Lurker.land - tag #smiecizglowy

Zobacz: https://lurker.land/post/gQU6tQUzJ
Data dodania: 3/10/2022, 3:45:08 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 48

Skutki uboczne.

Strasznie ciężko mi było napisać ten tekst i wcale nie dlatego, że jest on jakiś dla mnie ciężki, albo porusza intymne tematy. Ciężko było mi do niego usiąść, ponieważ zrobiłem się bardziej otumaniony, powolny i mam większy problem z zebraniem myśli. Przez jakiś czas moje wysypisko jest mniej dokuczliwe.

Są wady i zalety tego stanu rzeczy. Przypomniałem sobie, dlaczego zacząłem palić, ale już tego nie robię, ponieważ rzuciłem dwa miesiące temu.

Wybaczcie, ale sam łapię zawiechę podczas pisania.

Gubię się w myślach i zapominam o czym mówiłem, albo o czym myślałem chwilę wcześniej.

Wróciłem do brania leków ssri. Dwuletnia terapia nimi została zakończona przeze mnie w momencie, w którym podjąłem pracę i zacząłem palić. Miałem problemy z koncentracją i problemy z liczeniem co jest strasznie kiepskie przy zawodzie, gdzie milimetr różnicy, może kosztować pół dnia roboty, albo przełożenie terminów liczone w tygodniach. Palenie wtedy było zamiennikiem leków, opanowywało mi nerwy i pozwalało mi na przemyślenie na czysto problemu, z którym akurat się spotkałem. Będąc ciągle otumanionym było ciężko w pracy, a bez leków lądowałem w tragicznym stanie. Czy fajki pomagały mi naprawdę czy nie to nie chcę się spierać. Na pewno wierzyłem w to, że mi pomagają, jednak po dwóch latach zaczęły przynosić więcej szkody niż pożytku, a ja i tak musiałem wrócić na leki.

Ciężko mi w ogóle to pisać. Zrobiłem się powolny i ręce są szybsze od moich myśli, chociaż do tej pory było na odwrót, ale wiecie co? Uważam to za lepsze rozwiązanie niż przeżywać co chwilę załamania i myśleć non stop o śmierci.

Mniej myślę. Jest to zmiana jak najbardziej na plus i sprawia, że te dni nie są taką katorgą, a praca, mimo że zabiera mi nadal większość życia przestała być aż tak męcząca. Robiąc swoje nie wpadam w monotonię, a moje myśli nie latają w jakiś nieodpowiednich tematach, lub nie bujam w obłokach. Skupiam się w 100% na tym co robię w aktualnym momencie. Czas leci mi szybciej i każda minuta nie rozciąga się w nieskończoność.

Przed snem nie mam gonitwy myśli. Zasypiam w miarę szybko i wysypiam się, chociaż śpię więcej i nadal nie jestem w stanie robić nic poza pracą. To jednak udało się nam razem z partnerką rozplanować tak obowiązki i czynności, bym mógł je robić w odpowiednich dla siebie porach i żebym miał dni wolne na relaks psychiczny, którego nie potrzebuje tak jak wcześniej, ale jest mi potrzebny.

Wiecie jaką katorgą było nie móc zasnąć, bo myśli się kłębiły i nie dawały spać? Lub coś cię przebudziło o 3 w nocy, a potem zaczynałeś myśleć na przykład, że wszechświat się rozszerza, a potem w minutę, twój mózg był pobudzony i już nie mogłeś liczyć na to, że zaśniesz.

Terapeuta mi powiedział, że to co opisuje i moje zachowanie pasuje do zespołu Aspargera. I mimo że słyszałem o tym, to nigdy bym nie pomyślał, że to do mnie pasuje.

Tak w ogóle po pół roku dostałem się do terapeuty na NFZ.

#depresja #asperger #przemyslenia


Zobacz: https://lurker.land/post/OcKY2Cn7o
Data dodania: 2/16/2022, 7:03:34 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 47

Opowiem wam o mojej pierwszej w życiu książce, którą przeczytałem i jakie oburzenie wywołało to u mojej rodzicielki.

Moje relacje z matką, są dosyć ciężkie i w ogólnym rozrachunku ciężko mi się z nią dogadać i nie mogę z nią przebywać za długo w jednym pomieszczeniu. Powodów tego stanu rzeczy jest masa. Najwięcej jednak składa się na to pierdół, które może nie wydają się jakoś istotne to jednak gdy doda się wszystko do siebie to wyjdzie z tego komedio-dramat, który przeżywałem przez większość mojego życia.

No bo jak można zakwalifikować zmuszenie do chodzenia do kościoła co niedzielę, gdy samemu się siedziało w domu? Co miało na celu oglądanie pogrzebu Jana Pawła II w telewizji mając kilka lat? Co miało na celu trzymanie mnie zamkniętego przy biurku, aż będę miał czerwony pasek na świadectwie? Co miało na celu zamknięcie małego dzieciaka, bo nie umiał zawiązać butów? Co miało na celu, mówienie, że zamknie się mnie jak krowę w szopie i będę trzymany na łańcuchu? Mówienie, że mnie się odda? Straszenie? Ciągłe porównywanie do innych dzieci. Etc. Etc.

Pierdoły, za które ktoś inny by powiedział, żeby wziąć się w garść. Jednak częstotliwość tych pierdół była przeogromna. Mogłem dostać zjeby za odłożenie mleka nie na swoje miejsce w lodówce, a największym hitem, było wytknięcie mojej przegrywowej natury i twarz mojej mamy zalana łzami, bo jej koleżanki to mają już wnuki, a ona nie.

Moja mama była fanatyczną przeciwniczką gier, technologii oraz bajek dla dzieci. Dobrze przewidywała, że nadejdzie czas, iż rodzice będą swoim pociechom włączać tableta, telefon i puszczać inne frizy. Chociaż za moich czasów koledzy grali w cs-a, tibię i gta. W telewizji mówili, że gry powodują przemoc, więc trzeba było to ograniczać jak to tylko możliwe. Moja matka do dziś pluje sobie w brodę, bo kupiła mi z ojcem pegasusa i zagrywałem się w mario. Do dziś tego żałuje, bo to przez to stałem się przegrywem piwniczakiem bez zdolności społecznych, więc skutecznie ograniczała mi dostęp do gier. Limity, szlabany za byle co etc. W każdym razie nie miałem o czym rozmawiać z moimi kolegami w szkole. Bo ja w tym czasie siedziałem zamknięty w pokoju i patrzyłem tępo na książki.

Otóż to! Żeby mama nie dawać mi grać, oglądać bajek, albo musieć się mną zajmować, znalazła idealny sposób, żeby spełnić się jako matka, a dodatkowo żebym nie był narażony na zły wpływ technologii, ogłupiających gier i bajek, więc kazała mi się uczyć, a co jakiś czas przepytywała z tego. Trzeba było umieć 100% jeśli chociaż na jedno pytanie odpowiedziałem źle. To mama się uśmiechała. Mówiła, że muszę jeszcze się pouczyć. Oczywiście nie mogę przyjść za 5, 10 czy 15 minut, bo nie będę umiał na pewno. Mam przyjść za godzinę minimum i nie wolno mi się oddalać od biurka w ogóle.

I cyk pora na M jak Miłość

Ciekaw jestem czy mogę być jej wdzięczny za tę szczodrość i miłość jaką mnie darzyła i nie pozwoliła mi na ogłupiający wpływ telewizji i gier komputerowych sama mając wypaczony mózg telenowelami, a mi każąc się uczyć takich głupot, że nawet teraz nie potrafię znaleźć przykładów. Po prostu miałem zamknąć mordę, siedzieć w pokoju i się uczyć.

I tak pewnej soboty dbając o moje dobro i przyszłość, wiedząc, że czeka mnie sprawdzian z angielskiego, zamknęła mnie w pokoju przy biurku i kazała się uczyć do egzaminu. Mam jej nie wołać, póki się nie nauczę, bo wpierdol. Nie odejdę, póki nie będę umiał wszystkiego, a jak skończę to mam jeszcze 5 przedmiotów do nauki, więc weekend miałem już zaplanowany.

Znając podstawy matematyki, lepiej niż ona, wiedziałem, że nie ma sensu uczenie się. Nie zdążę, a i tak nie czeka mnie za to żadna nagroda, bo dostałem karę za 3 z matematyki, a to oznaczało, że nawet nie pogram wyznaczonej godziny w weekendy i mogę tylko tępo oczekiwać końca weekendu. Na dwór nie wyjdę (na dobrą sprawę, ja się zastanawiam co wtedy robiłem gdy nie musiałem się uczyć, a miałem i tak kary, które były mierzone w miesiącach i sobie przypomniałem: https://lurker.land/post/51jjrGDOl).

W takich warunkach nie miałem nic do roboty. Nie mogłem odejść od stołu, bo mama cały czas kontrolowała i przedłużała mi wtedy karę, więc musiałem siedzieć i przewracać od czasu do czasu kartki w podręczniku, bo mama też kontrolowała czy za długo na jednej stronie nie jestem…

Skąd ten upór u mnie? Nie wiem, ale pomyślcie sobie, mając lat 8-15 ile wy byście wytrzymali bezsensownej nauki i ciągłych obowiązków, pozbawieni wszelkich rozrywek za wszelką głupotę? To był jedyny sposób na bunt, za każdy inny dostawałem wpierdol i kary, a któregoś razu rodzice przesadzili i skończyłem wtedy z depresją.

Jakimś cudem nawinęła mi się wtedy Książka: ,,Przygody Tomka Sawyera”. Wypożyczyłem ją ze szkolnej biblioteki. Nie była to lektura szkolna wtedy, a poprosiłem wtedy jakąś dziewczynę, by mi coś poleciła. Jak potem ogarnąłem, zrobiła to na odwal się. Niby była oczytana i dostała nagrodę za przeczytane książki, ale tak naprawdę po prostu je wypożyczała i odnosiła po tygodniu, a statystyki się zgadzały. Jednak trafiło się jak ślepej kurze ziarno i miałem co czytać.

Zacząłem spokojnie i nim się obejrzałem, zaczęło to lecieć, a zimowe sobotnie popołudnie zaczęło mi lecieć bardzo szybko. Od czasu do czasu mama wpadała zobaczyć czy się uczę, jednak mi nie przeszkadzała, widząc moje zaangażowanie, jednak nie widziała, co czytam. Zorientowała się po trzech godzinach, kiedy byłem tak przejęty książką, że nie usłyszałem jak wchodzi. Podeszła do mnie i w pierwszej chwili się uśmiechnęła.

