Przepinam bo warte odnotowania. Zbyt często spotykam się z argumentem "nie warto narzekać, lepiej wziąć się za siebie" - to jest nieporozumienie, ja postuję aby uświadomić szerszą publikę o losie naszych braci - i mówię z ich perspektywy bo chcąc nie chcąc czasem w rozmowach temat schodzi na "co tam u nich"



1. większość ludzi w Polsce gra na poziomie "nigthmare"

2. jak nie masz jeszcze normalnej rodziny, urodziłeś się na zadupiu w Polsce C w patologicznym środowisku, po dzieciństwie masz PTSD i autentyczną depresję - nawet jak jesteś dobrym chłopakiem z potencjałem - to masz nightmare+

3. cel gry w rozumieniu prawicowym to: mieć rodzinę (2-3 dzieciaki), dom, pracę (najlepiej godną i na poziomie umiejętności), nie zarżnąć się i nie umrzeć ze stresu przed 50, bez cheatów (np. długi które dam w spadku dzieciom)

4. cel gry to nie: "lewicujący" NEET, nie pracuję, nie uczę się, nie mam rodziny, mam 20-30 lat i gniję sobie komfortowo w piwnicy rodziców - nawet jak mi z tym źle i wiem że to złe - chociaż mogę sobie do tego dorobić filozofię antynatalizmu

5. warunki gry to nie: mam nadzianych rodziców i ustawili mi dorosłe życie jak jeszcze miałem 20 lat / mam fajną dobrze płatną prace dzięki nepotyzmowi (bardzo typowe na zadupiach gdzie każda lepsza praca jest zaklepana przez "swoich")

6. cheat typu: wyjechałem na emigrację, żyję pośród obcych, ale jako tako nawet nieźle wyszyłem - odpada bo taki emigrant w statystykach jest stracony



Sporo ludzie w Polsce daje radę "grać" na takich warunkach i wykręcać imponujący score. Ale pytam: czy my musimy grać na takim poziomie? Kto i dlaczego nam taki poziom gry ustawił?

Ja osobiście znam sporo ludzi którzy zaczynali od 0 w latach 90/00 i wyszli nieźle, mają dzieci - ale też wiem jaką przejebaną drogę musieli przejść o której nie mówią chyba że ich wyraźnie i celowo o to zapytasz - w skrócie musieli kombinować na 200%, próbować i wyjebać się na pysk 100 razy aż z czasem coś udało im sie osiągnąć.

Ale ich jest mało - więcej znam takich którzy po prostu odpuścili i sobie gniją. Ratio wydaje mi się być 1.5 takich co polegli na 1 takiego któremu się udało - podczas gdy powinno być 9 wygrywów na 1 przegyrwa (zapijaczony bezrobotny leń koczujący przed lokalnym monopolowym w Koziej Wólce) w normalnym środowisku.

11

Ale pytam: czy my musimy grać na takim poziomie? Kto i dlaczego nam taki poziom gry ustawił?


@kusanagi, w Polsce praktycznie nie ma trybu "nightmare". Oczywiście są przypadki które opisałeś, komu rodzice zginęli w wypadku a dom się spalił i tak dalej. Ale to margines.

W skali świata Polska jest topowym miejscem do życia. Narzekamy jak to jest źle porównując się z "lepszymi", tylko te porównania to są tzw. problemy pierwszego świata. Typu ile rodzajów bananów można gdzieś kupić, albo czy kolejka do tomografii jest półroczna albo za to skierowanie można dostać od ręki jak w Polsce, czy co prawda tomogram jest za 3 miesiące ale 3 miesiące musisz czekać na skierowanie. Pisałem to wielokrotnie - Polacy nie zdają sobie sprawy jak mamy dobrze, jak pod wieloma względami jesteśmy w czołówce świata. Śmiejemy się z ruskich, bo u nich działający kibel to powód do dumy. U nas, podobnie jak na tym mitycznym zachodzie, nikt nawet o kiblach, ciepłej wodzie czy dostępie do warzyw i owoców z całego świata przez cały rok nie wspomina, bo to jest oczywistość.

To wysysa z kolei w drugą stronę, z tego samego rynku środki, które normalnie byłyby do dyspozycji np. właśnie na pensje. Jednocześnie cała ta lewica w moim przekonaniu bardzo świadomie antagonizuje ludzi, co z resztą od stuleci już realizuje. Podminowuje systemy wartości, mąci ludziom w głowach na okrągło. Obrzydza to co tańsze, ale ważniejsze, a reklamuje to co próżne i drogie.


