#ciekawostki #animacja #3d #scifi #kosmos #rozrywka #eksploracjakosmosu

Bardzo ciekawe są te animacje z gatunku "near future space war". No i właśnie taką wrzucam dla rozrywki.

Zdjęcie

DECOY: A SPACE AGE DUEL [3D ANIMATION]

-------------------------------------------------------

http://youtu.be/sjx6sMoTbNg?si=n5k-DLH8B0njQJwu

-------------------------------------------------------

Dwa słowa odnośnie uzbrojenia przestrzeni kosmicznej. Elity tego chcą od bardzo dawna.

Opowiadał o tym Wernher von Braun – nazistowski specjalista od rakiet, który w ramach programu "Paperclip" został przejęty po 2 w.ś przez USA.

Najpierw będą walczyć z komunizmem, potem z terroryzmem, potem będzie zagrożenie z kosmosu. A wszystko to będzie kłamstwem.


~ słowa przypisywane Wernherowi w kontekście umieszczenia w kosmosie broni.

Przypuszczalnie to już ma miejsce. Tu nie chodzi o rakiety powietrze-kosmos zestrzeliwujące satelity, ale faktyczną broń orbitalną. Od broni kinetycznej (Rods from God) po promienną.

W ostatnich latach było głośno o orbitujących systemach laserowych. Przypuszcza się że niektóre pożary wywołane w stanach były działaniem testowania tej broni.

Zdaje się pan naukowiec z kanału Tech Ingridienc udowadniał, że urządzenie wielkości dużej industrialnej spawarki umieszczone na orbicie (około 100km od ziemi) było by w stanie puścić na ziemię wiązkę o średnicy 1m (tak duża przez dyspersję światła w odległości) i potencjalnie zaprószyć ogień w sprzyjających warunkach.

Wojsko zdecydowanie ma zabawki większych rozmiarów niż spawarka, tego nawet nie trzeba się domyślać.

W kosmosie ta broń nie jest rozproszona przez atmosferę, więc jest też bardziej śmiercionośna. Dystanse jednak mają znaczenie.

Na filmie (z przyczyn wizualnych) te wydają się nie wielkie. W rzeczywistości statek kosmiczny, dajmy na to długości 100m z odległości 100km będzie przypominać kropkę w tekście ( . ). No i paradoksalnie nie jest to odległość wielka.

Próżnia to suka. Przy dobrym systemie radarowym, wykryjesz obcy statek z odległości tysięcy km. W próżni nie ukryjesz się za osłoną.

Atakujący ma przewagę, namierzyć= zestrzelić. Strona broniąca się ma przewagę gdy wykryje intruza – czyli musi inwestować w systemy detekcji.

Gdy obie strony zaczynają do siebie strzelać – obie mają przejebane. Zwłaszcza, że karetka nie dojedzie, wcale.

8

@Andrzej_Zielinski, dla tych, którzy lubią SF w kosmosie, a jeszcze nie oglądali, polecam serial The Expanse. Lasery są tam używane jedynie do komunikacji statek-statek, jednak serial i tak warto zobaczyć
@Andrzej_Zielinski,

Tak faktycznie jest, jeśli nagle ujawniłyby się jakieś wyniesione podstępnie na orbitę lasery, które podpalają na wrogim terenie domy i lasy, to w ślad za tym byłoby odpalanie broni ziemia-kosmos i zestrzeliwanie wrogich satelitów z naddatkiem, że zestrzeliwujemy wszystko, co jest satelitą przeciwnika. Dokładniej, taki satelita musi mieć orbitę co najmniej 200 km nad ziemią a najlepiej od 300 km i dalej, bo już przy 200 km nad ziemią zbyt szybko taki satelita opadałby do spalenia w atmosferze już na wysokości 100 km nad ziemią.

W warunkach wojny totalnej to już wystarczałaby głowica termonuklearna zdetonowana na wysokości 100-200 km, by zniszczyć lub wyłączyć wszystko z orbity w danym regionie, bo nawet niezniszczone satelity latałyby w toposferze z cząsteczkami powietrza zjonizowanymi i blokującymi kontakt i obserwacje.
@DarrDarek, No właśnie strzelanie do satelitów może być nie najlepszym rozwiązaniem.

W 2007 - 2010 - 2013r. Chiny zrobiły próby rakiet anty satelitarnych. Zwykle wystrzelonych z rejonu kosmodromu Xichang, były to wielostopniowe pociski kinetyczne SC-19. No i prawdę mówiąc zrobiło się trochę brązowo w gaciach na całym świecie.

