicolasem Cagem. Pewne zbieżności są niesamowite. Osobiście jednak wykluczam by zabójstwo Kirka było zaplanowane jeszcze w 1998r. Jednak życie pisze zadziwiające scenariusze.
Poświęciłem chwilę czasu by przepisać fragment książki która przedstawia fakty historyczne które wykraczają poza rozumienie i zwykłe przypadki. Udowadnia, że żyjemy w Matrixie gdzie różne zdarzenia są prawdopodobne.

Fragment książki: „Historie niewiarygodne” Juliusz Jerzy Herlinger
---------------------------------------------------------
KARTKA Z BIBLII
Co tam się dzieje? - głos bosmana nie wróżył niczego dobrego. - Zmierzyliście już temperaturę?
Dwaj marynarze, którzy właśnie wyciągali balię z wodą morską, byli najwyraźniej speszeni.
Tak... to jest nie - odezwał się jeden z nich. - Melduję posłusznie, że butelka...
Jaka znów butelka?! - wrzasnął rozsierdzony bosman.
Czy nie wiecie, że za picie podczas służby na okręcie wojennym idzie się pod sąd? Odpowiadać!
Melduję posłusznie, że nie piliśmy. Tylko butelka... - tu przerwał, widząc, że bosman staje się purpurowy. - Wyłowiliśmy ją przed chwilą z morza i...
Co zrobiliście? - oczy bosmana wyglądały teraz jak dwa niebieskie spodki.
Zgodnie z rozkazem mierzyliśmy temperaturę wody. Przed chwilą w balii, którą zaczerpnęliśmy wodę, znaleźliśmy butelkę. Zalakowaną. Oto ona. Chyba nic w niej nie ma jest lekka, ale szkło jest ciemne...
Pokażcie.
Butelka z ciemnego nieprzezroczystego szkła była rzeczywiście bardzo lekka. Bosman spojrzał pod światło, ale niewiele dostrzegł. Szyjka butelki była zalakowana, a na niej odciśnięta jakaś pieczęć, dość niewyraźna.
Kiedy to znaleźliście? - jego głos był już znacznie spokojniejszy. Właśnie przed chwilą, w ostatniej balii.
Hmmm... - mruknął bosman i chciał podkręcić wąsy, ale w porę przypomniał sobie, że je wczoraj zgolił. - Dobrze już, dobrze... Zamelduję oficerowi.
W kilka minut później butelka znalazła się na stole kapitana Costy, dowódcy brazylijskiej kanonierki patrolowej ,,Araguari".
Ciekawe... - powiedział oglądając ją pod światło. Tyle lat pływam, a po raz pierwszy widzę coś takiego. Zupełnie jak w powieści przygodowej o piratach. Co wy o tym sądzicie, bosmanie?
Tak jest! - wrzasnął doniośle bosman, który teraz wyglądał jak łagodny baranek, a jego oczy jak błękitne niezabudki.
Kapitan Costa z uśmiechem spojrzał na niego. Wiedział, że bosman, choć doskonały marynarz i doświadczony wilk morski, nie grzeszył zbytnią inteligencją.
Dziękuję. Marynarzom wydać podwójną porcję rumu.
Tak jest! - tym razem bosman przeszedł samego siebie.
Costa odpieczętował butelkę. Na biurko wypadł pożółkły kawałek papieru. Była to kartka wydarta z Biblii, na której ktoś drżącą ręką wypisał kilka słów:
,,Na pokładzie szkunera » Sea Hero « bunt. Kapitan zabity. Pierwszy oficer wyrzucony za burtę. Ja, drugi oficer, zostałem siłą zmuszony do prowadzenia statku. Oni każą mi płynąć do ujścia Amazonki, nasza prędkość 3,5 węzła. Ratujcie nas!"
Kapitan Costa wydobył z kasy pancernej pokładowy rejestr Lloyda i szybko przekartkował go, odnajdując potrzebną informację:
,,»Sea Hero «: wodowany w 1866 roku, wyporność 460 t, port macierzysty Hull."
W minutę później ,,Araguari" pędziła już pełną parą w kierunku ujścia Amazonki. Na pokładzie okrętu ogłoszono alarm bojowy, działa kanonierki zostały obsadzone przez załogi.
Pościg trwał niecałe dwie godziny. Zbliżywszy się do ,,Sea Hero" kanonierka oddała strzał ostrzegawczy. Buntownicy na szkunerze od razu chyba zorientowali się, że nie mają najmniejszych szans, bo żagle zostały zrefowane. Oddział abordażowy z ,,Araguari" w mgnieniu oka znalazł się na pokładzie zbuntowanego statku, którego marynarze zostali skrępowani linami i zakuci w kajdany.
Dowódca oddziału, porucznik Vieira, otworzył luk do ładowni. Znalazł tam drugiego oficera, nazwiskiem Hadger, i dwóch marynarzy, którzy nie przyłączyli się do buntowników.
Hadger, wciąż jeszcze nie wierząc w to, że został uratowany, opowiedział dokładnie cały przebieg wypadków, dodając tylko, że podczas buntu został zabity pies kapitana, który właśnie niedawno opuścił statek. Co prawda porucznik Vieira trochę się zdziwił, kiedy padło nazwisko kapitana ,,Sea Hero": Longstaff. W rejestrze Lloyda - pamiętał to doskonale - figurowało zupełnie inne: Regis. ,,Może pomyślał - kapitan statku się zmienił... Zresztą to nieważne". Teraz jednak zaczęły się dziać rzeczy zdumiewające.