Pamiętam do dziś ten uśmiech. Taki dumny, widać było na jej twarzy radość, a zaraz potem mina jej zrzedła, zrobiła się czerwona i zabrała mi książkę, coś tam na mnie krzycząc, a ja zostałem wyrwany z tego wspaniałego i wciągającego świata z powrotem do tego pokoju, szarych ścian i otwartego podręcznika od angielskiego. Wyciągnęła mnie wtedy za ucho, zaczęła się drzeć i wyszła z książką, a ja dalej patrzyłem tępo w podręcznik, rozmyślając nad tym, co się wydarzy.

Ogólnie to czułem się wtedy źle. Jakbym zrobił coś niewyobrażalnie podłego i złośliwego. Jakbym kogoś zabił. Takie poczucie winy zostało we mnie wzbudzone i czułem się podle. Jakbym zdradził swoich rodziców, zawiódł na całej linii. Nie miałem takich wyrzutów patrząc tępo i nie robiąc nic jak robiąc cokolwiek. Bo chociaż nie wypełniałem swoich obowiązków to przy okazji nie miałem żadnych przyjemności. Jak na moje dziecięce oko to była sytuacja najbardziej fair. Jednak miałem wyrzuty, że mogłem dobrze spędzić czas, zamiast nie robić nic. Ciężkie to było dla mnie, jednak nie najgorsze przeżycie w domu.

Nie pamiętam przebiegu reszty tego dnia. W ogóle. Pamiętam natomiast, że następnego dnia zapytałem mamy gdzie jest ta książka. Oddała mi ją komentując to jakoś niemiło, a ja doczytałem ostatnie 50 stron i wszystko już wiedziałem. Od tamtej pory regularnie wypożyczałem książki, a mama bardziej się przyglądała czy aby na pewno się uczę czy jednak nie czytam książki, która nie jest w kanonie lektur szkolnych zapowiedzianych na dany rok.

I cyk pora na M jak Miłość.

#zalesie #gorzkiezale #depresja #przegryw


Zobacz: https://lurker.land/post/4fw1OexOy
Data dodania: 2/2/2022, 2:06:44 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 46

Na jednego wygranego przypada milion przegranych, czyli nie czuj się lepszy, albo gorszy.

Jedną z rzeczy, która mnie wkurza w świecie to przesadne skupianie się na drobnostkach, mniejszych problemach i sytuacjach które statystycznie mają małą szansę się wydarzyć, jednak ktoś podporządkowuje swoje życie właśnie tej zasadzie.

Przykład?

W 95% przypadków, pasy ratują życie, jednak zdarzają się przypadki mieszczące w 5% kiedy zamiast ratować to mogą zabić. Mój dawny kolega, nigdy nie zapinał pasów, bo jego wujek wjechał kiedyś w drzewo, nie miał zapiętych pasów i przerzuciło go przez przednią szybę i poobijany przeżył wypadek. Gdyby miał zapięte pasy to najprawdopodobniej byłby zmiażdżony razem z autem, a tak skończyło się na złamaniach.

5% szans na powodzenie, 95% szans na to że się nie uda. Jednak dalej trwał przy swoim i chociaż dawno się z nim nie widziałem to pewnie jeszcze żyje. Co nie znaczy, że dzięki swojemu myśleniu, miał farta, tak samo jak jego wujek.

Innym przykładem są palacze. Każdy z nich zna wujka Heńka, który palił 60 lat i dożył 80-tki. Nie biorą pod uwagę, że Heniek by żył może i jeszcze dłużej, ale fajki to ukróciły.

Wkurza mnie skupianie się na cierpieniu zwierząt, a nikt nie zwraca uwagi na cierpienie ludzi. Weganie są dobrym przykładem. Strasznie się martwią losem zwierząt, podczas gdy miliony giną w wojnach, z głodu, z braku opieki medycznej etc. Chociaż o tym mógłbym oddzielny wpis napisać i notabene skupiam się na jakiejś mniejszości.

Innym złudzeniem i skupianiem się na tym jest mówienie o tym, że każdy może osiągnąć sukces. Każdy z was zna ze słyszenia syna koleżanki waszej starej, który samotnie opiekuje się piątką dzieci, chodzi na dwa etaty, studiuje i jeszcze prowadzi udane życie towarzyskie. Każdy zna ze słyszenia dziadka Wiesia, który ciężką pracą dorobił się czegoś w życiu. Każdy zna wujka Mariusza, który wyjechał i zarabia kokosy.

Każdy zna kogoś, kto rzucił studia i rozwijał swoje pasje w garażu, zapominając wspomnieć że wyglądają one jak nasze mieszkania, rzucili Harvard, a nie politechnike w Pcimiu Dolnym, a ich pasje i utrzymanie finansowali rodzice, którzy mogli sobie na to pozwolić…

Usłyszycie o wspaniałym poświęceniu, pasji i ciężkiej pracy, a potem się okazuje, że to tylko iluzja i tak naprawdę bez pomocy z zewnątrz nie osiągnęliby nic.

Oczywiście są przypadki, gdzie komuś się uda i faktycznie działa jak ten zasłyszany syn z akapitów wyżej, ale zawsze się zapomina o milionach poległych, a to oni są ważni. Dzięki ich błędom i poświęceniu wiadomo jest czego się wystrzegać i co robić. Jednak ludzie wolą patrzeć na tych kilku ludzi sukcesu, zapominając o milionach, którym się nie udało i skończyli fatalnie.

O takich ludziach lepiej nie mówić, psują narrację, że każdy może osiągnąć wszystko, a złudzenie wolności i świadomość, że można polepszyć swój stan daje siłę wielu ludziom, by dalej napędzać system, będąc prostym trybikiem. Raczej mało który z nich zada sobie pytanie czy naprawdę jest taka wolna, a ci którzy spróbują zostaną wpisani do liczby ofiar i strat koniecznych, a na koniec powie się, że za mało się starali i cyk pora na cs’a.

Ilu ludzi znacie, którym się nie powiodło? Którzy mimo starań i ciężkiej pracy, tylko się pogrążyli? Pewnie za mało się starali? Nie wątpię, jednak czy aby na pewno tak było? Czy mieli wpływ na wszystkie wydarzenia? Czy mimo poświęcenia całego swojego czasu byli w stanie odmienić swój los?

Zapomina się o takich czynnikach jak: Geny, biologia, czynniki losowe, polityka etc. Człowiek nie ma na wszystko wpływu, a bardzo dużo zależy od szczęścia. Możecie powiedzieć, że ten syn koleżanki daje radę, ale jednak nie każdy jest w stanie tak się poświęcić, chociażby przez czynniki biologiczne.

Myślicie że to głupie usprawiedliwienia? Mam pewną teorię. Jeśli to czytacie i tylko macie ochotę by powiedzieć weź się w garść i przestań szukać głupich wymówek to mam wrażenie, że nie poznaliście tych przegranych.

Najmocniejszym przegranym, który mi utknął w pamięci, był gość, którego ściągałem z drzewa. Napisałem o nim jeden z moich wpisów.

Facet miał firmę. Sam ją rozwinął, sam ją poprowadził i dorobił się całkiem ładnej sumy, żony, dzieci. Jego partnerka, poprosiła go, żeby załatwił posady jej braciom. Zrobił to. Zbyt ufny to był człowiek i dał im za dużą władzę, a po jakimś czasie wygryźli go z interesu, zabierając mu wszystko, a potem odcinając się od jego rodziny. Męczył się 10 lat z depresją, aż któregoś dnia znalazłem go wiszącego 4 metry nad ziemią i poznałem tę historię. Jedna z wielu.

Mój kolega z klasy, prymus, dzięki któremu cała nasza klasa zdawała, zmarł ojciec w ostatniej klasie technikum. Żeby utrzymać dom i chorą matkę, zrezygnował ze studiów i zaczął pracować. Czasami go widuję jak pracuje jako kurier. Jest sam.

Inny taki chłopak był znęcany przez rodziców i dzisiaj siedzi pod sklepem pijąc najtańsze piwo.

Los ci rozdaje karty, a ty musisz je wykorzystać.

Nawet przegryw nie wylądował w tym z własnej woli. Przegrywy to nie są rozpuszczone dzieciaki, które wszystko dostawały pod nos. Przegrywy to zbite psy, które reagują agresją na każdego kto się zbliży, bo znają tylko to, poniżanie i wyzwiska. Ciężko osobie takiej zrozumieć, że ludzie są z natury dobrzy, bo tak nie jest.

System nasz tak działa. Coś kosztem czegoś. Żeby był wygrany, musi być o wiele więcej przegranych. Żebyś ty mógł zarabiać więcej, ktoś musi zarabiać mniej. Żebyś ty żył w pokoju, ktoś inny idzie na wojnę. Byś ty mógł jeść, ktoś inny musi głodować.

Więc nie gardź ludźmi, tylko dlatego że miałeś szczęście, albo więcej możliwości by swój stan rzeczy zmienić. Nie czuj się lepszy, bo dorastałeś w domu, w którym rodzice cię kochali, a twój kolega musiał spać w budzie z psami.

Bo to cię nie czyni lepszym. Po prostu miałeś więcej szczęścia.

#przegryw #depresja #przemyslenia


Zobacz: https://lurker.land/post/-9TOUHpcX
Data dodania: 1/31/2022, 4:30:31 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 45

Praca na akord.

Powiem wam, że od niedawna mam styczność z tym rodzajem pracy. Wiele lat byłem od tego odcięty, a prace jakie wykonywałem polegały bardziej na robieniu wolniej, a dokładniej. Chociaż moje tempo pracy pozostawiało wiele do życzenia to jednak wolałem się skupiać na dokładności.

Pracując jako monter mebli na wymiar bardzo dużo czasu traciło się przez pośpiech. Zapominało się rzeczy na montaż, źle ustawiło się maszynę etc. Dziwne jest dla mnie, że mój szef tego nie załapał mimo że zawsze źle na tym wychodziliśmy i potem przez te błędy, traciliśmy olbrzymią ilość czasu.

Jedź na montaż 100km dalej i zauważ że nie masz wkrętów, bo zostały na warsztacie, kiedy szef cię poganiał szybciej, szybciej. W takiej sytuacji szukaj czegoś na miejscu, albo wracaj po nie, bo przecież jak masz zamontować cokolwiek jak ich nie masz?

Były szef do dziś tego nie załapał i na pewno przez to ma dalej problemy. Szybko, na odwal się, byle klient zapłacił, a potem iść na kolejny montaż i nie odbierać telefonów.

Czasami taki klient wpadał na warsztat i ich opierdalał. Czasami zadzwonił na inny numer i szef odebrał. Często było tak, że coś mu wypadało i wysyłał mnie na montaż na prostą robotę. Rzadko jeździłem sam, ale zazwyczaj wtedy się okazywało, że klient zaczyna do mnie mieć jakieś pretensje, bo z szefem się ugadywał już od dwóch miesięcy. Oczywiście wtedy wystarczyło krótkie stwierdzenie, że nic mi o tym nie wiadomo, szef mnie nie informował i nie biorę za jego decyzje odpowiedzialności. Wystarczyło by ostudzić najbardziej wkurwionych klientów.