@Skalp @Ijon_Tichy moim zdaniem jest to gówno powód problemu z dzietnością. Dzieci przestały, cytując Kowina, być twoją własnością, a stały się państwowym zasobem. Cała kultura jest kształtowana "na zewnątrz". Potomstwo nie jest przedłużeniem twojej linii genetycznej, nie jest nową, docelowo lepszą wersją swoich rodziców. Nie możesz wpajać dziecku swoich poglądów, bo od małego jest zabierane do systemu kształcenia, gdzie dostaje odpowiednie marksistowskie przeszkolenie. W Polsce mamy jeszcze w miarę spoko w kwestii spadków, ale w takim UK (i zdaje się USA) spadek oznacza ogromne koszty podatkowe, czyli nie masz co pracować na swoje dzieci bo i tak im większość zabiorą.
@dodge_durango,

1. warunki gry: nie masz pleców (żadnych cheatów) - zaczynasz jak jesteś od 0

2. cel gry: chcesz mieć 2-3 dzieci + pracę etc - normalne życie

Powiem ci typowy case: po nienajgorszych studiach, zdobywasz 1 pracę za minimalną i wydajesz 50-60% na wynajem, reszta ledwo na cokolwiek starcza, mija 5-15 lat zanim stworzysz podstawy pod normalne życie, ze swoją kobietą zapierdalacie jak chomiki - gratulacje, przegraliście grę - bo nie starczy wam czasu ani miejsca aby mieć 2-3 dzieci i spokojne normalne życie - macie małe mieszkanie, 1 dzieciaka, psa i kota.

Potem przeskaluj sobie to na poziom społeczny i już wiesz czemu demografia to 1.4

Pamiętaj - żadnych cheatów - żadnego spadku, bitcoinów, zajebistego farta, normalnej kobiety która np. będzie sama zajmować się dziećmi w twoim rodzinnym domu na zadupiu (te nowoczesne uważają to za torturę - bez koleżanek, konsumpcji, podróży) kiedy ty będziesz dojeżdżał do pracy w dużym mieście.
Pamiętaj - żadnych cheatów - żadnego spadku, bitcoinów, zajebistego farta, normalnej kobiety


@kusanagi, ale bez przesady. Biorąc średnią dzietność te 20 lat temu, na każdego przypada średnio pół mieszkanie, które prędzej czy później odziedziczy. Sporo ludzi, zwłaszcza ze wsi odziedziczy gospodarstwa i ziemie wartą dużo więcej niż jakieś klitki. Sporo ludzi ma rodziców którzy mogą pomóc przy dzieciach i przy innych sprawach "życiowych".
@dodge_durango, Z tym wychowaniem dzieci to cennna uwaga. Nie skojarzyłem go z dzietnością, a faktycznie kiedyś o nim słyszałem. W sumie to byłyby bardzo ciekawe badania, które sprawdzałyby na ile przekonanie o tym, że nie możesz wychowywać dzieci tak, jak chcesz wpływa na to, czy w ogóle dzieci chcesz mieć.
@kusanagi, żyjemy w czasach dobrobytu, który pozwala na to, żeby wszystkim zapewnić poziom życia, który w 200 lat temu bylby „szlacheckim+”. Równolegle ludzie stali się strasznie pazerni. Dawniej ktoś, kogo było stać na podróż zagraniczną, na ogół oznaczało to, że był bardzo zamożny. Dzisiaj klasa niższa (średniej chyba nie mamy) obowiązkowo na wakacje Chorwacja, Egipt, Turcja. Jeżdżenie za granicę nie jest samo z siebie złe, pytanie moje jest: jakim kosztem się to odbywa. Jeśli ktoś może sobie pozwolić na odłożenie paru(nastu) tysi, nie zażynając się i nie zaniedbując swojej rodziny to jest rzadkie. Bywa wprost tak, że to najbliżsi są tymi, którzy jeszcze dokręcają śrubę do wszczynania awantur włącznie – o to, co było luksusem. Z chęci pokazania się przed innymi albo przed samym sobą? – nie wiem.

Ci, którzy mieli możliwość się wybić (IQ, kontakty, „kapitał początkowy”), mają na ogół narzędzia do lewarowania tego wszystkiego na swoją korzyść i to w tempie wykładniczym – jak system ekonomiczny, oparty na długu (względem kogo??), abstrakcja własności i waluta fiat. Fizyczny „uzysk” (to czym można się najeść) z pracy miliarderów ma się nijak od nominalnego majątku, reszta to wartość pracy ludzi, których zatrudniali poniżej ich wartości (ale nie ceny; tu nie zgodzę się z tym co napisał @Skalp : „spotykacie w pół drogi”). Natknąłem się na określenie „pasożytnicza mentalność”. Druga, komplementarna, to mentalność ofiary (nie neguję tego, że ktoś ma trudno), paradoks jest taki, że trzeba wysiłku, żeby było łatwiej. Większość systemów religijnych i nie tylko ma koncepcję poświęcenia czegoś teraz, dla [prawdopodobnego] zysku później. Wydaje mi się, że OBIE poświęcają co najwyzej swój wizerunek, żeby uzyskać od innych zyski materialne, używając różnych metod: wykorzystanie przewagi materialnej vs. naiwności.