Kiedy Hadger trochę ochłonął, zapytał porucznika Vieirę: To wspaniałe, żeście nas uratowali! Ale skąd dowiedzieliście się o naszym nieszczęściu?
Jak to skąd?! - zdumiał się porucznik. - Przecież wyłowiliśmy butelkę z tą kartką z Biblii, na której pan napisał, co się wam przytrafiło, i oczywiście natychmiast...
Butelkę?! - Hadger otarł pot z czoła. - Jaka znowu butelkę? - Jak to jaką? Te, którą pan wrzucił do morza.
Ja?!
- No tak - oczywiście. Przecież gdyby nie ta kartka wyłowiona przez naszych marynarzy...
- Jaka kartka? Czy pan sobie ze mnie kpi?
Przecież pan sam ją napisał! - Porucznik był najwyraźniej zirytowany.
- Wyłowiliśmy ją przed dwiema godzinami.
Hadger potarł czoło. - Poruczniku, to jakieś nieporozumienie... Nie miałem czasu na pisanie jakichkolwiek kartek. Wszystko stało się dziś rano... Skrepowali mnie od razu. Czyżbym już zupełnie zwariował? Który dziś jest? 4 maja 1882 roku - podpowiedział Vieira.
No właśnie... Bunt odbył się błyskawicznie. Zostałem skrępowany i wrzucony do ładowni. Nie miałem czasu kichnąć. O jakim więc liście pan mówi?
Porucznik bez słowa podał mu kartkę wydartą z Biblii.
- Na miłość boską! To przecież nie jest moje pismo! Skąd pan to wziął?
- Już panu mówiłem - wyłowili ją z morza marynarze z ,,Araguari" podczas pobierania prób wody do mierzenia temperatury. Przecież inaczej nie wpadlibyśmy na wasz trop...
- Ale ja tego nie napisałem! Rozumie pan, poruczniku?
- No więc kto to napisał?
Nie wiem... Nie mam pojęcia...
Tak więc cała sprawa pozostała zagadką: nikt nie wiedział, czyja ręka wydarła ową kartkę z Biblii i w zalakowanej butelce wrzuciła do morza...
Zbuntowani marynarze z ,,Sea Hero" zostali przewiezieni przez "Araguari" na Falklandy, wyspy będące pod protektoratem Wielkiej Brytanii, a stamtąd odtransportowani do Anglii, gdzie stanęli przed sądem.
I tam dopiero, w czasie rozprawy, pękła bomba!
Na 16 lat przed opisanymi wypadkami w Anglii ukazała się książka niejakiego Johna Parmingtona pod tytułem ,,Sea Hero" (zwróćcie uwagę na tytuł!). Nie było to może arcydzieło literatury pięknej, ale powieść cieszyła się ogromnym powodzeniem dzięki pewnemu sprytnemu trikowi reklamowemu zastosowanemu przez autora. Otóż wpadł on na niebanalny sposób zdobycia sobie czytelników. Zakupił pięć tysięcy butelek do whisky i do każdej z nich włożył wyrwana kartkę z Biblii ze znanym nam już odręcznym tekstem napisanym w poprzek kartki. Później za skromną opłatą wręczył owe załogom kilku statków z prośbą, aby wrzucili je do morza w różnych punktach.
W ciągu 16 lat większość butelek została wyłowiona, przysparzając autorowi czytelników, a więc i pieniędzy. Kilkaset spośród nich nadal jednak wędrowało po morzach i oceanach, niesione morskimi prądami. Jedna z nich - właśnie ta, o której mowa została wyłowiona na południowym Atlantyku przez brazylijską kanonierkę „Araguari". Niezwykłym zbiegiem okoliczności nazwa statku, wydarzenia, jakie się na nim rozegrały, a także współrzędne podane na owej kartce wydartej z Biblii zgadzały się co do joty.
Nie było to jednak wołanie o pomoc, lecz... prospekt reklamowy!
W swoim czasie sprawa buntu na ,,Sea Hero" stała się niezwykłą sensacją. Nic zresztą w tym dziwnego, skoro była to historia tak nieprawdopodobna i niezwykła. Oczywiście cudowny zbieg okoliczności wprawił wszystkich w osłupienie. Zajęli się nim również specjaliści z różnych dziedzin, którzy nie byli w stanie wytłumaczyć tego wypadku w jakikolwiek racjonalny sposób. Nic zresztą dziwnego. Ponieważ jednak był to zbieg okoliczności, choć niezwykły, pozostała tylko jedna możliwość: zastosowanie rachunku prawdopodobieństwa, o którym już wspominałem.
Oczywiście wypadek z wyłowioną z oceanu butelką nie może być obliczony w sposób dokładny, choć pewne przybliżone dane są możliwe. Musimy się zastrzec od razu, że nawet najbardziej przybliżone oceny prawdopodobieństwa muszą być oparte na określonych danych. Zobaczymy więc, na ile możliwy jest taki zbieg okoliczności. Przede wszystkim potrzebne nam będą informacje na temat całego szeregu szczegółów. Na przykład dla oceny prawdopodobieństwa zbieżności nazw statków musimy znać liczbę statków, które mają takie same nazwy, Ponadto musimy wiedzieć, ile razy w ciągu tych lat w marynarce angielskiej mógł wybuchnąć bunt, przypadek bądź co bądź w naszych czasach niezbyt częsty.