Szef z szefową mają mnie teraz zablokowanego i zrobili ze mną to samo co z klientami. Olali temat, a listami z sądu podpalają sobie w piecu.

Kiedyś wam opowiem moje przeboje w tej śmiesznej firmie.

W każdym razie zmieniłem pracę. Coś niezwiązane w ogóle ze stolarką. Produkcja. Nie chcę dokładnie opisywać na czym polega moja praca. Po prostu odpowiadam za obróbkę plastyczną materiału, gdzie muszę trzymać się dokumentacji, rysunku technicznego. Wiąże się to z używaniem określonych narzędzi, tolerancja wynosi 1mm a możliwości jest kilka tysięcy. Robi się często nowe rzeczy i mimo wszystko nie jest to tak powtarzalna praca. Bo odczytanie rysunku, zrobienie programu i obróbka jest wymagająca i nie każdy do tego się nada.

Nasza praca jest też uzależniona od innych, a inni od nas. Produkcja chodzi cały czas i każdy ma do przerobienia przez ten czas określoną liczbę minut.

Każdy materiał ma określoną liczbę sekund, w zależności od stopnia skomplikowania (teoretycznie). I jest to dla mnie strasznie irytujące doświadczenie.

Czasy są nieintuicyjne i nie wiem kto je robił. Są roboty, które zrobisz w 4 godziny i masz fajrant, a są takie gdzie narobisz się dwa razy więcej, zrobisz dwa razy więcej, a w 8 godzin to możesz tylko połowę wykręcić. Prowadzi to do absurdów i pewnych patologicznych zachowań, których nie doświadczyłem wcześniej.

Zaklepywanie materiału, chowanie go po hali, nawet jeśli ma mniejsze wymiary to do szafek i przychodzenie do pracy godzinę, albo nawet dwie, żeby zaklepać, pochować i podstawić sobie robotę na stanowisko pracy. I cyk fajrant po kilku godzinach i pora na cs-a.

Najstarsi pracownicy nie dają sobie rady i potrafi nad nimi wisieć widmo przeniesienia na inne, zazwyczaj gorsze stanowisko. Pomagają im inni pracownicy i bardziej jesteś uzależniony od grupy niż od własnych umiejętności. Załóżmy, jeśli jesteś wybitny i świetnie ci idzie, ale nigdy nie będziesz miał materiału do zrobienia to nic nie wskórasz, a kierownictwo ma tę sprawę gdzieś. Liczą się tylko zielone tabelki w excelu i wzywanie na dywanik ludzi, którzy mają za mało normy.

Jako nowy pracownik jestem podirytowany całą tą sytuacją i formą tej pracy. Nowi pracownicy dostają najgorsze prace, jednak na początku nikt ich nie sprawdza, a mają się wdrażać. Tylko, że lata temu taką osobę wdrażało się nawet i rok, a teraz sprawdza się ją już po miesiącu i jest zdana na siebie. Znalezienie lepszych robót jest niemożliwe, a chociażby wypruć sobie żyły nie jest się w stanie przerobić określonego czasu. Możliwości i materiału są tysiące kombinacji, a nowy pracownik jest ograniczony to najprostszych i najgorszych robót, których nikt po prostu nie chciał brać i dał to nowemu.

Moje początki były ciężkie. Osoba, która mnie wdrożyła w ciągu miesiąca poszła na urlop, a ja zostałem sam zdany na siebie i mogłem robić tylko to co mi pokazał przez ten czas.

Oczywiście nie robiłem nawet połowy tego co jest wymagane i miałem rozmowy na ten temat. Że za często wychodzę na fajka na przykład, chodzę do łazienki, albo co innego. Moje tłumaczenia nie miały sensu, bo liczy się tylko jedno: Zielony słupek w excelu. Nikt nie brał i każdy miał w dupie okoliczności i mój mały staż pracy. Pracownicy nawet mówili, że wdrażać to można się tutaj latami i z tego co widać to mają rację, bo trzeba kombinować, mieć kontakty i dużo cwaniactwa, żeby zabierać, zaklepywać i chować to co się opłaca robić…

Jest to dla mnie tak dziwne i nienormalne, że tylko myślę o odejściu. Robić szybko, dokładnie, wyrabiać normy, przychodzić wcześniej do pracy, chować, cwaniakować.

Ludzie tam potrafią mi ze stołu zabrać robotę, jak na chwilę odejdę. KURWA! Bo to ich i zaklepali, a ja potrafię chodzić godzinę po hali, bo wszystko schowane, albo jeszcze nie ma nowego.

I potem się tłumacz, że nie masz minut.

To jest normalne czy tak wygląda praca na akord?

#praca #pracbaza


Zobacz: https://lurker.land/post/17bAzM6oH
Data dodania: 1/28/2022, 2:58:12 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 44

Siedzę sobie na kwarantannie i jest fajnie.

Mimo dwóch lat pandemicznej rzeczywistości ani razu nie poszedłem na kwarantannę. Broniłem się przed tym, jeśli była taka możliwość to omijałem procedury i jakimś cudem przez dwa lata nie udało mi się wylądować na kwarantannie.

Jednak w ostatnim czasie zostałem do tego zmuszony. Miałem wybór i nie był on taki prosty i wybierając zamknięcie w domu, autentycznie czułem wyrzuty sumienia jakbym zrobił coś złego, zwłaszcza że żadnych objawów nie mam i czułem się dobrze. Siedziało mi z tyłu głowy, że mam obowiązki, mniej kasy, a miesiąc był ciężki przez sytuacje losowe. Rodzina mnie potrzebuje etc. Dużo rzeczy zwaliło się na nas w ciągu zaledwie tygodnia, a potem wylądowaliśmy na przymusowej kwarantannie.

Teraz nie żałuję decyzji, chociaż kto wie, może przyjdzie czas, że tak będzie. Odczuwam spokój jakiego nie odczuwałem od kilku lat. Szczerze? Jedyny taki okres, gdzie byłem naprawdę spokojny i czułem się dobrze, był gdy wylądowałem w psychiatryku i w końcu wszystko mogłem mieć w dupie i ktoś inny się mną zajmował, a ja tylko czytałem, rysowałem, układałem puzzle i siedziałem na telefonie. Zero obowiązków, zero zobowiązań. Spokój, cisza.

Na kwarantannie odczuwam to samo. Mogę robić na co mam ochotę i nie przejmuję się niczym. Obowiązkami, pomocą dla rodziny etc. Jestem zamknięty w domu i nie mogę wyjść. Tyle! Razem z dziewczyną siedzimy, gramy, czytamy i czasem mnie najdzie by coś napisać. Zapasy jedzenia mamy i sobie podjadamy co jest w lodówce i co zdążyliśmy kupić zanim daliśmy się zamknąć. Śpimy do południa, chodzimy spać po północy. W końcu po długim czasie mamy czas dla siebie i możemy go spędzać jak chcemy nie obawiając się katastrofy.

Jeśli cokolwiek się wydarzy, albo ma wydarzyć to nie mamy na to wpływu. Po prostu siedzimy sobie wygodnie nie przejmując się tym.

Drugi raz osiągnąłem taki spokój i jestem zadowolony, mimo że ten okres nie będzie trwał wiecznie i czeka mnie powrót do smutnej rzeczywistości, gdzie pracuję tam gdzie się nie spełniam i zużywam wszystkie moje siły. Gdzie kasa szczęścia nie daje, bo zawsze jest jej mało. Gdzie ciągła presja i świadomość, że mam dużo na głowie mnie niszczy. Gdzie doba jest za krótka i zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Czy to z hobby, czy to z rodziny, czy to ze snu.

Czy mam wyrzuty, bo gospodarka pada? Pracowałem jak tylko mogłem przez te dwa lata, a nie mam pieniędzy za trzy miesiące pracy, musiałem brać kredyt i szukać nowej pracy. Musiałem odwiedzić kilka okropnych spelun, zanim trafiłem do w miarę normalnej pracy. I co mam z tego trudu? Nic!

Biorę leki na depresję. Jestem wiecznie zmęczony, podirytowany i zestresowany. Kłócę się częściej z rodziną i czuję jak dziadzieje. Nie mam czasu i siły na rzeczy, które mi sprawiają radość. Stałem się robotem, który ciągle musi wykonywać zadania by przeżyć. Nawet urlopy i dni wolne nie dawały mi satysfakcji, bo w naszym kraju traktuje się to jak przerwa w etacie, żeby iść na drugi. I czasami to nawet się nie ma wyjścia.

Sytuacja ekonomiczna nie pomaga i nawet gdy uda mi się coś odłożyć to mam tylko świadomość, że zaraz to stracę. Nic mnie nie czeka, a 40 lat jeszcze takiej pracy, wcale mnie nie pociesza.

Rzuciłem palenie, ale to nie pomogło, mimo że to było uczucie jakbym wstrzymywał pęcherz cały dzień, tylko po to, żeby poczuć ulgę gdy w końcu go opróżnię to jednak zajmowało mnie to w pewnym stopniu. Teraz nawet nie mam tego. Po prostu bierna egzystencja by dożyć kolejnego dnia, dotrwać do kolejnego wolnego, żeby potem zająć tak sobie grafik, że mogę tylko sobie obiecać, że za miesiąc to jednak się wyśpię, a za miesiąc pada auto, ból zęba, albo dziewczyna ląduje w szpitalu. Obiecuję sobie wtedy, że przynajmniej w połowie marca się wyśpię. Potem pada mi odporność od jedzenia byle czego i małej ilości snu i znowu leżę chory w łóżku i nie jestem w stanie nic zrobić oprócz spania całe dnie, żeby po skończonym l4, które dostanę na max 3 dni, bo przecież oprócz koronki to ludzie na nic nie chorują, więc 39 stopni gorączki, bóle mięśni etc. Nic nie znaczą jeśli test masz negatywny.

Nie zazdroszczę neetowcom, ja siedząc w domu na czyimś utrzymaniu i ciągłym słuchaniu jaki jestem beznadziejny to tylko się dobijałem i miałem ciągłe wyrzuty i mimo że siedziałem na dupie to ten czas nie był relaksujący, ani nie poświęcałem go na swoje hobby. Tęsknie jedynie za brakiem zobowiązań i że mogłem żyć minimalistycznie jedząc w kółko to samo, byle bym miał gdzie spać, co jeść i ewentualnie pograć w tibię na 15 letnim komputerze. Czytać spiracone książki, chodzić na spacery, jeździć na rowerze i nie obiecywać sobie, że to będzie ostatni miesiąc jak muszę zacisnąć pasa, żeby w końcu móc mieć swobodę, odłożyć na wakacje, albo naprawić mój 15 letni komputer, bo zaraz nawet grać nie będę mógł.