No i świat, w którym żyjemy, jest skomplikowany do stopnia, że żaden jeden człowiek nie rozumie co się naprawdę dzieje. Nie mówiąc nawet o umowach międzynarodowych, czy prowadzeniu biznesu w Polsce x.D. Są jeszcze niepisane konwencje, które w mojej ocenie są jednym ze źródeł nieporozumień (np. osoba A pochodzi ze środowiska, gdzie ziemniaki muszą być polane sosem, osoba B ze środowiska, gdzie uchodzą za „upaprane”) i stereotypy. Tu pojawia się ostatnia grupa, która może narzekać – ci, którzy widzą większą albo mniejszą część powyższego w życiu (też innych) więc wycofują się / uciekają w nałogi.

Nie wiem co np @Ijon_Tichy rozumie przez bycie szczęśliwym, świadomość celu i możliwości jego osiągnięcia – napewno. Statystyki w PL dotyczące depresji (3,5%), spożycia alkoholu (1L spirytusu / (m-c * osoba) ), czy 2000 prób samobójczych młodzieży, pokazują, że nie chodzi tylko zaspokojenie potrzeb materialnych. Ciężko mi odnosić się do statystyk odczuwanego osamotnienia / samotności, kiedy autorzy opracowań posługują się określeniami często / rzadko nigdy. Jednak jeśli (za CBOS) 8% deklaruje je jako permanentne, to jest źle. Po tzw. pandemii, dopiero ubiegły rok był porównywalny, z tym co było przed, jeśli chodzi o udział ludzi w wydarzeniach religijnych. Ale i tak ma się nijak do lat 90, kiedy procesje były na dystansie między dwiema wioskami, a udział brali i młodzi i starzy. Można sie zgadzać lub nie z treścią wyznania, za to niewątpliwie jest to coś wokół czego ludzie się jednoczą. Historię Polski znają tylko ci, którym naprawdę zależy. Liczba osób zaangażowanych w sprawy wspólnot mieszkaniowych (czy w ogóle przychodzących na zebrania) w ogóle nie wróciła do stanu sprzed, a ludzi wykonujących swoje zawody z nastawieniem „z powołania” znam może kilku.

Zło osobowe istnieje, przynajmniej przez ludzi, którzy je reprezentują. Tyle odnośnie narzekania (i samego mojego narzekania ;-p ). Na zakończenie – powtórzę hipotezę: źródłem wielu problemów, jest to, że komuś udało się zredukować człowieka do „zwierzęcia, które trochę lepiej posługuje się narzędziami”, a „awansowanie” go z powrotem powinno przywrócić porządek.
@nexT,

1. szlachta vs klasa wyższa - mieli i mają możliwośc posiadania dużych rodzin. Chłopi stracili.

2. nie mylmy powierzchniowej konsumpcji z faktyczną zamożnością - wynajem, kredyty, leasing, praca w korpo, jednorazowe konsumpcyjne śmieci (jednorazowe ubrania, elektronika, samochody) - wszystko może się rozlecieć w pył w ciągu roku. Jedyne co jest trwałe to twój rodzinny dom, twoja rodzina bliższa i dalsza - ale lewicujące normictwo wręcz się szczyci że "oni z rodziną kontaktów nie utrzymują"

3. co do depresji, niedawno wrzucałem rozmowę z Dukajem gdzie wprost powiedział że Skandynawowie którym niby niczego nie brakuje jadą na antydepersantach a największa szczęśliwośc jest w Filipinach - szczęśliwość jest wtedy gdy miałeś trudno, a widzisz że teraz zaczniesz się wydajnie wygrzebywać z nędzy i jest zajebiście

W pewnym sensie człowiek najlepiej funkcjonuje jak najpierw ma trudno, a potem własnymi siłami się z tego wygrzebie i jest zajebiście zadowolony z siebie na resztę życia (oczywiście trzeba mieć w ogóle taką opcję a nie "żadnej drogi wyjścia prócz butelki")

