"24 czerwca 1982 roku w nocy lot British Airways Flight 9 leciał na wysokości ponad 11 tysięcy metrów nad Oceanem Indyjskim. Na pokładzie panował spokój – pasażerowie szykowali się do snu, a załoga pod dowództwem kapitana Eric Moody rutynowo kontrolowała instrumenty. Nikt nie spodziewał się, że za chwilę wydarzy się coś, co przejdzie do historii lotnictwa.
Nagle wokół okien pojawiła się dziwna, niebieska poświata – zjawisko znane jako Ogień świętego Elma. Chwilę później do kabiny zaczął dostawać się dym o zapachu siarki. Początkowo podejrzewano drobny problem, ale rzeczywistość okazała się znacznie gorsza.
W ciągu kilkudziesięciu sekund wydarzyło się coś niewyobrażalnego – najpierw zgasł jeden silnik, potem drugi, trzeci i czwarty. Potężny Boeing 747 zamienił się w szybujący bez napędu samolot. Cisza w kokpicie była przerażająca. Maszyna zaczęła opadać w kierunku gór na wyspie Jawa.
Załoga zachowała zimną krew. Samolot szybował, tracąc wysokość w proporcji 15:1 – co oznaczało, że z każdą utraconą milą wysokości przelatywał jeszcze piętnaście mil do przodu. W tym czasie kapitan Moody odezwał się do pasażerów słowami, które przeszły do historii:
„Mamy mały problem. Wszystkie cztery silniki przestały działać. Robimy wszystko, żeby je ponownie uruchomić. Mam nadzieję, że nie są Państwo zbyt zaniepokojeni.”
Dopiero później odkryto prawdziwą przyczynę. Samolot wleciał w niewidzialną chmurę popiołu z wulkanu Galunggung. Radar jej nie wykrył, bo nie zawierała wilgoci. Mikroskopijne cząstki szkła wulkanicznego dostały się do silników i zaczęły się topić, blokując przepływ powietrza.
I wtedy wydarzył się cud.
Na wysokości około 4 tysięcy metrów temperatura spadła. Zastygnięte szkło zaczęło pękać. Po wielu nieudanych próbach jeden silnik nagle ożył. Potem kolejny. I kolejny. W końcu wszystkie cztery znów działały.
To jednak nie był koniec problemów.
Podczas podejścia do lądowania w Dżakarcie szyby w kokpicie były niemal całkowicie zmatowione przez popiół. Piloci praktycznie nie widzieli pasa. Lecieli niemal na ślepo, polegając tylko na instrumentach.
Mimo to udało się bezpiecznie wylądować.
Nikt nie zginął.
To zdarzenie zmieniło lotnictwo na zawsze – doprowadziło do stworzenia systemów monitorowania chmur popiołu wulkanicznego i pokazało jedną rzecz:
W krytycznych momentach to nie awaria jest największym zagrożeniem. Największym wrogiem jest panika.
A największą przewagą – spokój. Wyobraźcie sobie na koniec miny pasażerów po słowach pilota "Mam nadzieję, że nie są Państwo zbyt zaniepokojeni.”
za Siła Charakteru
#ciekawostki #lotnictwo #zajebanezx
Nagle wokół okien pojawiła się dziwna, niebieska poświata – zjawisko znane jako Ogień świętego Elma. Chwilę później do kabiny zaczął dostawać się dym o zapachu siarki. Początkowo podejrzewano drobny problem, ale rzeczywistość okazała się znacznie gorsza.
W ciągu kilkudziesięciu sekund wydarzyło się coś niewyobrażalnego – najpierw zgasł jeden silnik, potem drugi, trzeci i czwarty. Potężny Boeing 747 zamienił się w szybujący bez napędu samolot. Cisza w kokpicie była przerażająca. Maszyna zaczęła opadać w kierunku gór na wyspie Jawa.
Załoga zachowała zimną krew. Samolot szybował, tracąc wysokość w proporcji 15:1 – co oznaczało, że z każdą utraconą milą wysokości przelatywał jeszcze piętnaście mil do przodu. W tym czasie kapitan Moody odezwał się do pasażerów słowami, które przeszły do historii:
„Mamy mały problem. Wszystkie cztery silniki przestały działać. Robimy wszystko, żeby je ponownie uruchomić. Mam nadzieję, że nie są Państwo zbyt zaniepokojeni.”
Dopiero później odkryto prawdziwą przyczynę. Samolot wleciał w niewidzialną chmurę popiołu z wulkanu Galunggung. Radar jej nie wykrył, bo nie zawierała wilgoci. Mikroskopijne cząstki szkła wulkanicznego dostały się do silników i zaczęły się topić, blokując przepływ powietrza.
I wtedy wydarzył się cud.
Na wysokości około 4 tysięcy metrów temperatura spadła. Zastygnięte szkło zaczęło pękać. Po wielu nieudanych próbach jeden silnik nagle ożył. Potem kolejny. I kolejny. W końcu wszystkie cztery znów działały.
To jednak nie był koniec problemów.
Podczas podejścia do lądowania w Dżakarcie szyby w kokpicie były niemal całkowicie zmatowione przez popiół. Piloci praktycznie nie widzieli pasa. Lecieli niemal na ślepo, polegając tylko na instrumentach.
Mimo to udało się bezpiecznie wylądować.
Nikt nie zginął.
To zdarzenie zmieniło lotnictwo na zawsze – doprowadziło do stworzenia systemów monitorowania chmur popiołu wulkanicznego i pokazało jedną rzecz:
W krytycznych momentach to nie awaria jest największym zagrożeniem. Największym wrogiem jest panika.
A największą przewagą – spokój. Wyobraźcie sobie na koniec miny pasażerów po słowach pilota "Mam nadzieję, że nie są Państwo zbyt zaniepokojeni.”
za Siła Charakteru
#ciekawostki #lotnictwo #zajebanezx
b3loza
4
wiktor
3
Macer
0
Beconase
1
Macer
0
DarrDarek
2
Gdy w pobliżu nie masz żadnego lotniska, to gdzie wylądujesz? Nawet lądowanie na wodzie ma swoje zasady - to musi być spokojna powierzchnia, nie wylądujesz na falach; to musi być w pobliżu jakiejś plaży lub lądowanie na bezpiecznej, spokojnej rzece by choć część się uratowała, bo inaczej wszyscy zatoną.