Jeśli mam czegoś neetowcom zazdrościć to jedynie tego, że potrafią mieć wyjebane i sobie pasożytują na kimś. Ja czuję z tego powodu wyrzuty, chociaż może oni też. Tylko o tym nie myślą. Tak jak większość społeczeństwa w większości sytuacji. Trzeba dbać o swoją dupę i się nie dawać.

Przestać czuć wyrzuty, bo się nie poszło do pracy, przestać czuć wyrzuty, bo się wzięło chorobowe, przestać czuć wyrzuty, bo ktoś na ciebie liczy, a ty nie dajesz rady.

Mam jeszcze tydzień kwarantanny i będę się lenił jak to tylko możliwe!

#koronawirus #kwarantanna #neet #depresja


Zobacz: https://lurker.land/post/lgFu2y9pJ
Data dodania: 1/24/2022, 7:26:35 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 43

Byłem programowany na niewolnika.

We wszystkim trzeba zachować zawsze równowagę. Cokolwiek by się nie robiło, zawsze to ma zastosowanie. Możesz umrzeć z głodu, a także z przejedzenia. Za mało tlenu cię udusi, za dużo zabije. Gdy będzie ci za zimno zamarzniesz, a gdy za gorąco to się ugotujesz/usmażysz. Przykładów można mnożyć wiele.

Jest rzecz narzucona mi przez otoczenie i która sprawia, że nigdy równowagi nie mogę osiągnąć i zawsze to powoduje u mnie stany depresyjne. Zbyt mało wolnego czasu. Nie dostałem depresjii, impulsu, ani załamania podczas siedzenia na dupie i nic nie robieniu. Największe problemy przeżywałem, kiedy mój czas był zajęty w 100% tak, że wolny czas uniemożliwiał mi odpoczynek psychiczny i zaczynałem działać jak robot, mając przebłyski, że dzieje się coś niedobrego. Krótkie epizody, kiedy miałem w końcu czas na odpoczynek. W końcu miałem głowę wyczyszczoną i mięśnie odpoczęły i nagle kiedy znów mogłem myśleć klarownie to stawało się dla mnie jasne co się wydarzyło przez te kilka dni, tygodni, miesięcy. Nie potrafiłem odpoczywać w ten wolny czas i doprowadzało mnie to do ciężkiej depresji. Gdy w końcu mogłem zająć się sobą, okazywało się, że mnie już nie ma.

Stałem się bezmyślnym robotem, wykonującym te same powtarzalne czynności, każdego dnia ,nigdy nie zastanawiając się nad sensem wykonywanych działań.

Krótka przerwa na regenerację uświadamiała mi mój stan i wpadałem w panikę przed powrotem do błędnego koła, jakim było moje życie, a brak czasu na zatrzymanie się, powodował, że nie potrafiłem nic zmienić, ani nawet pomyśleć jak to zrobić. Mój czas był zajęty w 100% i nie można tu było wcisnąć niczego. Jedynym ratunkiem wydawała się śmierć.

Pamiętacie moje poprzednie historie? Odkąd skończyłem gimnazjum starałem się uciec z domu i udało mi się ograniczyć kontakty z rodzicami do niezbędnego minimum, chociaż by to zrobić musiałem poświęcić mój wolny czas, ferie i połowę wakacji. Zapisałem się do klasy sportowej, zamieszkałem w internacie i siedziałem tam 6 dni w tygodniu. Spędzając łącznie średnio 12 godzin w ciągu dnia w szkole oraz na treningach. Pobudka o 6.00 rano, 7.00 trening, 10.00 szkoła 16.00 trening 18-19 powrót do internatu. W sobotę jeden trening i powrót do domu, żeby wyprać ciuchy i wziąć kieszonkowe na kolejny tydzień. Różnica kolosalna w porównaniu z tym co przeżywałem wcześniej. Wcale mi nie było przykro, że tak mało czasu spędzam w domu, chociaż klasa sportowa wcale nie była lepsza i tam doznałem więcej krzywd niż to było w latach ubiegłych, ale uwolniłem się od rodziców.

Nie chodziło o to, że byłem chudy, wątły czy jaki tam chcecie. Przegryw z aparycją tyczki, który postanowił iść na siłownię. Nie! Miałem 1.9m wzrostu, dobrą budowę ciała i bardzo szybko nadgoniłem moich rówieśników, niektórych nawet prześcignąłem i nawet znalazłem w sobie predyspozycje do przebiegania maratonów. Bo mimo że na krótki dystans, siłowo to nie byłem zbyt dobry to jednak na dłuższą metę byłem w stanie pokonać większość ludzi.

Jednak budowa ciała, predyspozycje i ciężkie treningi nic wam nie pomogą, jeśli macie bałagan w głowie.

Póki nie myślałem to było wszystko dobrze. Póki ignorowałem docinki w moją stronę, było dobrze. Póki poświęcałem swój cały wolny czas, było dobrze. Jednak gdy przychodził moment, kiedy było trzeba się zatrzymać, było fatalnie, a wtedy wszystko runęło i upadało na mnie, a do tego dochodziły tylko nowe problemy, które spiętrzyły się przez 3 lata takiego życia.

Jak ojciec się wyniósł to wróciłem do domu. Nie rozpaczałem w ogóle za tymi trzema latami, które trenowałem. Nigdy nie lubiłem tego sportu, większości tych ludzi, a to co mnie tam spotkało miało też wydźwięk na resztę życia.

Ostatni rok technikum bez treningu był dla mnie całkiem przyjemny. Osiągnąłem balans w moim życiu pomiędzy czasem wolnym i zajętym.

Miałem wystarczająco dużo czasu na odpoczynek, a także na obowiązki. Mimo ciężkich i długich dojazdów to porównywalnie więcej czasu miałem na swoje hobby i rozrywki, których całe moje życie musiałem sobie odmawiać, a raczej odmawiali mi ich inni. Wcześniej rodzice, potem mój tryb życia. Bardzo dużo zagrywałem się wtedy w cs:go, byłem całkiem dobry. Tak mi się wydawało i dużo czasu poświęcałem na treningi, granie i oglądanie profesjonalistów. Miałem marzenie, żeby też kiedyś osiągnąć taki poziom. Głupi byłem. Nigdy nie oszukiwałem, nigdy nie prosiłem, ani nie płaciłem za carrowanie. Poświęcałem czas na treningi aima i pamięci mięśniowej. Uczyłem się nowych taktyk etc. Nauka w szkole szła mi lepiej niż wcześniej, bo i tak paradoksalnie miałem więcej czasu na naukę i nie spałem na lekcjach, maturę też zdałem bez problemu.

Świadomy moich przeżyć z czasów szkolnych, epizodów depresyjnych oraz tego jak żyłem w tym momencie, wiedziałem, że nie dam rady uczyć się i pracować jednocześnie, a takie ultimatum dostałem od rodziców, którzy stwierdzili, że nie będą mnie utrzymywać. Mimo dostania się na studia nie mogłem na nie iść. Wiedziałbym jak to będzie funkcjonować, wiedziałem też, że nie chcę być zdany na rodziców i mieszkać w kraju, w którym sam się nie utrzymam, więc postanowiłem wyjechać za granicę.

Niestety praca uświadomiła mi brutalnie dlaczego nie mógłbym robić tych dwóch rzeczy naraz, a dodatkowo okazało się, że 8 godzin w pracy jest wystarczające by osiągnąć stary stan z technikum, kiedy nic nie szło po mojej myśli i po prostu działałem jak robot. Tak jak to opisałem w pierwszych akapitach.

Zatraciłem się. Straciłem swoje marzenia o studiach, nauce, e-sporcie etc. Cokolwiek nie robiłem nie byłem w stanie się temu poświęcić. Za cokolwiek się nie brałem, nie mogłem temu sprostać. Praca była udręką i nabyłem po niej traumę. Praca i kupowanie rzeczy, które nie były mi do niczego potrzebne. Musiałem mieć auto, musiałem wynajmować dom, musiałem przeżyć kolejny dzień. Ledwo wiązałem koniec z końcem i nie mogłem brać ani dnia wolnego. Ciągle miałem nad sobą wizję katastrofy. Dla wolności, której tak pragnąłem, dla niezależności, której tak chciałem pozwoliłem stać się niewolnikiem i jestem nim do dzisiaj.

Cokolwiek zrobię to długofalowo nie ma znaczenia.

#zalesie #przegryw #depresja


Zobacz: https://lurker.land/post/-ipgW5fbf
Data dodania: 1/10/2022, 11:54:38 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 42

Co jest nie tak waszymi radami? Dlaczego fora społecznościowe typu wykop są okropnym miejscem do wylewania swoich żali? Dlaczego ludzie z problemami się w nich pogrążają? Dlaczego nie można wyjść z kiepskich sytuacji? Dlaczego filozofia blackpill ciągnie zamiast odpychać?

Dawno temu czytałem dużo wpisów ludzi, którzy tkwili w depresji, albo narzekali na swój przegryw. Utożsamiałem się z nimi oraz widziałem podobieństwa. Zanim sam zacząłem się wypowiadać, minęły lata.

To co było charakterystyczne dla tych wpisów to ciągły marazm, topienie się we wspomnieniach oraz wszechogarniający ból i niemoc. Większość osób, która się udzielała robiła to, ponieważ nie miała nikogo komu mogłaby się zwierzyć, albo została zraniona. Różnie to bywało. Posty i komentarze ciągle kręciły się wokół tego samego, a każdy jeden wstawiał historię podobną do poprzedniej. Nigdy nie nudziło mi się tego czytać. Zawsze było coś, z czym mogłem się zgodzić i podejrzewam, że wielu, których utkwiło w tym błędnym kole, też to widzieli.

Najróżniejsze historie. Setki ludzi i ciągłe odczuwanie bólu, który czułem ja, ty, oni. Nic to nie dawało, ale przynosiło ulgę, bo nie byłem w tym sam. Mimo, że siedziałem sam przed monitorem, albo w ekranie telefonu to czułem więź z tym człowiekiem.

Do zachowań toksycznych i poglądów, które wielu z was się nie podobają przejdę później. Bo ci, którzy przestali komentować te wpisy, albo przestali w ogóle je czytać, wiedzą o czym mówię.

