Skąd w Polsce ten fetysz książki? Z jednej strony wszystkie deklaracje typu "nie czytasz nie idę z tobą do łóżka". Podobnie wywyższanie się fajnopolaków tym, że oni czytają, przerzucaniem się statystykami że 60% czy tam ile nie czytało książki w ostatnim roku a wiec to na pewno wyborcy PiSu.
Ale chyba najbardziej wkurwia mnie, że książek nie wolno wyrzucić. Rodzice mają mieszkanie po dziadkach, dziadkowie oczywiście uzbierali masę książek ale przy sprzątaniu nie wolno tego było wywalić o nie. Do biblioteki, antykwariatu, jezu, książki wywalać. Nikomu się dziwnym trafem nie chciało zająć więc trafiły do pudeł na strych, a teraz miejsca na strychu brakło więc pomagam im opróżnić.
No i tu pojawia się problem, bo większość książek to... chłam. Po dziadkach mamy ogromna kolekcję albumów o papierzu, wiadomo którym. Dzieła zebrane Norwida czy tanie romansidła z taniego papieru z półnagim facetem na okładce. A przepraszam, ze trzy wydania encyklopedii PWN z czasów głębokiego PRLu. I okazuje się, że ani antykwariaty nie są tym zainteresowane, ani tym bardziej biblioteki, a skupy makulatury wezmą ale tylko te z taniego papieru bo podobno encyklopedie i takie grube oprawki to im nie potrzebne. Parę ciekawych książek się znalazło, ale te oczywiście kto mógł to wziął dla siebie.
No i taka mnie refleksja naszła, że skąd ten fetysz książki u nas. Nie wiedzy, nie historii, tylko faktu, że ktoś coś wydrukował i nazwał książką. Bo nasi światli fajnopolacy w ogromnej większości to czytali, owszem, książkę, ale pokroju albumu z Wojtyłą, czyli kolejną z taśmociągu Mroza albo inną fantastykę o elfach.
Nic oczywiście do takich książek nie mam, bo rozrywka różne ma oblicza.
Ale wyobrażacie sobie jakby ktoś powiedział, że "nie wolno wyrzucić bo to jest FILM" albo załamywać ręce, bo "50% polaków nie obejrzało żadnego filmu"? Nagle wszyscy powiedzą, że sporo filmów to chłam, albo prosta niewymagająca rozrywka.
No ale książką...
#przemysleniazdupy
Ale chyba najbardziej wkurwia mnie, że książek nie wolno wyrzucić. Rodzice mają mieszkanie po dziadkach, dziadkowie oczywiście uzbierali masę książek ale przy sprzątaniu nie wolno tego było wywalić o nie. Do biblioteki, antykwariatu, jezu, książki wywalać. Nikomu się dziwnym trafem nie chciało zająć więc trafiły do pudeł na strych, a teraz miejsca na strychu brakło więc pomagam im opróżnić.
No i tu pojawia się problem, bo większość książek to... chłam. Po dziadkach mamy ogromna kolekcję albumów o papierzu, wiadomo którym. Dzieła zebrane Norwida czy tanie romansidła z taniego papieru z półnagim facetem na okładce. A przepraszam, ze trzy wydania encyklopedii PWN z czasów głębokiego PRLu. I okazuje się, że ani antykwariaty nie są tym zainteresowane, ani tym bardziej biblioteki, a skupy makulatury wezmą ale tylko te z taniego papieru bo podobno encyklopedie i takie grube oprawki to im nie potrzebne. Parę ciekawych książek się znalazło, ale te oczywiście kto mógł to wziął dla siebie.
No i taka mnie refleksja naszła, że skąd ten fetysz książki u nas. Nie wiedzy, nie historii, tylko faktu, że ktoś coś wydrukował i nazwał książką. Bo nasi światli fajnopolacy w ogromnej większości to czytali, owszem, książkę, ale pokroju albumu z Wojtyłą, czyli kolejną z taśmociągu Mroza albo inną fantastykę o elfach.
Nic oczywiście do takich książek nie mam, bo rozrywka różne ma oblicza.
Ale wyobrażacie sobie jakby ktoś powiedział, że "nie wolno wyrzucić bo to jest FILM" albo załamywać ręce, bo "50% polaków nie obejrzało żadnego filmu"? Nagle wszyscy powiedzą, że sporo filmów to chłam, albo prosta niewymagająca rozrywka.