Jest takie pojęcie "syndrom Keslera" dotyczy ono odpadów orbitalnych i dalszej możliwości skutecznego wystrzeliwania rakiet w kosmos.

W scenariuszu użycia na masową skalę takich niszczycieli satelitów, będziemy mieli do czynienia z kosmicznym dominem. Same pociski kinetyczne składają się z tysięcy mniejszych pocisków (jak śrut z strzelby) do tego dochodzi fakt, że same rozprute satelity stały by się mniejszymi pociskami.

Efekt domina gdzie wszystko zaczyna się zderzać z wszystkim na orbicie.

O ile większe części satelitów ostatecznie wejdą w atmosferę, to ich mniejsze drobiny będą fruwać po orbicie jeszcze przez wiele dekad tworząc w ten sposób orbitalną strefę śmierci.

Dla satelitów to źle… ale dla atakującego tez to poważny problem.

Hegemoni świata opierają swój najcięższy arsenał na pociskach balistycznych. Te z kolei aby dotrzeć do celu muszą wejść w przestrzeń okołoziemską. W przypadku upstrzenia jej fruwającymi elementami ta broń przestaje być użyteczna bo zostanie mimowolnie zestrzelona.

Już w obecnym momencie saturacja przestrzeni kosmicznej fruwającym śmieciem jest na skraju załamania. Dla tego to gorący temat.

Obecnie rozwijane są systemy naziemnej broni laserowej i radarowej (zakłócającej) przeciw satelitom. W 2024 brytyjskie wojsko skarżyło się, że właśnie Rosja i Chiny świecąc laserkami w kamery ich satelit skutecznie je zakłócało.

Jednak nie można wykluczyć sytuacji, że w przypadku większego konfliktu ktoś ostatecznie zdecyduje się na scenariusz kosmicznego domina. Przegrywam – nie mam satelitów – ty tez nie będziesz mieć.

To skutecznie pozbawi ziemię funkcjonujących satelitów jak i eksploracji kosmosu na wiele dekad. Pozostaną jeszcze kable podmorskie do komunikacji… ale te też łatwo uszkodzić.
@Andrzej_Zielinski,

No właśnie strzelanie do satelitów może być nie najlepszym rozwiązaniem


Na tym polega wojna, że gdy okazuje się, że wbrew umowom międzynarodowym ktoś umieścił satelity bojowe na orbicie i one bezkarnie zaczynają podpalać lasy, fabryki, to wtedy nie ma nawet chwili czekania, a dopracowana broń rakietowa ziemia-kosmos zaczyna rozbijać satelity wroga.

Aby laicy lepiej zrozumieli zagrożenie ogromem szczątków satelitów dla innych satelitów, to trzeba wskazać, że wtedy tworzą się ścieżki orbitalne, gdzie jest skrajnie niebezpiecznie dla innych satelitów, ale to wcale nie znaczy, że satelity na 50 km wyższej orbicie są zagrożone. Oczywiście, skala ataku na satelity wroga może nie dotyczyć kilku zidentyfikowanych "podpalaczy" a może być większa, ale zasadniczo po wyeliminowaniu "podpalaczy" nie musi wcale wojna w kosmosie być rozszerzana.

Obawy, że rakiety międzykontynentalne z bronią nuklearną byłyby rozbite przez te miliony cząstek z rozwalonych satelitów, to takie niezrozumienie fizyki kosmosu na etapie podstawowym. Nawet miliony fragmentów rozbitych satelitów nie dawałyby większego zagrożenia dla rakiet międzykontynentalnych. Kosmos ponad naszymi głowami na wysokości 100 do 1200 km nad ziemią, gdzie pojawiłby się tor rakiety międzykontynentalnej to taki ogrom przestrzeni, że natrafienie nawet na jeden z miliona odłamków kosmicznych byłoby pewnie zdarzeniem jeden na milion albo i jeden na miliard. Gdy zmasowany atak rakietami międzykontynentalnymi zakłada setki a nawet tysiące rakiet wystrzelonych na wrogów, to wtedy nawet jedna stracona rakieta na tysiąc jest realnie nieistotna dla przerażającej skali zniszczenia świata, jaka czekałaby po takim wystrzeleniu setek czy tysięcy rakiet z tysiącami głowic termonuklearnych.
Na tym polega wojna, że gdy okazuje się, że wbrew umowom międzynarodowym ktoś umieścił satelity bojowe na orbicie i one bezkarnie zaczynają podpalać lasy, fabryki,


@DarrDarek, Teoria spiskowa głosi ze pożary na Maui (2023) były wywołane przez orbitalną broń laserową? No i co? I nic. Jeszcze nikt nie strzelał do tych satelit.