Osoby spoza kręgu ludzi chorych, albo te, które z tego wyszły dawały rady. Idź pobiegaj czy coś, zmień pracę, idź do barbera, zmień dietę etc. Rady same w sobie nie były złe i każdy kto wydostał się z tego, wie że ma to olbrzymi wpływ na nasze samopoczucie, jednak coś było nie tak z nimi i nie chcieli ich przyjmować, albo podawali kontrargumenty. Idź pobiegaj czy coś stało się formą mema i teraz jest wyśmiewane, jednak geneza tej rady jest trochę głębsza i cały sens się zatracił przez powtarzalność. Chodziło w tym o coś więcej.

Nie liczy się cel wędrówki, a droga ku niemu.

Zaczynam łagodniej, ale gdybym miał opisać wpis tego typu to przerysowałbym go tak:

OP: Jest mi źle i tragicznie! Mam kiepskie życie i nie wiem co zrobić! (opis sytuacji, życia, zdarzenie)
Kom1: Mam tak samo. (Okazanie wsparcia i zrozumienia)
Kom2: Próbowałeś mniej się przejmować? (Kogoś poruszył wpis i próbuje zrobić ,,coś” i nie wie co)
Kom3: Ogarnij się! Inni mają gorzej! (Najgorszy typ, przez który tylko OP się pogrąża)
Kom4: Miałem to samo, musisz zrobić to i to. (Może i miał, ale zapomniał swoje początki i nawet gdy to uwzględni to zapomni o wielu czynnikach, które mu w tym pomogły, a nie są w zasięgu OPA)

Ludzie w depresji zazwyczaj mają wybudowany mur wokół siebie, przez który nie wpuszczają nikogo. Zazwyczaj mają jakąś mała bramę, przez którą można się dostać do środka, ale w wyniku doświadczeń jest tak samo ciężka do sforsowania jak mur. Przykre jest, gdy ktoś wrzuca wpisy obnażające jego słabości, uchyla odrobinę bramę, a potem pojawi się ktoś, kto powie, że inni mają gorzej, przestał obwiniać rodziców, że go bili, bo teraz jest dorosły etc. Brama wtedy jest znów zamykana i nie trafia do niego nic. Chociażbyś przekazał mu coś wartościowego i faktycznie mogącego pomóc, to w jednej chwili wszystko trafia szlag, bo powiesz coś, co go dotknie, a wtedy będzie się bronił. Zamknie bramę i nie wpuści nikogo do środka.

Nie zarzucajcie ludziom w depresji braku empatii, oni mają jej o wiele więcej niż osoby zdrowe, a do tego są bardzo wrażliwi. Wszelkie negatywne komentarze czy to do ludzi w sieci, czy gdybyście znali kogoś takiego w swoim otoczeniu zamkną taką osobę w sobie i nie będzie się czuła przy was swobodnie.

Frustrujące? Na pewno. Sam nie mam cierpliwości mimo tylu lat tkwienia w takim marazmie. Nie komentuje i nawet już nie przeglądam takich postów z prostego powodu: Nie mam do tego cierpliwości by zbawiać wszystkich ludzi z depresją. To co opisuję to porady dla tych, którzy chcą zrozumieć, albo pomóc komuś w takiej sytuacji.

Jeśli nie chcesz pomóc w sposób, w którym naprawdę możesz pomóc to tego nie rób wcale. Przez takie gadanie, pouczanie i atakowanie tych osób stworzyła się jedna z najbardziej toksycznych grup jakie znam i odpowiedzialni za nią są osoby, które tych ludzi najbardziej gnoiły i kazały się im ogarnąć.

Zaraz do tego przejdę, ale żeby lepiej to zrozumieć odniosę się do czegoś innego:

Poszedłem na terapię grupową i dała mi ona naprawdę dużo. Profesjonaliści mający doświadczenie z takimi jak ja, otoczony grupą podobnych. Mój sceptycyzm nie pozwalał mi wierzyć w skuteczność takiej praktyki, kiedy siedzimy sobie razem w kółku i każdy coś mówi. Bite gadanie 5 godzin przez 5 dni, przez kilka miesięcy. Jednak ten okres wspominam wyjątkowo miło i jako ciekawe doświadczenie.

Jedną z rzeczy, które robiła ta terapia to burzyła mury, które mieliśmy. Długi czas się otwieraliśmy, gadaliśmy coraz więcej o nas i o naszych uczuciach. Budowaliśmy grupę ludzi, która sobie nawzajem ufała i czuliśmy się bezpieczni. Nikt nas nie krytykował, nikt dla nas nie był niemiły. Tematy były ciężkie, ale jak jedna osoba się przełamała to potem już leciało. Obnażało się swoje najgorsze demony i mury upadały.

Wtedy był najgorszy okres, bo gdy mury upadły przychodził czas by brutalnie bić po mordach i pokazać co z nami jest nie tak i co z tym zrobić. Wiele osób wymiękło i nie przychodziły nawet kilka dni. Ci, którzy to wszystko przetrwali wyszli zupełnie inni niż gdy tam weszli. Nawet jeśli od nowa zbudowałeś mur to miałeś intruza, który od środka zaczynał ci sabotować jego budowę. Z różnym skutkiem on sobie radził, wszystko zależało od terapeuty, ludzi wokół i ciebie samego.

Nie mam wątpliwości, że gdyby ktoś od razu zastosował terapię szokową to nic by to nie dało, bo póki istnieje mur to nic nie zrobisz.

Mówienie komuś w depresji, że się użala, wzmacnia mur.
Mówienie komuś w depresji, że inni mają gorzej, wzmacnia mur.
Mówienie komuś w depresji, żeby próbował się uśmiechać, wzmacnia mur.

Co w takim razie osłabia mur? Czas, rozmowy bez wyrzutów, zrozumienie, poczucie bezpieczeństwa i nienachalne próbowanie wyciągnięcia go z marazmu.

Nienachalne to kluczowe słowo! Jak nie ma ochoty, to zmuszaniem wzmacniasz mur.

Denerwujące? Na pewno! Do tego jeszcze wyczują, jak robicie to z przymusu i już was nosi. No tylko złość i agresja wam zostaje. Nie daj boże, żeby spotkało to waszych partnerów, albo najbliższe osoby. Można zgłupieć, a co dopiero mówić o tysiącach takich ludzi.

Jeszcze wyczują, że musicie się z nim jak z jajkiem obchodzić i czują się jeszcze gorzej. Dlatego polecam przekonać takich ludzi na terapię.

Wiecie co nie niszczy murów, ale pozwala dostać się do środka? Odpowiedzi na pytania, które tysiące takich ludzi sobie zadaje. Nie te trudne, jakie ja przeżyłem na terapii. Łatwe odpowiedzi, które nie naruszą konstrukcji muru, a nawet go wzmocnią.

Wiecie co musiałem odkryć na terapii i każdy inny? Obwinialiśmy się za wszystko złe co się wydarzyło, co się dzieje i co będzie się dziać. Branie odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Szczególnie to było widać u osób z nerwicą, wtedy terapeuta zaczyna nas uświadamiać, że nie jesteśmy za wszystko odpowiedzialni, ale robił to z rezerwą i delikatnie, aby nie popaść w drugą skrajność i nawet się z tym nie krył. Powolne uświadomienie, że dzieciństwo jednak miało wpływ na nasze życie i nie jesteśmy odpowiedzialni za innych ludzi, a niektóre sytuacje po prostu się dzieją i będą dziać. Oprócz tego uświadamiał nas na co mamy wpływ i co możemy robić.

Ja jeszcze jakimś cudem nie obwiniałem wszystkich wokół i sam brałem na siebie winy. Do terapii to myślałem, że to jest moja wina, że rodzice mnie tłuką, a to wszystko co mnie spotkało to moja wina. Dziś by to nie przeszło jeśli kogoś by stąd zabrać i wpuścić na terapię.

Pogarda, brak taktu i atakowanie ludzi z tym schorzeniem doprowadziło do tego, że zamknęli się na ludzi, którzy chcieli dla nich dobrze i otworzyli się dla kogoś, kto ich w tym stanie utwierdzał. Głaskał po głowie, mówiąc, że to nie ich wina. Tamci ludzie byli tego potwierdzeniem i powstały wtedy ciekawe ideologie, a raczej stały się bardziej popularne u ludzi uważanych za przegranych.

Nastąpiło wtedy skupienie całkowite na winę otoczenia, genów, dzieciństwa i praw rządzących naturą. Pozwoliło to ładnie uporządkować świat i doprowadzić do tego, że świat nadal był kiepski, nadal było źle, ale przynajmniej w tym bezmiarze chaosu, bólu i cierpienia wyłonił się porządek, który pozwolił na zrozumienie tego świata.

Może i nie poprawiło to ich sytuacji, ale zrozumieli dlaczego się tutaj znaleźli oraz mieli winnego. To działa różnie, dla jednych to oznaka by działać, a dla drugich to było usprawiedliwienie, żeby zostać w punkcie, w którym są teraz, bo i tak nie mają na nic wpływu.

Dlaczego więc artykuły i teksty w internecie odnośnie depresji i jak z niej wyjść etc. nie były dobre? Jest kilka odpowiedzi, ale tutaj zastosuję subiektywną opinię, zamiast tłumaczyć ogół.

Wertując takie artykuły szukałem rad, pocieszenia, albo ulgi. Rady były nieosiągalne, zamiast ulgi, narastała frustracja, a w wyniku tych dwóch pocieszenia nie znalazłem. Dlaczego? Ponieważ mimo że w Polsce na jedną kobietę zabija się dziesięciu facetów to wszystkie artykuły były napisane lub poświęcone kobietom. Nie znalazłem nic dla mnie, nie znalazłem opisów pasujących do mnie. Siedzę sam w pustym mieszkaniu, chce się zabić, każdy dzień to katorga i próbuję coś z tym zrobić, a czytam kolejny artykuł, w którym się okazuje, że ktoś faktycznie był w depresji. Faktycznie wyszedł z niej, ale zakrawa na ironię czytać, że były potrzebne tylko chęci, kiedy cały opis temu przeczy. Nie twierdzę, że nie były chore i nie umniejszam kobietom w tym, ale zbyt często przewijało się w tym, że mieli wsparcie, kochającą rodzinę, chłopaka, który o nich dbał i pozwolił leżeć i przeżyć tę chorobę. To jest ważne, jednak co ma zrobić samotny facet, odcięty od rodziny?

Kiedy próbujesz, nawet bierzesz te rady do siebie idź pobiegaj czy coś. Dbasz o siebie, rozwijasz się i ogólnie słuchasz tych rad (robiłem to bardzo długo) a one i tak nie dają efektu to dopada cię frustracja i szukasz rzeczy, które do tego doprowadziły. Dlaczego pomimo tego, że robię wszystko tak jak jest tam napisane, tak jak mi proponują ludzie i staram się jak mogę to czuję się tylko gorzej?