No ale książką...
#przemysleniazdupy
sharkando
1
kusanagi
6
Imo lepszym wyznacznikiem jest to czym się ktoś zajmuje w pracy z naciskiem na generowanie realnej wartości dodanej - ale tutaj lewica forsuje narrację "twoja praca nie definiuje twojej wartości / twoja praca to nie ty"
dodge_durango
0
kamikaze2
3
wiktor
5
Może nasza trudna historia zakodowała w nas jakieś nadmierne nabożeństwo do tych zszytych plików papieru pokrytych farbą drukarską.
kochacpis
3
Dps
1
borubar
1
Bo jedna książka po wyprodukowaniu tylko zajmuje miejsce na półce w sklepie (ewentualnie u kogoś w na regale jeśli ją kupi bo spodobała mu się okładka) a inna książka zostanie przeczytana przez setki osób (dawniej książki miały jakąś ograniczoną wytrzymałość ale obecnie gdy się je skanuje i kopiuje przez internet nie mają już nawet takich ograniczeń).
Podobnie bezsensowne jest porównywanie globalnej ilości sprzedanych książek w danym kraju do ilości obywateli tego kraju (i jeszcze te wieczne narzekania łojejku wypada tylko pół książki na osobę ludzie nie czytają książek, a fakty są takie że przeczytań nikt nie liczy, jednym co wiadomo to że ludzie uważają te książki za niewarte ich ceny).
Dps
0
możemy mówić o zasadzie- za raczej trzeba wyprodukować+- tyle książek ile się sprzeda. W sensie książki o budowie silników nie wyprodukuje nikt w milionach. Natomiast obyczajówka o zakochanej Zuzi może się sprzedać lepiej i taka książka więcej nadrukujesz
Ale zakładam, że masz lepsze dane więc wrzuć
borubar
0
Jak się pójdzie na jakieś fora na których ludzie wymieniają się książkami, albo na strony internetowych bibliotek, to można czasem zobaczyć ile razy został wyświetlony dany post na forum albo ile razy pobrano dany plik.
Wcale te najbardziej masowo produkowane książki o zakochanej Zuzi nie są najbardziej popularne wśród czytelników.
Dps
0
borubar
2
Zainteresowanie masowo drukowanymi nowymi książkami jest znikome. Naprodukowali tego tony a za 2-3 lata większość trafi na przemiał i mało kto będzie w ogóle pamiętał że istniała taka książka.
Największą popularnością na forach internetowych cieszą się książki które albo nie są już drukowane wcale, albo były wydrukowane dawno temu w małej ilości a później dodrukowano im większą ilość.
Ale to nie jest tak że ludzie lubią starocie i klasyki z przed 30, 40 czy nawet 50 lat. One po prostu już przeszły selekcję, były najlepszym co w tamtych czasach powstało (wyróżniły się czymś i były tym 1% który nie został zapomniany). Cały czas takie książki się trafiają i będą trafiać no ale jest ich niewiele w stosunku do ogółu który jest w produkcji.
tow_wieslaw
2
Podobny mechanizm działa moim zdaniem w przypadku muzyki. Żaden ze mnie znawca, ale podejrzewam że przed epoką masowej dostępności muzyki na nośnikach, musiała istnieć w obiegu spora ilość "muzycznego chłamu", który nie przetrwał procesu selekcji i został zapomniany. Tym sposobem obecna muzyka klasyczna obfituje w dzieła mające to "coś", tak samo z resztą jak znane i lubiane hity lat 50, 60, itd.
Informacje wartościowe zostają zachowane i przekazywane dalej w dużej liczbie kopii, a reszta idzie w zapomnienie, ewentualnie egzystuje na granicy zapomnienia w pojedycznych egzeplarzach.
dodge_durango
1
@tow_wieslaw, memiczny już błąd przeżywalności. Masz całkowitą rację, tak jest i tak było ze wszystkim.
Zresztą ja się do tego "błędu" przyczynie, bo kilka fajnych książek z kolekcji dziadków zostawię, a reszty chłamu się pozbędę.
tow_wieslaw
0
dodge_durango
0
tow_wieslaw
0