4. normictwo samo (trochę nieświadomie bo nikt im nie pokazał innego bardziej spirytualnego sposobu życia) godzi się na redukcję do zasobu/zwierzęcia - funkcjonując w schematach żryj/sraj (+ta nieszczęsna praca w kołchozie lub korpokołchozie, już czekają z wytęsknieniem na piąteczeg piontunio bo praca to wypierdzone na fotelu godziny) - jak poświeci mu się korytem czy nowym spajdermanem marvela w kinach JUŻ TERAZ PROMOCJA, DWA KUBEŁKI W JEDNYM I DUŻA GULP COLA NIEEEEEEE PRZEEEEEEEEEGAAAAAAAAAAAAAP
@kusanagi, @Ijon_Tichy Bardzo dobry temat, ale nie wiem, czy jest łatwo tutaj dojść do pewnych oczywistych konkluzji. Nie ze wszystkim co @Ijon_Tichy napisał się zgadzam w całej rozciągłości, np. tego nakierowania się na realizację celów i dalej, że wobec tego każdy dzień to powinna być gotowość do wysiłku. To nie tak, że to zaraz neguję, zwyczajnie nie jestem pewien, czy to jest prawdziwe.

Za to z obiema rękami się podpisuję pod tym, że obecne pokolenia w wyniku marksistowskiego walca są systemowo zdemoralizowane. To jest na swój sposób proste, ale kluczowe. Jeśli się nie naprawi jakości kształtowania młodych i może jeszcze jakoś nie spróbuje się odbić pokoleń 2000+ [w to akurat nie wierzę], to się nie bardzo da uzdrowić Zachód.

Natomiast ja genezy tego problemu szukałbym głębiej. Społeczność Zachodu bardzo mocno kotwiczona była wokół teorii Darwina. Nie wiem czy były jakieś próby falsyfikacji, czy w ogóle weryfikacji, czy ona jest nadal aktualna. W każdym razie, z grubsza wiemy, co ona głosi. Konkurencja, która ma być paliwem do postępu i wzrostu. Tymczasem wiemy też dobrze, dlaczego powstały ludzkie wspólnoty. Robimy pewne rzeczy w grupach, bo nie udałoby się nam ich zrobić w pojedynkę. Tymczasem jaki ma jakikolwiek interes człowiek w tym, by zaprosić kogokolwiek do przedsięwzięcia, inny niż by to przedsięwzięcie zrealizować? Otóż absolutnie żaden. Potem kapitalizm nam mówi, że to się w praktyce wspaniale balansuje. Jak umiesz dużo, to cię zaproszą tu i tam. Co prawda chcą ci zapłacić ani o centa więcej, niż to niezbędne byś tą współpracę podjął. No ale umiesz dużo, więc ty z kolei ciągniesz w górę i tak się spotykacie w pół drogi. Tylko sęk w tym, że takie realia są obecne na rynku pracy tylko w niewielkim wycinku i raczej na poziomie prac wysoko kwalifikowanych. Niżej obowiązuje swoiste prawo dzungli. Ci którzy pracy potrzebują i nałożyli na siebie pewne zobowiązania: rodzina, kredyty, raty są na takim "musiku", że po prostu nie mają w zasadzie prawa stawiać jakichkolwiek wymagań. Zrobią każdą nadgodzinę, a jak trzeba to jeszcze trochę pojeżdzą boltem, byle tylko rachunki były opłacone. Stopień napięcia dzień, za dniem jest na takim poziomie, że instynktownie wyczuwa taki człowiek, że się pojawiają sytuacje pt. "albo ja, albo on".

To właśnie przekręcenie wajchy w kierunku konkurencji za mocno, względem współpracy powoduje nam taką rzeczywistość. Tutaj z kolei po trosze winne są i prawica i lewica.

Konsumpcjonizm wprowadził nas dosłownie do hipermarketów. Przed nimi, dobrze pamiętam, to były albo sklepy osiedlowe, albo bazarki i jeszcze gdzie, nie gdzie mniejsze markety z 4 alejakmi i trzema produktami na krzyż z danego asortymentu. Kiedyś człowiek się cieszył, jak sobie od dzwona kupił nowy komplet zastawy do stołu i wyremontował ciągnik po 25 latach. Dziś jest tak, że wielu ludzi co generację szuka nowego iphona, co porę roku wymienia z 1/4 garderoby, szuka wakacji wersja deluxe, z dwa razy w roku chce być na koncercie za 900 zł itd. Inaczej mówiąc, otworzono przed nami drzwi możliwości i podwyższono to, co uważa się za nowy standard życia. Jak nie spełniasz całej masy kryteriów....toś piwniczak - szach i mat. Z kolei...jak nie chcesz być piwniczak to o bratku. No to wtedy lepiej się ucz i to pilnie, a najlepiej stale, żebyś czasem z wagonika nie został wypchnięty. Mało tego, dzięki mediom społecznośćiowym mamy jedną, globalną witrynę życia. Konkurencja z poziomu między ludźmi z okolicy została podniesiona do globalnej. Zawsze okaże się, że jest gdzieś kolejny króliczek, który ucieka. Efekt jest taki, że cała masa ludzi jak mysz do sera ciągnie do wypłat. Taki człowiek nie chce zmieniać świata, nie chce zmieniać rzeczywistości wokół siebie na lepszą, on chce po prostu zarobić na możliwie największą liczbę wszystkich tych atrybutów człowieka żyjącego pełnią życia.