Załóżmy, że w owym okresie jeden z tysiąca statków miał właśnie nazwę ,,Sea Hero". Przypuśćmy również, że bunt mógł wybuchnąć w owym okresie na jednym z 10 000 statków. Wówczas odpowiednie liczby wynoszą 1/1000 i 1/10 000. Ponieważ są one niezależne, czyli nie zachodzi pomiędzy nimi ścisły związek, musimy obie te liczby pomnożyć przez siebie.
Wynikałoby z tego, że istnieje tylko jedna dziesięciomilionowa szansa na to, że bunt wybuchnie akurat na statku noszącym nazwę ,,Sea Hero". Ponadto... ponadto musimy niestety ze smutkiem stwierdzić, że pozostałych danych nie jesteśmy w stanie określić, podać ich prawdopodobieństwa. Chociaż wyłowienie na pełnym morzu zalakowanej butelki nie jest znowu wydarzeniem aż tak nie- zwykłym, nie wiemy jednak, i nigdy się chyba tego nie dowiemy, ile takich butelek pływa po morzu w danym czasie, a ile zostało wyłowionych. Nie możemy również określić miejsca, w którym bunt wybuchnie. Na ten temat nie mamy żadnych, nawet jako tako przybliżonych informacji. Tego typu wydarzenia nie mogą być po prostu oceniane z punktu widzenia matematyki. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawdopodobieństwo takich zdarzeń w żadnym wypadku nie przekracza prawdopodobieństwa, które obliczyliśmy przed chwileczką.
Tak więc tylko 1/10 000 000 szansa... Jest to prawdopodobieństwo tak małe, że właściwie moglibyśmy je całkowicie pominąć w naszych obliczeniach. Innymi słowy, opisany przez nas wypadek w ogóle nie powinien zaistnieć. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że... jednak się wydarzył. Świadczą o tym niezbicie archiwa angielskiej admiralicji i akta z procesu sądowego.
Tak więc literatura wyprzedza życie? No cóż - wypadek z ,,Sea Hero", choć na pewno niezwykły, nie jest jednak odosobniony. W historii literatury, a może po prostu w historii zanotowano kilka takich dziwnych zbiegów okoliczności.
Pan Morgan Robertson nie był pisarzem wielkiego formatu, zajmował się powieściami przygodowymi i sensacyjnymi. Jego dzieła nie cieszyły się zresztą nigdy zbyt wielkim powodzeniem u czytelników, choć jedno z nich zrobiło oszałamiającą furorę, ale dopiero w wiele lat po jego wydaniu.
W 1896 roku w Stanach Zjednoczonych wyszła kolejna powieść pana Robertsona, podobnie jak i poprzednie bez większych walorów artystycznych. Robertson - w przeszłości marynarz i kapitan, który wiele pływał po morzach i oceanach, doskonale znał różne realia morskie, toteż fabuła jego powieści, choć prościutka i nieskomplikowana, w całości poświęcona była tematyce morskiej.
Oto w dużym skrócie treść tej książeczki.
Pewnego dnia z Europy do Ameryki wyrusza niezwykły parostatek, olbrzym, największy z największych, jakie dotąd zbudowano. Kolos długości 245 metrów wyposażony w trzy śruby napędowe, w swym pierwszym rejsie transatlantyckim ma na pokładzie 3000 pasażerów. Podróż przebiega spokojnie, pasażerowie bawią się, wiedzą bo- wiem wszyscy, że statek jest całkowicie niezatapialny. Ale oto pewnej kwietniowej nocy kolos zderza się z górą lodową niedaleko od wybrzeży Ameryki. Akcja ratunkowa nie daje żadnego efektu i statek idzie na dno. Koniec.
Tu może jeszcze mała uwaga: w powieści Morgana Robertsona ów kolos nazywał się „Titanic".
Ot, i cała fabułka, nic szczególnego, prawda? Nie dziwmy się więc, że powieść nie cieszyła się specjalnym powodzeniem.
A jednak stała się bestsellerem, choć dopiero... po upływie szesnastu lat. Wtedy to właśnie (tym razem już nie w powieści, lecz naprawdę) w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku niedaleko wybrzeży Ameryki zderzył się z górą lodową największy w owych czasach statek mający na swym pokładzie 2000 pasażerów. Ten kolos morski, uważany za całkowicie niezatapialny, miał 250 metrów długości i wyposażony był również w 3 śruby (porównajcie!). W wyniku zderzenia z górą lodową statek zatonął, jego pierwszy rejs okazał się również ostatnim.
Mam nadzieję, że czytelnicy domyślili się już, jak się ten statek nazywał? Tak jest – również ,,Titanic". Wszystko zgadzało się prawie co do joty z powieścią zaprezentowaną przez Morgana Robertsona. Przypominam tu jeszcze raz, że wspomniana powieść ukazała się 16 lat przed wydarzeniami, jakie rozegrały się w rzeczywistości. Była to więc niejako ,,prorocza" książka, nie dziwmy się więc, że zdobyła sobie ogromną popularność właśnie po wypadku prawdziwego ,,Titanica".
No cóż, jeszcze raz literatura wyprzedziła życie. Historia zna jednak wypadki odwrotne, kiedy życie wyprzedzało fikcję literacką.