Zazwyczaj jest jedna rzecz, która do tego prowadzi. Mówcie co chcecie o piramidzie Maslowa, jednak jest bardzo ciężko realizować potrzeby wyższej potrzeby, bez zrealizowania tych niższej (albo na odwrót). Piramida bez fundamentów się zawali zawsze. Brak wsparcia i kogoś w prawdziwym życiu kto może ci pomóc jest bardzo uciążliwy i nie potrafię znaleźć przykładów, ani osób, które wyszły z tego pomimo bardzo złych przeżyć same.

Jak ktoś twierdzi, że terapia nic nie daje i są to przyjaciele za pieniądze i będzie to mówił osobom, którzy mają problemy to jesteście ignorantami, albo bardzo złymi ludźmi, lubiącymi sprawiać innym cierpienie. Terapia daje ,,coś” tak jak ,,coś” da ci przeczytanie tego tekstu. Może spojrzysz na osoby z depresją inaczej, może w końcu ich zrozumiesz. Kiedyś napisałem wpis odnośnie samobójstw dla pewnego użytkownika, który zadał mi na ten temat pytanie. Zrozumiał i zmieniłem jego podejście do tego, tak że na ostatnie pytanie mu już nie odpowiedziałem, bo sam do tego doszedł na podstawie mojej odpowiedzi. Terapia będzie naruszać mur i wpuszczać do środka informacje z pozoru błahe i nic nieznaczące. Na każdego działa coś innego i potrzeba wiele sesji, by odkryć co.

Tak, terapeuta to przyjaciel za pieniądze i co z tego? Ty zadajesz się z ludźmi bezinteresownie? Utrzymujesz kontakty, których nie chcesz? Jeśli tak to idź do przyjaciela za pieniądze to ci wytłumaczy, że jednak tak nie jest, albo uświadomi ci, że masz jakąś chorobę psychiczną.

Szkoda, że terapeuta musi istnieć, bo większości ludzi ma brak empatii i zrozumienia na tyle, żeby móc pomóc innym i trzeba chodzić do kogoś, kto rozumie, albo po prostu wie co powiedzieć i jak się zachować i chce ci pomóc. Inkasuje za to pieniądze? I co z tego? Mi było już brak siły na pomaganie wszystkim wokół bezinteresownie, ale gdybym brał za to pieniądze to bardzo bym się w tym spełnił.

To dlaczego filozofia blackpill tak trafia do tych ludzi? Zastanówcie się nad tym na podstawie tego co opisałem do tej pory.

Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłem sytuacje i nawet jeśli nie bezpośrednio to pośrednio udzieliłem odpowiedzi na pytania. Nie odpowiadam za ogół, ale chciałbym wiedzieć na ile się zgadzacie z tym co napisałem i na ile jest to prawda. Temat był dłuższy niż myślałem i w zależności od pytań może napiszę jeszcze jeden wpis.

W ogóle pominąłem jeden istotny element, ale to dlatego, że nawet o nim wspominając, mógłbym doprowadzić do całkowitego skupienia na nim i zatracenia całego sensu mojej wypowiedzi.

To wszystko co tutaj opisałem można odnieść nie tylko do depresji, ale także do fanatyków, którzy są za wszelką cenę przy swoich poglądach politycznych,religijnych, osób uzależnionych, etc. Trzeba zdobyć zaufanie, naruszyć mur i wpuszczać intruza. Wbijanie się z taranem nic wam nie da.

Następnym razem zastanówcie się czy warto dawać rady, albo kogoś ,,uświadamiać” bo może nie robicie tego dobrze, a poza tym kosztuje was za dużo wysiłku i po co wam to?

#przegryw #depresja #blackpill #uzaleznienie


Zobacz: https://lurker.land/post/_yZhTgQx_
Data dodania: 1/5/2022, 6:17:33 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy

Nie ma tutaj przemyśleń, ani jakiś ciekawych tematów. Po prostu o mnie i moim 2021 roku

Osobiste podsumowanie 2021

Miałem zabrać się za ten wpis przed nowym rokiem, ale nie miałem takiej weny by to zrobić. Nie piszę tego tagu na siłę. Na każdy tekst musiałem mieć czas, ochotę i siłę. Co przy mojej postawie i moich przeżyciach i tak zdarzało się dosyć często. Czterdzieści epizodów i kilka niepodpisanych to dobry wynik, zwłaszcza po prawie dwuletniej przerwie. Widzę progres i postanowiłem napisać teraz wpis bez żadnego znaczenia, bo teraz przez pewien czas, pewnie będzie posucha.

W końcu po prawie półtora roku miałem parę dni wolnego. Na pewno co niektórzy z was się domyślili i zauważyli, że wypaliłem się i byłem wyczerpany. Ten rok był dla mnie ciężki i skutki jeszcze będę odczuwał kilka miesięcy o ile nowy ład nie da mi aż tak mocno po dupie. Wszystko z mojej strony co mogę zamknąć i zostawić za sobą w ciągu pięciu miesięcy zostawię za sobą. Na resztę muszę czekać, bo nie jest to zależne ode mnie.

Przeraża mnie to trochę, że po raz kolejny muszę wrócić do pracy i tracić na nią 1/3 mojego życia, chociaż nie liczy się sam czas. Siła i chęci zostaną mi odebrane na tyle, że mogę znów nie dodać nic przez miesiąc. Odżyłem przez ten czas wolny. Święta były jeszcze zabiegane, ale po nich nastąpił błogi spokój, którego mi brakowało od bardzo dawna. Nadmiar czasu wolnego był dokuczliwy, jednak bardzo szybko odkryłem jak go spędzić. Udało mi się skończyć książkę, którą męczyłem od czerwca. Wróciłem do słuchania audiobookow, a także po raz kolejny spróbowałem sił w układaniu kostki rubika. Nauczyłem się 30 nowych algorytmów i nadal mam przed sobą jeszcze 50. Jednak to co nauczyłem się do tej pory pozwoliło mi zejść do czasu poniżej 30 sek. Może zapiszę się na jakiś turniej? Udało mi się upiec ciasto. Zerwać chociaż trochę z nałogiem i w końcu czuć satysfakcję z mojego życia. Boję się, że jak znów wrócę do pracy to znowu będzie to samo. Jednak staram się o tym nie myśleć. Spędzam kolejny wieczór relaksując się przed 9 dniami z rzędu w pracy.

Chciałem w coś pograć, ale niestety większości tytułów nie ogram, a na resztę brak mi czasu i nawet do nich nie podchodziłem. Bo grać w grę fabularną i wrócić do niej po miesiącu nie ma sensu, bo większości rzeczy pozapominam. Myślałem o nauce, ale nie wiem za bardzo co mógłbym robić i jak zmienić swoje perspektywy, więc wybór padł na relaks, który mi się należał po takim czasie przed powrotem do szarej rzeczywistości.

Trzy pierwsze miesiące nadal pracowałem na stolarnii u byłych pracodawców. Mimo, że spóźniali się z wypłatą i już dawno podjąłem decyzję o zakończeniu z nimi współpracy to jednak zostałem z sympatii oraz dlatego, że chciałem zrobić mnie i mojej dziewczynie kuchnię. Była to dla mnie próba czy nadawałbym się do tego i potrafił zrobić coś sam.

Wziąłem wtedy dwa tygodnie urlopu i jego całość poświęciłem na zrobieniu wszystkiego. Narzędzia i warsztat był całkowicie do mojej dyspozycji i nie było problemów z urlopem na te dni oraz z użytkowaniem. Nikt nie dyskutował, w końcu już wtedy nie miałem wypłaty za poprzedni miesiąc. Ogólnie całe przedsięwzięcie było dla mnie ciekawym oraz wymagającym doświadczeniem. Kuchnia zrobiona od zera przeze mnie. Zrobiłem projekt, rozpisałem co mi potrzebne, kupiłem materiał, pociąłem go, okleiłem, złożyłem i zamontowałem. Zaoszczędziłem na tym wszystkim ponad 8 tysięcy i jeszcze zrobiłem to z lepszych i ładniejszych materiałów. Czas pracy niestety był długi, ale tego nie dałem rady przeskoczyć. Jestem dokładny i nie robiłem tego tak jak musiałbym robić u kogoś na już. Jak mieliśmy krzywe ściany to stworzyłem szafkę, która miała 8 różnych wymiarów, a weszła idealnie i zamaskowała wszystkie niedoróbki innych fachowców. Razem z dziewczyną zajęliśmy się montażem i była to jedna z naszych wspólnych prac na które sami zarobiliśmy i zrobiliśmy to razem. Mimo, że to nie jest praca dla kobiet i trochę było dźwigania to sama chciała to robić i razem doprowadziliśmy to wszystko do takiego stanu jaki chcieliśmy.

Każda przestrzeń wykorzystana. Mnóstwo miejsca i wykonane to ładnie. Pod względem praktycznym i estetycznym było to świetne i byłem zadowolony ze swojej pracy.

Jednak zdążyłem się przez prawie dwa lata zrazić do ludzi i mimo zmiany pracy bardzo szybko zrezygnowałem ze stolarki. To nie była kwestia moich pracodawców. Sam zawód był dla mnie męczący. Nie lubiłem tego mimo wszystko, a ludzie wcale do tego nie zachęcali, bo mimo że coś było zrobione dobrze to i tak ludzie narzekali. Nie wierzę, żeby mieli powody, po prostu poznałem za dużo cwaniaków. Praca fizyczna jest sama w sobie męcząca i mnie zabija. Psychicznie nie mam siły na dyskusje z klientami, którzy wymagają nie wiadomo czego i czepiają się mnie za błędy, których nie popełniłem, a zrobili je poprzednicy, którzy mieli wszystko gdzieś, a ja mam teraz naprawiać ich mankamenty. Bulwy, krzywe ściany, lecący sufit. Klienci, którzy nie chcieli przyjąć mebli, bo przy szafce była sczelina na dole 2mm a na górze 3mm. Pokazywali mi linijką jak to mierzyli, albo wchodzili do szafek wyciągali telefon i nagrywali co jest w niewidocznych miejscach, do których nawet bym nie pomyślał żeby wchodzić i sprawdzać.

W tym roku doceniłem bardziej moją dziewczynę, która wierzę w to, że gdyby mogła to by wycięła dla mnie swoje serce i je dała, gdybym poprosił. Zawsze mnie wspiera, pomaga i mimo moich gorszych chwil spowodowanych nawrotem depresji robiła wszystko aby mi pomóc i nie gnoiła jak reszta. Podczas gdy rodzina by mnie pędziła do roboty i kazała wziąć się w garść. Ona była przy mnie i wspierała jak tylko mogła czy to finansowo, czy to emocjonalnie. Mimo, że byłem 3 miesiące w plecy przez byłych pracodawców. Mimo, że w jednej firmie mi się nie udało, a druga to była speluna to pomagała mi, a ja miałem dzięki niej siłę, żeby się nie załamać. Byliśmy w tym razem.