Ciekaw w sumie jestem, czy są takie badania, które liczą to ile % budżetu domowego przeznacza się na dzieci dzisiaj, a ile to było lat temu 30-50-70. Nos mi podpowiada, że dziś na dzieci idzie po prostu mniej, bo się okazuje, że fundusze na dzieci musza mocno konkurować z: funduszami na spa, na suva, na Malediwy i takie tam.

Teraz wrócę o jeden akapit i odniosę się do lewicy i prawicy, jako udziałowcami. Umówmy się, wprost absurdalnie głupim jest zakładać, że można się bogacić bez ograniczeń. Jestem tego absolutnie pewien, że mamy już ogrom dowodów, że są jednostki na tym świecie, które już teraz mają więcej bogactwa, niż powinny mieć możliwość zgromadzić. Te jednostki mogą sobie kupować, o ile im się zapragnie: państwa, armie, flotę odrzutowców, całe ulice willowe, co tam im się zapragnie. Dla przykładu, jedno ze źródeł http://www.mckinsey.com/mgi/our-research/out-of-balance-whats-next-for-growth-wealth-and-debt

podaje, że mniej więcej 600 bln dolców to cały kapitał ludzkości. Udział jednego Elona Muska 0.125%. To oznacza, że całą ludzkość jeśli chodzi o wartość całokształtu człowieka można by zastąpić niespełna tysiącem Elonów Musków. Z kolei najwyższa kapitalizacja rynkowa, takiej Nvidia to tak z grubsza 0.8%. Co oznacza, że trochę ponad sto firm Nvidia mogłoby zastąpić przeliczając w wartości całą ludzkość. Można sobie jeszcze przeliczyć to na osoby. Na początku roku 2025 zatrudniali około 36k pracowników. To przemnóżmy to powiedzmy razy 120. 4.32 mln pracowników zatrudnionych tylko w Nvidii robiłoby taką wartość dodatnią, jak suma kapitału ludzkości. Czy to nie brzmi jak absolutnie czysta głupota? Ja nie wiem gdzie, ale granice istnieją i są przez niektóre jednostki dawno przekroczone. Te jednostki wysysają jak odkurzacz ogromne ilość bogactwa z rynku, które nie trafią do pensji przeciętnego człowieka.

Z drugiej strony lewica, któa wytworzyła ogromny trend "dej". Pomoc temu na to, tamtemu na tamto, zapomoga taka, siaka, programy na wyrównywanie, na dokarmianie, na obniżanie itp. itd. To wszystko też kosztuje. To wysysa z kolei w drugą stronę, z tego samego rynku środki, które normalnie byłyby do dyspozycji np. właśnie na pensje. Jednocześnie cała ta lewica w moim przekonaniu bardzo świadomie antagonizuje ludzi, co z resztą od stuleci już realizuje. Podminowuje systemy wartości, mąci ludziom w głowach na okrągło. Obrzydza to co tańsze, ale ważniejsze, a reklamuje to co próżne i drogie.

W moim przekonaniu, by świat chociaż nieco uspokoić w swoich odchyłach potrzeba wyrównać balans między konkurencją, a współpracą. Socjalizm jeśli nie zarżnąć całkowicie [w moim przekonaniu nie powinno się], to bardzo mocno zmniejszyć, a z kolei u góry koniecznie nałożyć jakieś realne limity kumulacji bogactwa i to się tyczy zarówno wielkich funduszy inwestycyjnych [ha tfu], ogromnych koroporacji i poszczególnych jednostek.

Tylko haczyk jest taki, że by stworzyć do takich działań odpowiedni grunt trzeba część wprost nowotworów [genderyzm, egalitaryzm i wiele innych] zwyczajnie zniszczyć, a kształcenie młodych na nowo wywalczyć.
@Skalp,

Sporo aspektów psychologicznych wymieniłeś.