Czy pamiętacie pana Artura Conan Doyle'a, tego samego, który stworzył postać legendarnego detektywa Sherlocka Holmesa? A jeżeli - w co nie wierzę - nikt z Was nie przeczytał ani jednej książki opisującej niezwykłe przygody tego niezwykłego detektywa, na pewno zwróciliście uwagę, że nazwisko Artura Conan Doyle'a już się na kartkach naszej książki przewinęło. To on był autorem krew w żyłach mrożącej wersji o zaginięciu ,,Mary Celeste". No cóż, Artur Conan Doyle był jednak pisarzem wielkiej klasy, człowiekiem obdarzonym nieprzeciętną fantazją, co w literackim ,,fachu" jest jednak rzeczą pierwszoplanową.
Po tym wstępie możemy już przystąpić do opowieści o fikcji literackiej i prawdziwym życiu.
Tak się kiedyś złożyło, że Artur Conan Doyle, podróżując po Europie, znalazł się w Szwajcarii. Kraj piękny, malowniczy i dla rodowitego Anglika, mieszkającego stale na zamglonych wyspach Albionu, wręcz egzotyczny. W czasie swoich wędrówek autor Sherlocka Holmesa zatrzymał się kiedyś w niewielkim hoteliku pod nazwą ,,Schwarenbach". Był to dość dziwaczny budyneczek, nieciekawy, ponury, jak gdyby przygarbiony, w sumie sprawiający wrażenie dość przygnębiające. Pisarz, urzeczony niezwykłą atmosfera tego zakątka, jak zresztą całego miasteczka, powiewem osamotnienia, jaki snuł się wokół hoteliku, zdecydował się tu właśnie umieścić akcję swego kolejnego opowiadania kryminalnego.
Pomysł noweli zrodził się szybko, wymagał jedynie nieznacznego doszlifowania. Tak więc akcja miała się toczyć w tym ponurym hoteliku zagubionym w górach Szwajcarii, a głównym bohaterem miał być właściciel. Miał to być człowiek stary, równie ponury i rów nie samotny jak jego hoteliczek, do którego zresztą rzadko kto za- chodził. Przed wielu, wielu laty jego jedyny syn (przypominam, że to opowiadanie) uciekł z domu i odtąd wszelki słuch po nim zaginął.
Żona hotelarza, przybita zgryzotami i zmartwieniami, zmarła i starzec pozostał sam. Na widok ponurej postaci właściciela hoteliku ewentualnym gościom odchodziła ochota do zamieszkania w nim. Hotelik pustoszeje coraz bardziej, aż wreszcie pewnego dnia zrozpaczony i pogrążony w nędzy właściciel postanawia, że w okrutny sposób zamorduje pierwszego gościa, który zdecyduje się przenocować w hotelu.
Mija wiele dni i tygodni, ale chętnych do zamieszkania wciąż brak. Pewnego dnia zjawia się jednak młody człowiek i bez wahania wy- najmuje pokój. Nadchodzi wreszcie owa upragniona chwila, kiedy starzec może spełnić swoją przysięgę. Tejże nocy zabija podstępnie gościa i... rozpoznaje w nim swego własnego syna, który po latach nieobecności postanowił wrócić do ojca.
Znając mistrzowskie pióro Conan Doyle'a i jego liczne opowiadania kryminalne, należy przypuszczać, że i to stałoby się prawdziwą perełką nowelistyki. A jednak nie zostało nigdy napisane. Tak się bowiem złożyło, że następnego dnia wędrując uliczkami miasteczka natknął się na miejscową bibliotekę, niewielką, nie najlepiej zaopatrzoną.
Aby skrócić sobie długie wieczory przy kominku w hotelowym saloniku, wypożyczył z biblioteki maleńki tomik opowiadań Maupassanta. Kiedy wrócił do ,,Schwarenbachu" i usadowił się wygodnie w fotelu, zabrał się do lektury.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy przekonał się, że... jego nowela została już napisana, i to właśnie przez Maupassanta! Jej treść pokrywała się co do joty z pomysłem samego Conan Doyle'a. Jego zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że w swoim czasie Maupassant często odwiedzał ową mieścinę i zatrzymywał się właśnie w hotelu ,,Schwarenbach". Conan Doyle często opowiadał swoim przyjaciołom i znajomym o tym dość niezwykłym zbiegu okoliczności, nie kryjąc swego prawdziwego zdziwienia. Ale jego zdziwienie byłoby jeszcze większe, gdyby znany mu był szczegół, o którym oczywiście nie wiedział.
Otóż mniej więcej przed stu laty niemiecki pisarz Zacharias Werner wydał tragedię zatytułowaną ,,24 luty". Akcja tej tragedii, podobnie jak u Maupassanta, rozgrywa się właśnie w ponurej scenerii hotelu ,,Schwarenbach". Utwór Wernera nie jest jednak całkowitą fikcją literacką, jak nowela Maupassanta czy też niedoszłe opowiadanie Conan Doyle'a. Werner oparł akcję swojej tragedii na autentycznym wydarzeniu, na autentycznym morderstwie, które w tym właśnie hotelu zostało popełnione w XVIII wieku.
----------------------------------------------------------
Książka zawiera tą jak i wiele innych opowieści napisanych przez samo życie a historie w niej zawarte… jak sama nazwa wskazuje są tak dziwne, że prawie niewiarygodne gdyby nie zdarzyły się naprawdę.