To czy będzie użyta przeciw nim broń to już nie logika a polityka. W 2025 Rosja zaczęła rozważać czy umieścić broń A na orbicie. Oczywiście to by łamało obietnice na papierze... ale faktycznie kto by ich przed tym powstrzymał?

No i co do tego latającego gówna nad naszymi głowami. W sensie tych śmieci, części i odpadów. Syndrom Keslera powstał ze względu na realne zagrożenie dla obiektów ktore przemieszczają się przez tę przestrzeń.

Ne wiem jaka była by szansa na trafienie obiektu jakimś szczątkiem, ale skoro jest to oficjalny problem kosmologiczny, wydaje się, że szansa jest wystarczająca.

W przypadku jak zaczną odpalać rakiety kontynentalne by się wzajemnie wyniszczyć (scenariusz MAD) to wtedy tak jak piszesz - część doleciała by do celu. Ale tylko część bo sporo by zostało uszkodzone w przestrzeni.

Tak mi się wydaje

Ale co ja tam wiem, jestem tylko internetowym trollem.
@Andrzej_Zielinski,
Teoria spiskowa głosi ze pożary na Maui (2023) były wywołane przez orbitalną broń laserową?


Nie, to są oczywiste brednie. Wynoszenie obiektów podatnych na awarie za miliardy dolarów na orbitę by zrobiły to samo co potrafi dron latający z podwieszonym zapalnikiem za 500 dolarów, to tak głupia koncepcja, że tylko ludzie naiwni się na takie bzdury nabierają.

W przypadku jak zaczną odpalać rakiety kontynentalne by się wzajemnie wyniszczyć (scenariusz MAD) to wtedy tak jak piszesz - część doleciała by do celu


Nie, nawet miliony szczątków w kosmosie to jest problem nieistotnie mały dla rakiet międzykontynentalnych, które tylko w ułamku sekundy przemykają przez swoją ścieżkę toru balistycznego i mają szansę jak jeden do miliarda trafienia jednym z milionów szczątków satelitarnych. To czysta matematyka na usługach fizyki i geometrii przestrzeni, by wyliczyć to nikłe prawdopodobieństwo zderzeń. Tak jak miliony ptaków latających w bardzo ograniczonej przestrzeni powietrznej nie zdarza się z milionami lotów samolotowych rocznie, jakie mają miejsce, a zderzenie to jest przypadek jeden na dekady, tak samo jeszcze tysiące razy rzadsze byłyby zderzenia milionów szczątków orbitalnych z przelatującą swoim torem rakietą międzykontynentalną. To że tysiące a nawet miliony razy rzadsze to byłoby zdarzenie niż te zderzenia samolotów z ptakami, to też wynika z fizyki i matematyki. Łatwe do szacowania i też łatwe do obliczenia.
@Andrzej_Zielinski,
O ile większe części satelitów ostatecznie wejdą w atmosferę, to ich mniejsze drobiny będą fruwać po orbicie jeszcze przez wiele dekad tworząc w ten sposób orbitalną strefę śmierci.


Wg fizyki jest odwrotnie. To właśnie ciężkie fragmenty na orbicie 300 km nad Ziemią będą latały długo, bo zanim zejdą na orbitę śmierci 150 km nad ziemią, to miną dziesiątki lat. Za to drobne fragmenty będą spadały szybko. To czysta fizyka i czyste obliczenia matematyczne. Jeśli obiekt satelitarny o masie 100 kg jest hamowany z taką siłą, że spada w ciągu roku na orbitę o 4 km niższą, a za 40 lat spali się w atmosferze, to obiekt podobnej gęstości ale z masą 0,1 kg ma 1000 razy mniejszą masę, 1000 razy mniejszą energię kinetyczną, ale za to ma powierzchnię tylko 100 razy mniejszą i siła hamująca w termosferze jest 10 razy większa na jednostkę energii kinetycznej tego małego obiektu 0,1 kg i to sprawi, że ten obiekt w 4 lata spali się atmosferze. A mała śrubka 1 gram masy spadnie i spali się już po paru miesiącach lub tygodniach.