1. Presja psychologiczna grupy na normików istnieje i zmusza ich do wakacji w egpicie, iphonow i innego przepalania hajsu w piecu

2. Człowiekowi do życia potrzeba niewiele, nawet jak funkcjonuje on na wysokim poziomie.

3. "popconsumption" - czyli konsumpcja bezsensowna, bezrozumna. Przykładowo, pozytywny przykład to człowiek który mądrze wydaje pieniądze i w krótkim czasie tworzy realną trwałą zamożność, niczego mu nie brakuje, nie bieduje, nie ma żadnych długów. Bardzo widać popconsumption u nowobogackich, np ruscy 1 co robia to kupują mercedesa klasy G (taka pokraczna terenówka) - u nas jest podobnie tylko na mniejszą skalę

Socjalizm powinien być zredukowany do 2:

1. mechanizmu chroniącego ludzi przed całkowitym upadkiem (choroba, wypadek etc)

2. inwestycja zwrotna w ludzi którzy mają potencjał (dajemy za darmo studia, ale potem spłacasz - a zakładamy że jak zdałeś porządnie maturę i poszedłeś na sensowny kierunek, to na 100% łatwo spłacisz - a jak nie, to po co się pchasz na gówno studia?)
@kusanagi, długo się napisałem na telefonie, może choć jedna osoba to przeczyta, mam taką nadzieje.

Ludzkość od początku swojego istnienia zmaga się z wszystkimi tymi trudnościami, a do tego znacznie większymi problemami.

Wyjąwszy jakieś indywidualne przykłady skrajności, to ogólnie rzecz ujmując dziś żyjemy w najlepszych możliwych warunkach do życia, w porównaniu do przeszłości. Szczególnie w krajach niezwykłego dobrobytu, do których zalicza się Polska.

Problemem nie są warunki, tylko stan mentalny ostatnich pokoleń. Zostały one zdewastowane kulturowo. To jest kluczowy, najistotniejszy problem. Jeszcze 200 lat temu, czy nawet 100 lat temu nie byłoby czasu na takie narzekanie. Musiałbyś od rana do nocy zachrzaniać w ciężkiej pracy żeby zapewnić sobie środki do minimum egzystencjalnego. Nie miałbyś bieżącej wody, kanalizacji, WC, środków transportu, maszyn wręczających cię w ciężkiej pracy, lekarzy, lekarstw i wszelkich innych udogodnień cywilizacji. Średnia życia byłaby o kilka dekad krótsza (głównie ze względu na dużą umieralność noworodków i małych dzieci, a także braku szczepień na gruźlicę, krztusiec, tężec, braku antybiotyków itd.).

Dziś mamy te wszystkie udogodnienia i wiele więcej. Społeczeństwo jest tak zorganizowane, że możesz nawet zupełnie nic nie robić, a społeczeństwo i tak utrzyma cię przy życiu różnego rodzaju instytucjami pomocowymi. A dawniej było tak, że prawdopodobnie zdechłbyś jak pies na ulicy, gdybyś przestał pracować. Chyba, że rodzina by cię utrzymywała przy życiu swoją ciężka praca, nie pozostawiającą miejsca na narzekanie i użalanie się nad sobą.

A jak jest dziś? Media, filmy, różnego rodzaju zwariowane ideologie kształtują absurdalny i fikcyjny obraz rzeczywistości, w której obiecuje się świat pełen tęcz i jednorożców, w którym wszystko przychodzi szybko łatwo i samo, co ma dać jakieś złudne poczucie spełnienia. Ponadto w okresie dzieciństwa ludzie są chowani pod kloszem (niemal wszyscy) i wszystko jest dostarczone dzieciom pod nos, przez to ludzie od maleńkości są przyzwyczajeni do tego, że wszystko przychodzi z zewnątrz. To nie sprzyja poczucie sprawczości i samowystarczalności. Z wielu ludzi czyni to ludzi życiowo ułomnych.

Tymczasem w dorosłości okazuje się, że życie stawia duże wyzwania przed nami każdego dnia. I jeśli chcemy osiągać cele i kształtować własną rzeczywistość tak, żeby być ludźmi spełnionymi, to musimy konsekwentnie i nieprzerwanie zdobywać się na wysiłek i zmierzać do celu, nie oczekując dla siebie świata z filmów.

W zderzeniu z rzeczywistością okazuje się, że życie pełne jest trudów wymagających konsekwentnego samozaparcia, ukierunkowania na cel, siły woli i pracowitości.

Takie cechy są wymagane do tego żeby być szczęśliwym i tak było od zarania dziejów, przy czym teraz mamy najłatwiej w historii ludzkości. Tylko że stan mentalny społeczeństwa jest zdewastowany i poczucie beznadziei wynika z wyuczonej bezradności, słabości charakteru i absurdalnych wyobrażeń na temat bajkowego świata, który nie istnieje.