#ciekawostki #historia #zycie #ksiazka #swiat #przypadki #paranormalne
Poświęciłem chwilę czasu by przepisać fragment książki która przedstawia fakty historyczne które wykraczają poza rozumienie i zwykłe przypadki. Udowadnia, że żyjemy w Matrixie gdzie różne zdarzenia są prawdopodobne.

Fragment książki: „Historie niewiarygodne” Juliusz Jerzy Herlinger
---------------------------------------------------------
KARTKA Z BIBLII
Co tam się dzieje? - głos bosmana nie wróżył niczego dobrego. - Zmierzyliście już temperaturę?
Dwaj marynarze, którzy właśnie wyciągali balię z wodą morską, byli najwyraźniej speszeni.
Tak... to jest nie - odezwał się jeden z nich. - Melduję posłusznie, że butelka...
Jaka znów butelka?! - wrzasnął rozsierdzony bosman.
Czy nie wiecie, że za picie podczas służby na okręcie wojennym idzie się pod sąd? Odpowiadać!
Melduję posłusznie, że nie piliśmy. Tylko butelka... - tu przerwał, widząc, że bosman staje się purpurowy. - Wyłowiliśmy ją przed chwilą z morza i...
Co zrobiliście? - oczy bosmana wyglądały teraz jak dwa niebieskie spodki.
Zgodnie z rozkazem mierzyliśmy temperaturę wody. Przed chwilą w balii, którą zaczerpnęliśmy wodę, znaleźliśmy butelkę. Zalakowaną. Oto ona. Chyba nic w niej nie ma jest lekka, ale szkło jest ciemne...
Pokażcie.
Butelka z ciemnego nieprzezroczystego szkła była rzeczywiście bardzo lekka. Bosman spojrzał pod światło, ale niewiele dostrzegł. Szyjka butelki była zalakowana, a na niej odciśnięta jakaś pieczęć, dość niewyraźna.
Kiedy to znaleźliście? - jego głos był już znacznie spokojniejszy. Właśnie przed chwilą, w ostatniej balii.
Hmmm... - mruknął bosman i chciał podkręcić wąsy, ale w porę przypomniał sobie, że je wczoraj zgolił. - Dobrze już, dobrze... Zamelduję oficerowi.
W kilka minut później butelka znalazła się na stole kapitana Costy, dowódcy brazylijskiej kanonierki patrolowej ,,Araguari".
Ciekawe... - powiedział oglądając ją pod światło. Tyle lat pływam, a po raz pierwszy widzę coś takiego. Zupełnie jak w powieści przygodowej o piratach. Co wy o tym sądzicie, bosmanie?
Tak jest! - wrzasnął doniośle bosman, który teraz wyglądał jak łagodny baranek, a jego oczy jak błękitne niezabudki.
Kapitan Costa z uśmiechem spojrzał na niego. Wiedział, że bosman, choć doskonały marynarz i doświadczony wilk morski, nie grzeszył zbytnią inteligencją.
Dziękuję. Marynarzom wydać podwójną porcję rumu.
Tak jest! - tym razem bosman przeszedł samego siebie.
Costa odpieczętował butelkę. Na biurko wypadł pożółkły kawałek papieru. Była to kartka wydarta z Biblii, na której ktoś drżącą ręką wypisał kilka słów:
,,Na pokładzie szkunera » Sea Hero « bunt. Kapitan zabity. Pierwszy oficer wyrzucony za burtę. Ja, drugi oficer, zostałem siłą zmuszony do prowadzenia statku. Oni każą mi płynąć do ujścia Amazonki, nasza prędkość 3,5 węzła. Ratujcie nas!"
Kapitan Costa wydobył z kasy pancernej pokładowy rejestr Lloyda i szybko przekartkował go, odnajdując potrzebną informację:
,,»Sea Hero «: wodowany w 1866 roku, wyporność 460 t, port macierzysty Hull."
W minutę później ,,Araguari" pędziła już pełną parą w kierunku ujścia Amazonki. Na pokładzie okrętu ogłoszono alarm bojowy, działa kanonierki zostały obsadzone przez załogi.
Pościg trwał niecałe dwie godziny. Zbliżywszy się do ,,Sea Hero" kanonierka oddała strzał ostrzegawczy. Buntownicy na szkunerze od razu chyba zorientowali się, że nie mają najmniejszych szans, bo żagle zostały zrefowane. Oddział abordażowy z ,,Araguari" w mgnieniu oka znalazł się na pokładzie zbuntowanego statku, którego marynarze zostali skrępowani linami i zakuci w kajdany.
Dowódca oddziału, porucznik Vieira, otworzył luk do ładowni. Znalazł tam drugiego oficera, nazwiskiem Hadger, i dwóch marynarzy, którzy nie przyłączyli się do buntowników.
Hadger, wciąż jeszcze nie wierząc w to, że został uratowany, opowiedział dokładnie cały przebieg wypadków, dodając tylko, że podczas buntu został zabity pies kapitana, który właśnie niedawno opuścił statek. Co prawda porucznik Vieira trochę się zdziwił, kiedy padło nazwisko kapitana ,,Sea Hero": Longstaff. W rejestrze Lloyda - pamiętał to doskonale - figurowało zupełnie inne: Regis. ,,Może pomyślał - kapitan statku się zmienił... Zresztą to nieważne". Teraz jednak zaczęły się dziać rzeczy zdumiewające.