Moja sympatia i dobroć do innych została zabita i już chyba nigdy nie zaufam nikomu. Ciężka i bolesna lekcja. Odszedłem za porozumieniem stron z poprzedniej pracy w dobrych relacjach tylko po to, żeby dwa tygodnie później usłyszeć od tych samych ludzi, że nie dadzą mi kasy, bo nie mają i nic im nie zrobię. Bezczelni byli i czekali specjalnie dwa tygodnie, żeby mi to powiedzieć, kiedy nie mogłem zmienić świadectwa pracy. Zabolało porządnie.

Po opisaniu tutaj problemu dostałem rady i z każdej skorzystałem. Przedsądowe wezwania do zapłaty, pip, sprawa w sądzie etc.

Niestety, ale czeka mnie rozprawa w tym temacie i muszę jeszcze czekać na jej termin…

Ta sytuacja mnie załamała. Spędzasz z kimś 1/3 swojego czasu, jesteś w porządku, a potem przychodzi taki dzień i kopią cię w dupę. Załamanie tą sytuacją, problemy finansowe i praca w zakładach, których nikomu nie życzę podłamały mnie na tyle, że wróciła mi depresja. Miałem nawroty, jeden dosyć silny impuls oraz popadłem w marazm. Tutaj też dziewczyna robiła co mogła, jednak bez powrotu na leki się nie obyło.

Znalazłem nową pracę. Ma swoje wady, jednak podług wszystkich firm w jakich pracowałem przez całe moje życie ta jest najlepsza i lubię tę pracę, mimo że jest ciężka i mnie wykańcza. Tylko, że każda praca tak na mnie działała tu nie było wyjątku. W końcu uwolniłem się od stolarki, w której siedziałem 5 lat i mogłem zająć się czymś innym. Odkryłem że czterobrygadówka jest systemem dla mnie i nienawidzę porannego wstawania i nigdy się nie przyzwyczaję.

Kto rano wstaje temu… aha, gówno prawda.

Wróciłem do pisania i poczułem, że daje mi to satysfakcję. Lubię to robić, zwłaszcza gdy wiem, że ktoś to przeczyta i się odniesie. Najfajniejszym uczuciem, było usłyszeć, że ktoś przeczytał jeden mój wpis, a potem przewertował wszystkie. Myślałem nad założeniem bloga, ale nadal to zostaje w marzeniach. Boję się go zakładać, boję się, że kiedyś ktoś kogo znam odkryje moje wpisy. Czuję się jeszcze względnie anonimowy. Jak to zatracę to wtedy będę wyciągnięty jak na dłoni dla ludzi wokół. Tego nie chcę. Boję się, że kiedyś wszystkie te wpisy przepadną i nic z nich nie zostanie. Zresztą tak na dłuższą metę co one dają mi, albo innym? Zastanawia mnie to.

W każdym razie dla mnie dzisiaj jest niedziela wieczór. Jutro wielu z was będzie miało wolne, a ja będę walczył kolejny dzień na produkcji.

Oby ten rok nie był gorszy.


Zobacz: https://lurker.land/post/pI2o5RHst
Data dodania: 1/4/2022, 1:52:07 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 41

Jak nie wychowywać dziecka.

Miałem kiedyś szczerą rozmowę z matką, podczas której wyrzuciłem wiele moich żali i pretensji do niej, a było tego sporo. Role się odwróciły. Tym razem to ona słuchała, a każde słowo to był dla niej jak nóż. Nie czułem z tego powodu satysfakcji, ani jej nie współczułem. Całokształt mojego życia z rodzicami kazał mi się pozbyć wszelkich pozytywnych uczuć, a wtedy mi było naprawdę wszystko jedno.

Nie chcę się odnosić do całej rozmowy, ale zakotwiczę się w jednym co mi powiedziała, a potem temat sam już poleci i co nieco z tej rozmowy złapiecie.

Powiedziała mi: Byłam taka surowa, bo przeczytałam/usłyszałam, że na CHŁOPCÓW dobrze działa krytyka.

Sens tej wypowiedzi dotarł do mnie znacznie później. Moja matka po latach przyznała się, że nieustanna krytyka, kary i wymaganie ciągle czegoś ponad moje siły było zmotywowane tym co usłyszała, bądź przeczytała w jakimś szmatławcu typu pani domu…

Gdybym wziął i przeanalizował postępowanie moich rodziców to napisałbym o tym książkę i dał jej tytuł: Jak nie wychowywać dziecka.

Patologiczne zachowanie, znęcanie fizyczne i psychiczne oraz zniszczone dzieciństwo nie musiało być spowodowane tym jak mówicie, że nie byłem ich dzieckiem. Tylko po prostu oni naprawdę wierzyli, że robią to dla mojego dobra! Jest to przerażająca wizja.

Dobrymi chęciami piekło jest brukowane.

To znaczy, że wszystko co napisałem na tym tagu odnośnie moich rodziców, moich historii etc było podyktowane miłością, troską i dbaniem o moją przyszłość, tylko rodzice byli na to za głupi i robili to w jedyny sposób jaki znali. Krzykami, biciem i wyzwiskami.

Możecie powiedzieć, że nie, ale zastanówcie się. Rodzic, który ma gdzieś swoje dziecko, w ogóle się nim nie interesuje, nie rozmawia i nie dba o jego potrzeby. Za to u siebie nigdy nie czułem się niezauważony. Rozmowy były, ale bałem się coś powiedzieć, bo prędzej czy później było to wykorzystywane przeciwko mnie. Ojciec z matką, często siedzieli ze mną przy lekcjach. Nieraz styrani po całym dniu pracy przychodzili i odrabiali ze mną lekcje, albo tłumaczyli temat. Tylko nie mogłem powiedzieć, że czegoś nie rozumiem.

Ojciec jak mnie zaczął tłuc, że aż mu ręka spuchła za 4- robił to ze swojej niemocy, bo siedział ze mną tydzień po kilka godzin, a mnie było tylko na tyle stać.

Nie raz słyszałem, że kiedyś im za to podziękuję… Oni naprawdę w to wierzyli… Bo coś gdzieś przeczytali, bo coś gdzieś obejrzeli, bo coś gdzieś usłyszeli i wierzyli, że edukacja, nauka, dyscyplina stworzą ze mnie silnego człowieka. Wierzyli w to, że co cię nie zabije to cię wzmocni, że każdy jest kowalem swojego losu etc.

Mieli tak dobre chęci, ale połączone z ich niewiedzą doprowadziły do katastrofy. Za wszelką cenę chciałem uciec i się od nich odciąć i wszystko co zrobili przyniosło efekt odwrotny do zamierzonego.

Możecie mówić, że gówno prawda, ale to gówno prawda. Nic nigdy nie jest czarno-białe, a historie moich rodziców też nie były jakieś kolorowe i naprawdę próbowali zrobić ze mnie kogoś innego. Chcieli ze mnie zrobić porządnego człowieka, ale stosowali metody by wytresować sobie pieska.

Częsty błąd w rodzicielstwie, bo w którymś momencie rodzic sobie musi sobie uświadomić, że nie ma przed sobą kilkuletniego dziecka, które intelektem dorównuje psu, a ma żywego człowieka ze swoimi planami, marzenia etc.

Jestem w stanie uwierzyć, że mieli dobre intencje, ale wcale ich to nie usprawiedliwia. Możecie mi nie wierzyć, ale ja też nie opisuję wszystkiego. Dostaliście dużo czarnego, a białe jest ukryte. Na przykład dobrze zawsze wspominałem święta i mama się starała. Ojciec zabierał mnie na basen, nad jezioro, na przejażdżki rowerowe. Bez ich wsparcia finansowego nie mógłbym wrócić do Polski itp.

Szkoda się rozpisywać. Jednak za całokształt z ojcem już nie rozmawiam w ogóle.

Czy ich staram się trochę wybielić? Tak. Pewnie niektórzy z was mogą mieć z tym problem, na pewno ci, którzy trochę na tagu już siedzą, ale czy mieliście problem, kiedy jechałem po nich po całości?

Ten jeden wpis nie zmieni całego odbioru obrazu jaki przedstawiłem, ale chciałbym zwrócić uwagę, że jednak każde działanie może mieć drugie dno, którego nie zauważamy.

W takim wypadku największym błędem moich rodziców i rzeczą niewybaczalną, było wierzenie w własną nieomylność i brak refleksji. Pozbawienie się zatrzymania, przemyślenia i wzięcia pod lupę swoich dotychczasowych zachowań. To nie cały świat się myli tylko ja? Dlaczego powtarzanie ciągle tych samych zachować nie daje innych efektów? Może to ja jestem problemem?

#depresja #przemyslenia


Zobacz: https://lurker.land/post/2ol2vajnm
Data dodania: 1/1/2022, 5:20:14 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 40

Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.

Ta prawda przez większość mojego życia była dla mnie niezrozumiała i pusta. W końcu czego można oczekiwać po dziecku? Mało mnie interesowała ekonomia, polityka i ogólnie życie. Miałem siedzieć przed książką i wiedzieć co to jest mitochondria i co takiego robi.

Długo mi zajęło zrozumienie tego powiedzenia, a gdy już do tego doszło zrozumiałem działanie świata, a także uporządkowałem chaos, który mnie otaczał. Świat stał się o wiele, wiele prostszym miejscem. W jakiej sytuacji bym się nie znalazł. Czegoś nie zrozumiał to zawsze gdy przypominam sobie o tej prawdzie, nagle wszystko rozumiem i robi się to dla mnie klarowne.

Jednak zrozumienie świata i ograniczenie go do tej prawdy, sprawiło że życie stało się dla mnie mdłe i puste. Nakłada się na to jeszcze mój brak wiary w altruizm człowieka, uwięzienie w naszych zwierzęcych instynktach oraz zniewolenie, niewidzialne i niedostrzegalne dla kogoś, kto nie widzi.

Świat jest jaki jest i jesteśmy w nim uwięzieni. To co sprawia że jedni są bardziej szczęśliwi od innych to to jak na niego patrzy. Każdy ma inną percepcję i widzi świat inaczej. Bogacz może być nieszczęśliwy, a biedak szczęśliwy. Wszystko to jest kwestia widzenia. Jednak powód dla którego mój punkt widzenia uważam za bardziej miarodajny jest prosty:

Bo czego nie rozłożysz na czynniki pierwsze to zawsze wychodzi egoizm człowieka i jego chęć zysku, nieważne z jakich pobudek.

Kiedyś przeczytałem, że prawdziwym wyznacznikiem tego czy jesteś w stanie bezinteresownie pomóc, jest udzielenie jej komuś kto tej pomocy nie chce, a jej potrzebuje, a po wszystkim zostaniesz z niczym. Nawet bez dobrego słowa, nawet bez jakiejkolwiek publiki, która twój czyn widziała.