Tak! To TY jesteś panem swojego losu. O wiele bardziej niż pokolenia przed tobą.
@Ijon_Tichy, dawno nie przeczytalem bardziej trafnego opisu tego co się dzieje na tym padole. Ja osobiście jestem tym straconym w statystykach. Ale pracuje na powrót do ojczyzny... nie tak to powinno wyglądać. Ale to powoli nie jest problem wyłącznie Polski , poziom trudności na zachodzie wzrasta równiutko w górę. Imigracja uwala płace od dolu zaczynajac rośnie rywalizacja o wszystkie stanowiska a młodzi to wogule maja prze... bane.
@Ijon_Tichy, to brzmi tak dobrze jakbyś z jakieś kołczowskiej książki przepisał. Ale masz rację, osobiście grałem na nightmare+ po to żeby syn mógł grać w fortnite na najwyższych detalach, tylko się zastanawiam czy nie zjebałem mu już tym luksusem zycia- nie wie co to głód, praca za psi pieniądz, walka (pięściami nie w przenośni) o miejsce na ulicy... no przegrywa choduje chyba...
@mojo,
zastanawiam czy nie zjebałem mu już tym luksusem zycia- nie wie co to głód, praca za psi pieniądz, walka (pięściami nie w przenośni) o miejsce na ulicy... no przegrywa choduje chyba


Nie zmusisz go do "bycia ogarniatorem", ale możesz mu stworzyć kombinację 2 stanów



1. nadmiar dobrych warunki do wzrostu (spokój, przestrzeń, mentorstwo, zabieranie go aby poznał twoich znajomych "którzy ogarniają", podstawowe narzędzia do rozwijania siebie - czy to sprzęt do treningu czy studiów) - i wyraźne powiedzenie mu że póki ma takie fajne warunki to powinien je wykorzystać jak najlepiej, od 1 pracy zarobkowej będzie znacznie mniej przestrzeni na ułożenie sobie optymalnego funkcjonowania (narzędzi, metodyk, wiedzy, nawyków)

2. niedobór luksusów. Chce nowego kompa? Pierwszy samochód? Nowy telefon? Wyjechać z kumplami na wakacje? "syneg w domu bida aż piszczy, nie ma piniondzów, zarób sobie / ucz się i znajdź porządną pracę żeby mieć na dobre życie"



+mozesz zagrać w fortnita i go rozpierdolić jak gnój na polu i powiedzieć "syneg co tak słabo grasz" - taka zdrowa konkurencja

+możesz jeszcze go postraszyć jakimiś przegrywami lub patologiami które znasz. Znam przypadek gdzie ojciec redneck (usa) zabrał syna do jakiejś patologicznej dzielnicy miasta i pokazał mu ćpunów na fentanylu, kurwy, podejrzanych typów, dilerów, bezdomnych, pijaczków - i dodał że wystarczy wpaść w złe towarzystwo lub popełnić durne błędy a dołączysz do nich - taki przykład ekstremalny bo syn może równie dobrze stać się piwniczanym przegrywem co będzie się bał zagadać do dziewczyny - na to też trzeba uważać
@Ijon_Tichy,
Nie miałbyś bieżącej wody, kanalizacji, WC, środków transportu, maszyn wręczających cię w ciężkiej pracy, lekarzy, lekarstw i wszelkich innych udogodnień cywilizacji. Średnia życia byłaby o kilka dekad krótsza (głównie ze względu na dużą umieralność noworodków i małych dzieci, a także braku szczepień na gruźlicę, krztusiec, tężec, braku antybiotyków itd.).


Miałbyś rzekę, studnie, wyszczac/wysrać w krzakach i wyjebane, poza wieś i tak zwykle nie wyjeżdzasz więc koń wystarcza, ciężka praca dla mężczyzny to żaden problem (kojarzysz może "tyś nie przyzwyczajony do pracy"? ciężka praca dla mężczyzn była czymś naturalnym, tak jak dla kobiet urodzenie 10 dzieci było niczym).

Teraz mamy wręcz odwrotnie - dla gówniarzy skupienie się na czymś co ma więcej niż 1 minutę to tortura, z lekcji wf gówniary trzeba zwalniać.

Lekarzy nie trzeba było, o ile ktoś przeżył dzieciństwo (7 umiera 3 przeżywa), o ile ktoś nie miał zajebistego pecha lub nie mieszkał w przeludnionym mieście gdzie ludzie wylewali nieczystości na ulice i nie było plagi szczurów - to dożywał spokojnie do 70.

Teraz nawet kalekie dzieci obciążone genetycznie przekazują geny dalej - efektywnie tworząc nowy typ ludzkości uzależnionej od techmedycyny.

Miałbyś świeże powietrze, dużo przestrzeni, kontakt z naturą, chude dzikie mięso, silne poczucie sensu, swojego miejsca i celu życia, cykle dnia i roku regulowały by ci aktywność.