Kiedy Hadger trochę ochłonął, zapytał porucznika Vieirę: To wspaniałe, żeście nas uratowali! Ale skąd dowiedzieliście się o naszym nieszczęściu?
Jak to skąd?! - zdumiał się porucznik. - Przecież wyłowiliśmy butelkę z tą kartką z Biblii, na której pan napisał, co się wam przytrafiło, i oczywiście natychmiast...
Butelkę?! - Hadger otarł pot z czoła. - Jaka znowu butelkę? - Jak to jaką? Te, którą pan wrzucił do morza.
Ja?!
- No tak - oczywiście. Przecież gdyby nie ta kartka wyłowiona przez naszych marynarzy...
- Jaka kartka? Czy pan sobie ze mnie kpi?
Przecież pan sam ją napisał! - Porucznik był najwyraźniej zirytowany.
- Wyłowiliśmy ją przed dwiema godzinami.
Hadger potarł czoło. - Poruczniku, to jakieś nieporozumienie... Nie miałem czasu na pisanie jakichkolwiek kartek. Wszystko stało się dziś rano... Skrepowali mnie od razu. Czyżbym już zupełnie zwariował? Który dziś jest? 4 maja 1882 roku - podpowiedział Vieira.
No właśnie... Bunt odbył się błyskawicznie. Zostałem skrępowany i wrzucony do ładowni. Nie miałem czasu kichnąć. O jakim więc liście pan mówi?
Porucznik bez słowa podał mu kartkę wydartą z Biblii.
- Na miłość boską! To przecież nie jest moje pismo! Skąd pan to wziął?
- Już panu mówiłem - wyłowili ją z morza marynarze z ,,Araguari" podczas pobierania prób wody do mierzenia temperatury. Przecież inaczej nie wpadlibyśmy na wasz trop...
- Ale ja tego nie napisałem! Rozumie pan, poruczniku?
- No więc kto to napisał?
Nie wiem... Nie mam pojęcia...
Tak więc cała sprawa pozostała zagadką: nikt nie wiedział, czyja ręka wydarła ową kartkę z Biblii i w zalakowanej butelce wrzuciła do morza...
Zbuntowani marynarze z ,,Sea Hero" zostali przewiezieni przez "Araguari" na Falklandy, wyspy będące pod protektoratem Wielkiej Brytanii, a stamtąd odtransportowani do Anglii, gdzie stanęli przed sądem.
I tam dopiero, w czasie rozprawy, pękła bomba!
Na 16 lat przed opisanymi wypadkami w Anglii ukazała się książka niejakiego Johna Parmingtona pod tytułem ,,Sea Hero" (zwróćcie uwagę na tytuł!). Nie było to może arcydzieło literatury pięknej, ale powieść cieszyła się ogromnym powodzeniem dzięki pewnemu sprytnemu trikowi reklamowemu zastosowanemu przez autora. Otóż wpadł on na niebanalny sposób zdobycia sobie czytelników. Zakupił pięć tysięcy butelek do whisky i do każdej z nich włożył wyrwana kartkę z Biblii ze znanym nam już odręcznym tekstem napisanym w poprzek kartki. Później za skromną opłatą wręczył owe załogom kilku statków z prośbą, aby wrzucili je do morza w różnych punktach.
W ciągu 16 lat większość butelek została wyłowiona, przysparzając autorowi czytelników, a więc i pieniędzy. Kilkaset spośród nich nadal jednak wędrowało po morzach i oceanach, niesione morskimi prądami. Jedna z nich - właśnie ta, o której mowa została wyłowiona na południowym Atlantyku przez brazylijską kanonierkę „Araguari". Niezwykłym zbiegiem okoliczności nazwa statku, wydarzenia, jakie się na nim rozegrały, a także współrzędne podane na owej kartce wydartej z Biblii zgadzały się co do joty.
Nie było to jednak wołanie o pomoc, lecz... prospekt reklamowy!
W swoim czasie sprawa buntu na ,,Sea Hero" stała się niezwykłą sensacją. Nic zresztą w tym dziwnego, skoro była to historia tak nieprawdopodobna i niezwykła. Oczywiście cudowny zbieg okoliczności wprawił wszystkich w osłupienie. Zajęli się nim również specjaliści z różnych dziedzin, którzy nie byli w stanie wytłumaczyć tego wypadku w jakikolwiek racjonalny sposób. Nic zresztą dziwnego. Ponieważ jednak był to zbieg okoliczności, choć niezwykły, pozostała tylko jedna możliwość: zastosowanie rachunku prawdopodobieństwa, o którym już wspominałem.
Oczywiście wypadek z wyłowioną z oceanu butelką nie może być obliczony w sposób dokładny, choć pewne przybliżone dane są możliwe. Musimy się zastrzec od razu, że nawet najbardziej przybliżone oceny prawdopodobieństwa muszą być oparte na określonych danych. Zobaczymy więc, na ile możliwy jest taki zbieg okoliczności. Przede wszystkim potrzebne nam będą informacje na temat całego szeregu szczegółów. Na przykład dla oceny prawdopodobieństwa zbieżności nazw statków musimy znać liczbę statków, które mają takie same nazwy, Ponadto musimy wiedzieć, ile razy w ciągu tych lat w marynarce angielskiej mógł wybuchnąć bunt, przypadek bądź co bądź w naszych czasach niezbyt częsty.
Załóżmy, że w owym okresie jeden z tysiąca statków miał właśnie nazwę ,,Sea Hero". Przypuśćmy również, że bunt mógł wybuchnąć w owym okresie na jednym z 10 000 statków. Wówczas odpowiednie liczby wynoszą 1/1000 i 1/10 000. Ponieważ są one niezależne, czyli nie zachodzi pomiędzy nimi ścisły związek, musimy obie te liczby pomnożyć przez siebie.
Wynikałoby z tego, że istnieje tylko jedna dziesięciomilionowa szansa na to, że bunt wybuchnie akurat na statku noszącym nazwę ,,Sea Hero". Ponadto... ponadto musimy niestety ze smutkiem stwierdzić, że pozostałych danych nie jesteśmy w stanie określić, podać ich prawdopodobieństwa. Chociaż wyłowienie na pełnym morzu zalakowanej butelki nie jest znowu wydarzeniem aż tak nie- zwykłym, nie wiemy jednak, i nigdy się chyba tego nie dowiemy, ile takich butelek pływa po morzu w danym czasie, a ile zostało wyłowionych. Nie możemy również określić miejsca, w którym bunt wybuchnie. Na ten temat nie mamy żadnych, nawet jako tako przybliżonych informacji. Tego typu wydarzenia nie mogą być po prostu oceniane z punktu widzenia matematyki. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawdopodobieństwo takich zdarzeń w żadnym wypadku nie przekracza prawdopodobieństwa, które obliczyliśmy przed chwileczką.
Tak więc tylko 1/10 000 000 szansa... Jest to prawdopodobieństwo tak małe, że właściwie moglibyśmy je całkowicie pominąć w naszych obliczeniach. Innymi słowy, opisany przez nas wypadek w ogóle nie powinien zaistnieć. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że... jednak się wydarzył. Świadczą o tym niezbicie archiwa angielskiej admiralicji i akta z procesu sądowego.
Tak więc literatura wyprzedza życie? No cóż - wypadek z ,,Sea Hero", choć na pewno niezwykły, nie jest jednak odosobniony. W historii literatury, a może po prostu w historii zanotowano kilka takich dziwnych zbiegów okoliczności.
Pan Morgan Robertson nie był pisarzem wielkiego formatu, zajmował się powieściami przygodowymi i sensacyjnymi. Jego dzieła nie cieszyły się zresztą nigdy zbyt wielkim powodzeniem u czytelników, choć jedno z nich zrobiło oszałamiającą furorę, ale dopiero w wiele lat po jego wydaniu.
W 1896 roku w Stanach Zjednoczonych wyszła kolejna powieść pana Robertsona, podobnie jak i poprzednie bez większych walorów artystycznych. Robertson - w przeszłości marynarz i kapitan, który wiele pływał po morzach i oceanach, doskonale znał różne realia morskie, toteż fabuła jego powieści, choć prościutka i nieskomplikowana, w całości poświęcona była tematyce morskiej.
Oto w dużym skrócie treść tej książeczki.
Pewnego dnia z Europy do Ameryki wyrusza niezwykły parostatek, olbrzym, największy z największych, jakie dotąd zbudowano. Kolos długości 245 metrów wyposażony w trzy śruby napędowe, w swym pierwszym rejsie transatlantyckim ma na pokładzie 3000 pasażerów. Podróż przebiega spokojnie, pasażerowie bawią się, wiedzą bo- wiem wszyscy, że statek jest całkowicie niezatapialny. Ale oto pewnej kwietniowej nocy kolos zderza się z górą lodową niedaleko od wybrzeży Ameryki. Akcja ratunkowa nie daje żadnego efektu i statek idzie na dno. Koniec.
Tu może jeszcze mała uwaga: w powieści Morgana Robertsona ów kolos nazywał się „Titanic".
Ot, i cała fabułka, nic szczególnego, prawda? Nie dziwmy się więc, że powieść nie cieszyła się specjalnym powodzeniem.
A jednak stała się bestsellerem, choć dopiero... po upływie szesnastu lat. Wtedy to właśnie (tym razem już nie w powieści, lecz naprawdę) w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku niedaleko wybrzeży Ameryki zderzył się z górą lodową największy w owych czasach statek mający na swym pokładzie 2000 pasażerów. Ten kolos morski, uważany za całkowicie niezatapialny, miał 250 metrów długości i wyposażony był również w 3 śruby (porównajcie!). W wyniku zderzenia z górą lodową statek zatonął, jego pierwszy rejs okazał się również ostatnim.
Mam nadzieję, że czytelnicy domyślili się już, jak się ten statek nazywał? Tak jest – również ,,Titanic". Wszystko zgadzało się prawie co do joty z powieścią zaprezentowaną przez Morgana Robertsona. Przypominam tu jeszcze raz, że wspomniana powieść ukazała się 16 lat przed wydarzeniami, jakie rozegrały się w rzeczywistości. Była to więc niejako ,,prorocza" książka, nie dziwmy się więc, że zdobyła sobie ogromną popularność właśnie po wypadku prawdziwego ,,Titanica".
No cóż, jeszcze raz literatura wyprzedziła życie. Historia zna jednak wypadki odwrotne, kiedy życie wyprzedzało fikcję literacką.