Tak naprawdę przed XIX wiekiem żyło się spoko gdyby wykluczyć:

1. choroby (o których prawie nic nie wiedziano - zasyfione miasta, lekarze nie myli rąk podczas operacji - dziś to niemożliwe)

2. wojny (konkretniej nagłego najazdu barbarzyńców którzy puszczali wioski z ogniem - dziś to niemożliwe)

3. nieracjonalna eksploatacja robotników/chłopów - czy to w feudalizmie, kapitalizmie czy komunizmie (zmiany po 12 godzin za grosze - i 0 alternatywy)

Największą krytykę kieruje do tego że obecny stan nie pozwala na realizację podstaw

1. przekazanie genów dalej - bez tego, to co mamy, to tylko komfortowe i wesołe wymieranie sobie.

2. bycia źródłem swojej stabilności - kiedyś człowiek żył ze swojej ziemi, teraz kaprys firmy/korpo i traci środki do życia

A dawniej było tak, że prawdopodobnie zdechłbyś jak pies na ulicy, gdybyś przestał pracować.


Kto nie pracuje ten niech nie je. W czym problem? Tak się buduje dyscyplinę i synchronizuje z rzeczywistością a nie socjalistyczne systemowe utrzymywanie żałosnych pasożytów którym "się należy"
@kusanagi, "nightmare+" ?

U mnie to się nazywa wtorek.
@kusanagi,

Gdy ktoś w Polsce urodził się na zadupiu, to musiał się starać, by zapracować na mieszkanie, by jakimś cudem spinać budżet na dziecko, na kolejne dziecko, bo zdrowo myślący człowiek wiedział, że żyje misją dobrej rodziny i choćby miał się zarzynać emocjonalnie, to tak miał działać, by ta stabilność rodziny była niezachwiana. A ten zdrowo myślący człowiek wiedział, że państwo nędzników moralnych nie da mu ani złotówki a jedynie odbiera połowę dochodów rynkowych tłumacząc, że ważne jest zwiększanie liczby urzędników i ważne są różne wydatki państwa.

A po paru dekadach ta Polska stała się zwyczajnie coraz bogatsza. Już państwo nie tylko podpieprzało kasę, ale stało się tak dobrym wujkiem, że część tej zabranej w podatkach kasy dało jako 500+ a potem 800+ na dzieci. Starsi mogli tylko patrzyć, że nadal na to płacą, ale kundle jakoś nie miały zamiaru nawet rozszerzyć 800+ na studiujące dziecko - starsi nie dość, że nie skorzystali z hojności socjalistycznych oszustów, to nawet pod koniec procesu utrzymywania dzieci również muszą płacić pełne stawki.

A co się jeszcze stało po paru dekadach. Ano oszuści władzy to nie byli już tacy swojscy oszuści władzy, że dbali o dotacje do wysokich pensji górniczych, czy o rozbudowę aparatu represji urzędniczego. Starsi Polacy pamiętali, że każdą złotówkę wydaną na zakup domu, wydaną na utrzymanie dzieci, nie tylko nie mieli wsparcia państwa, ale jeszcze złodzieje doliczali do tego jakieś opłaty, by 2% doliczyć do zakupu mieszkania, by jeszcze towary dla dzieci też obłożyć VAT, bo wg złodziej fiskalnych pieprzyć dzieci - kasa musi być dla państwowych złodziei. Ale nagle okazało się, że nowy nabór oszustów władzy jest robiony ze "strasznie dobrych ludzi". Co te dobre ludzie nagle zaczęły robić? Ano, nagle okazało się, że te kundle dawały za darmo utrzymanie dla Ukraińców. Nie dało się tego zrobić dla Polaków z prowincji przez 30 lat, ale dla Ukraińców kundle dawały po 40 zł dziennie, by utrzymać Ukraińca, jego żonę, jego dzieci, i na każdego, na każde ukraińskie dziecko należało się Ukraińcowi. Już dekady wcześniej kundle do studiowania Ukraińców dawali pełne stypendium. Polak nadal musiał płacić pełne kwoty na swoje dzieci, ale nie Ukraińcy. Nie obcy! Mało tego, władze obsadzone Ukraińcami z Akcji Wisła zaczęły udowadniać, że trzeba ściągać miliony ciapaków i murzynów do Polski i ten ciapak i murzyn nie musiał tyrać 10 godzin w pracy, by udało mu się utrzymać w Polsce. Nie! Dla ciapaka i murzyna kundle pobudowały strasznie drogie rezydencje zwane ośrodkami dla nachodźców i tam średnie utrzymanie murzyna i ciapaka kosztuje 8000 zł miesięcznie i ten murzyn czy ciapak nawet nie ma obowiązku sprzątania kibli w tym swoim ośrodku, czy posprzątania dookoła. To wszystko mają utrzymać Polacy.

A na koniec oszuści zagonią w telewizorni kolejne stada ogłupionych Julek, Karyn, emerytów i ogłupieniu pójdą głosować znów na popisy obsadzone przez Żydów i przez Ukraińców z Akcji Wisła. By żyło im się lepiej.