Czy pamiętacie pana Artura Conan Doyle'a, tego samego, który stworzył postać legendarnego detektywa Sherlocka Holmesa? A jeżeli - w co nie wierzę - nikt z Was nie przeczytał ani jednej książki opisującej niezwykłe przygody tego niezwykłego detektywa, na pewno zwróciliście uwagę, że nazwisko Artura Conan Doyle'a już się na kartkach naszej książki przewinęło. To on był autorem krew w żyłach mrożącej wersji o zaginięciu ,,Mary Celeste". No cóż, Artur Conan Doyle był jednak pisarzem wielkiej klasy, człowiekiem obdarzonym nieprzeciętną fantazją, co w literackim ,,fachu" jest jednak rzeczą pierwszoplanową.
Po tym wstępie możemy już przystąpić do opowieści o fikcji literackiej i prawdziwym życiu.
Tak się kiedyś złożyło, że Artur Conan Doyle, podróżując po Europie, znalazł się w Szwajcarii. Kraj piękny, malowniczy i dla rodowitego Anglika, mieszkającego stale na zamglonych wyspach Albionu, wręcz egzotyczny. W czasie swoich wędrówek autor Sherlocka Holmesa zatrzymał się kiedyś w niewielkim hoteliku pod nazwą ,,Schwarenbach". Był to dość dziwaczny budyneczek, nieciekawy, ponury, jak gdyby przygarbiony, w sumie sprawiający wrażenie dość przygnębiające. Pisarz, urzeczony niezwykłą atmosfera tego zakątka, jak zresztą całego miasteczka, powiewem osamotnienia, jaki snuł się wokół hoteliku, zdecydował się tu właśnie umieścić akcję swego kolejnego opowiadania kryminalnego.
Pomysł noweli zrodził się szybko, wymagał jedynie nieznacznego doszlifowania. Tak więc akcja miała się toczyć w tym ponurym hoteliku zagubionym w górach Szwajcarii, a głównym bohaterem miał być właściciel. Miał to być człowiek stary, równie ponury i rów nie samotny jak jego hoteliczek, do którego zresztą rzadko kto za- chodził. Przed wielu, wielu laty jego jedyny syn (przypominam, że to opowiadanie) uciekł z domu i odtąd wszelki słuch po nim zaginął.
Żona hotelarza, przybita zgryzotami i zmartwieniami, zmarła i starzec pozostał sam. Na widok ponurej postaci właściciela hoteliku ewentualnym gościom odchodziła ochota do zamieszkania w nim. Hotelik pustoszeje coraz bardziej, aż wreszcie pewnego dnia zrozpaczony i pogrążony w nędzy właściciel postanawia, że w okrutny sposób zamorduje pierwszego gościa, który zdecyduje się przenocować w hotelu.
Mija wiele dni i tygodni, ale chętnych do zamieszkania wciąż brak. Pewnego dnia zjawia się jednak młody człowiek i bez wahania wy- najmuje pokój. Nadchodzi wreszcie owa upragniona chwila, kiedy starzec może spełnić swoją przysięgę. Tejże nocy zabija podstępnie gościa i... rozpoznaje w nim swego własnego syna, który po latach nieobecności postanowił wrócić do ojca.
Znając mistrzowskie pióro Conan Doyle'a i jego liczne opowiadania kryminalne, należy przypuszczać, że i to stałoby się prawdziwą perełką nowelistyki. A jednak nie zostało nigdy napisane. Tak się bowiem złożyło, że następnego dnia wędrując uliczkami miasteczka natknął się na miejscową bibliotekę, niewielką, nie najlepiej zaopatrzoną.
Aby skrócić sobie długie wieczory przy kominku w hotelowym saloniku, wypożyczył z biblioteki maleńki tomik opowiadań Maupassanta. Kiedy wrócił do ,,Schwarenbachu" i usadowił się wygodnie w fotelu, zabrał się do lektury.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy przekonał się, że... jego nowela została już napisana, i to właśnie przez Maupassanta! Jej treść pokrywała się co do joty z pomysłem samego Conan Doyle'a. Jego zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że w swoim czasie Maupassant często odwiedzał ową mieścinę i zatrzymywał się właśnie w hotelu ,,Schwarenbach". Conan Doyle często opowiadał swoim przyjaciołom i znajomym o tym dość niezwykłym zbiegu okoliczności, nie kryjąc swego prawdziwego zdziwienia. Ale jego zdziwienie byłoby jeszcze większe, gdyby znany mu był szczegół, o którym oczywiście nie wiedział.
Otóż mniej więcej przed stu laty niemiecki pisarz Zacharias Werner wydał tragedię zatytułowaną ,,24 luty". Akcja tej tragedii, podobnie jak u Maupassanta, rozgrywa się właśnie w ponurej scenerii hotelu ,,Schwarenbach". Utwór Wernera nie jest jednak całkowitą fikcją literacką, jak nowela Maupassanta czy też niedoszłe opowiadanie Conan Doyle'a. Werner oparł akcję swojej tragedii na autentycznym wydarzeniu, na autentycznym morderstwie, które w tym właśnie hotelu zostało popełnione w XVIII wieku.
----------------------------------------------------------
Książka zawiera tą jak i wiele innych opowieści napisanych przez samo życie a historie w niej zawarte… jak sama nazwa wskazuje są tak dziwne, że prawie niewiarygodne gdyby nie zdarzyły się naprawdę.
#ciekawostki #historia #zycie #ksiazka #swiat #przypadki #paranormalne