Mam wrażenie, że kiedyś produkcja była bardziej nastawiona na jakość. Ludzie robili rzeczy, aby były trwałe i solidne. Filmy były może i gorsze, ale podług osiągnięć jakie wtedy mieli, dawali z siebie wszystko. Dzisiaj produkcje z najwyższej półki i mające olbrzymie nakłady pieniężne potrafią tworzyć gnioty. Nadal nie mogę przeżyć ostatnich dwóch sezonów gry o tron… Jednak to jest właśnie to o czym mówię. Gra o tron była wtedy olbrzymim powiewem świeżości. Nie chodzi mi o królów, smoki i inne takie fantastyczne rzeczy. Gra o tron wciągnęła mnie z innego powodu. Nastawienie na dialogi, spójna historia, w której było widać, że ktoś się nad tym zastanowił i przemyślał, a najważniejszą rzeczą było to, że nie oszczędzał swoich bohaterów. Postacie pierwszoplanowe ginęły, gdy zrobiły coś głupiego. Nie miały ochrony, nie żyły tylko dlatego, że były ważne dla historii.

To był powiew świeżości i sprawiał, że ten serial był dobry.

Podczas gdy wszyscy robili to, co było bezpieczne i przynosiło pewny zysk, ktoś zorganizował to inaczej i zaskoczył nas.

Nie macie wrażenia, że wszystko co oglądacie jest takie mdłe i przewidywalne? Ciągle ta sama formuła i twisty fabularne, które potraficie już odkryć w pierwszych minutach filmu? Że gdy oglądacie znowu jakiś serial to czujecie, że to wszystko już kiedyś widzieliście, ale z innymi bohaterami?

Czasami przebiją się jakieś perełki warte uwagi i zapadają na dłuższy czas w pamięć. Jednak odnaleźć takie perełki w szambie ścieku jest bardzo trudno.

Bo liczy się tylko zysk. Nikomu nie zależy tworzyć nowe i przełomowe dzieła kultury. Najważniejsze to zarobić jak najwięcej i jak najmniejszym kosztem. Dać ludziom to samo co wcześniej, tylko w innym opakowaniu i niech się cieszą smakiem, który już znają.

Tak to działa ze wszystkim co posiadacie. Wszystko to było nastawione na zysk. Kupiliście to z jakiegoś powodu bo było to potrzebne. Kupiliście to w sklepie, bo w jakiś sposób wasza podświadomość na was to wywołała, lub jeśli byliście uważni, zrobiliście przemyślane zakupy.

Pamiętam gdy biedronka pojawiła się w Polsce. Ceny były wtedy faktycznie niskie i sklep ten kosił konkurencję jak tylko mógł. Wszyscy lecieli do biedronki na zakupy. Mimo że z czasem ceny zaczęły rosnąć to ludzie mieli już zasiane ziarno w podświadomości, które ciągle im szeptało do ucha, że tam to są niskie ceny. I mimo że po tylu latach to stwierdzenie już prawdą nie jest to wielu ludzi jeszcze tego nie zrozumiało.

I kto by wtedy pomyślał. Dlaczego biedronka miała takie niskie ceny?

Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.

Dostać się do świadomości ludzi, wykosić konkurencję i zyskać wiernych klientów na lata.

Uproszczony schemat i opisany subiektywnie na przykładzie mojego podwórka. Nie czepiajcie się.

Wszystko w naszym świecie jest zmonopolizowane i nastawione na zysk. Coraz więcej ludzi siedzi i myśli tylko jak wam coś sprzedać i jak ukręcić więcej kasy. Ja, jako człowiek czuję się jak przedmiot to maksymalizacji zysków. Osiem godzin w robocie gdzie każda sekunda mojego życia musi zostać wykorzystana, bo sekunda mojej bezczynności to strata. I nie jestem traktowany jako indywidualna jednostka. Jestem jednym z wielu innych i na takiej podstawie się na mnie patrzy. Jak na przedmiot. Myśli się tylko, żeby dać mi jak najmniej i jak najwięcej mnie wykorzystać.

Normy i słupki w excelu to jest najważniejsza rzecz. Ludzi się wymienia jak zepsute części i mam wrażenie, a w sumie to jestem pewien, że tylko przepisy i prawa w określonym państwie chronią zwykłych pracowników, przed zezwierzęceniem i traktowaniem nas jak śmieci. Dzięki temu możemy mieć dni wolne, nie pracujemy po 18 godzin dziennie i firma sobie wlicza w starty to, że musimy chodzić do łazienki i jest ta przerwa na jedzenie. Chociaż, gdyby księgowi udowodnili, że miska ryżu i dłuższa przerwa wpływa na wydajność i firma oszczędza 100zł to by kupowali wszystkim tę miskę ryżu i dali nawet się zdrzemnąć w ciągu tych 18 godzin.

Czuję się jak produkt, rzecz do wykorzystania, a potem wyrzucenia, gdy już się do niczego nie nadam. Mimo teoretycznych przesłanek, że cywilizacja chroni tych słabszych, chorych i uciśnionych tak nie mam wątpliwości, że w Polsce, ludzie bez wsparcia nie mają na co liczyć i zapomoga jaką dostaną nie starczy im nawet na jedzenie. Lepiej się wtedy zapić. Życie się wydaje trochę lepsze.

Zysk, zysk, zysk.

Sami sobie stworzyliśmy to gigantyczne więzienie. Uwięzieni w chęci posiadania czegoś więcej i ciągłym biegiem. Zarabiać jak najwięcej jak najmniejszym kosztem. Kupować nowe rzeczy, którymi nie możemy się cieszyć, bo nie mamy czasu. Nie mamy czasu bo potrzebujemy kasy na nowe rzeczy.

W naszym kraju za minimalną ledwo stać cię na podstawowe potrzeby, a jak chcesz coś więcej od życia niż ta podstawowa miska ryżu to musisz iść na drugi etat lub ciągnąć nadgodziny.

Brat brata sprzeda za trochę kasy. Nie ma żadnych hamulców, wszystko to kwestia ceny. Nawet istnienie lub nieistnienie jakiegoś państwa. Jak zapchasz kieszenie odpowiednim osobom to możesz wszystko. Ze zwykłymi ludźmi nikt się nie liczy, bo technika gotowanej żaby tak ich zamuliła, że nie są zdolni do żadnej reakcji. Z roku na rok tylko dokręca się coraz bardziej śrubę, a ludzie tylko coraz bardziej się zezwierzęcają i dają traktować jak przemioty.

Nie ma żadnych wartości, ludzie są krótkowzroczni i liczy się tylko to, żeby mieć więcej kasy.

Nienawidzę tego świata…

Jednak to wszystko kwestia podejścia i tego jak świat widzę. Mógłbym go kochać, gdybym widział w nim coś więcej.

Tylko, że nic więcej tutaj nie widzę.

#depresja #przemyslenia #pieniadze


Zobacz: https://lurker.land/post/XoTC5h7rl
Data dodania: 12/31/2021, 8:24:09 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy

Jakby nie patrzeć ostatni dzień roku jest dobrym dniem na jego podsumowanie, przemyśleniu tego co się wydarzyło, co się osiągnęło i zastanowić się co zrobić, żeby następny rok był lepszy.

W tym roku napisałem 39 epizodów. Całkiem sporo biorąc pod uwagę poprzednie lata, kiedy napisałem pierwszy tekst. Ponad połowa tego co napisałem wyszła w tym roku i wcale nie uważam że napisanie któregokolwiek z nich to była strata czasu, co mi się rzadko zdarza.

Dziękuję wszystkim za obserwację, komentarze i natchnienie do pisania. Nawet jeden komentarz pod wpisem mnie motywował, by nie rzucić tego jak wiele rzeczy w moim życiu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

#sylwesterzlurkiem


Zobacz: https://lurker.land/post/nlhe8PxHY
Data dodania: 12/30/2021, 5:33:50 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 39

Im dłużej żyję tym bardziej zaczynam rozumieć dlaczego faceci tak dziadzieją i większość ludzi ma wiecznie przygnębione miny, wiecznie narzekają i wiecznie im coś nie pasuje.

Dziadzieje i dostrzegam to. Moje gorsze dni zamieniły się w miesiące, a miesiące zamieniają się w lata i nic nie wskazuje na poprawę. Mam dosyć słuchania ludzi, którzy twierdzą, że wystarczy tylko chcieć i że jesteśmy kowalami własnego losu. Wiele razy to tłumaczyłem w moich wpisach. Nie jesteśmy wolni i jesteśmy jak liść targany na wietrze. Na większość rzeczy nie mamy wpływu i musimy radzić sobie z tym co mamy. Ktoś kto w partii wylosował dwa asy będzie tłumaczył komuś kto wylosował dwójkę i siódemkę, że to wszystko od niego zależy. Wszystko zależy od rozdanych później kart. Z tym że ktoś z dwoma asami ma większe szanse na wygraną, niż ten drugi. Co nie znaczy, że ten drugi nie może wygrać partii. Może. Jednak jest to kwestia farta i umiejętności jakich nabył. Jednak nic mu to nie da jak na stole leżą kolejne dwa asy. Może jedynie ograniczyć straty.

Pełno tutaj ludzi, którzy przegrali na samym starcie i muszą sobie radzić z tym co mają, bo jeśli tego nie zrobią to nic dobrego ich nie czeka.

I pełno takich ludzi i ciężko to zrozumieć zwłaszcza gdy otaczasz się ludźmi sukcesu, albo dziećmi, które nasłuchały się tych pierwszych i powtarzają to co usłyszały, wierzą w to co przeczytały, a potem przeżywają szok, kiedy zostaną rzuceni w świat dorosłych i to takich, których nie widzieli, albo gardzili, bo przecież patrzyło się tylko na tych u góry. Uważało się, że mi się to należy. Gardziło się swoimi rodzicami, którzy tłukli nadgodziny, gardziło się pospólstwem i czuło się lepszym, a potem trzeba było wylądować w tym gronie gdy skończyły się inne możliwości.

Oczywiście ktoś stwierdzi, że wcale tak nie jest. Że on akurat ma dobrą pracę, dobrze zarabia i na wszystko zapracował i się z nim zgodzę. Szkoda tylko, że nikt nie widzi tych, którym się nie udało. Łatwo zwracać uwagę na ludzi, którzy wygrali, a setek przegranych nikt nie chce widzieć.

Ja czuję, że etap w moim życiu, kiedy mogłem coś zmienić minął bezpowrotnie i utknąłem w pułapce, której nie opuszczę. Stałem się niewolnikiem i moje kajdany coraz bardziej ograniczają mi ruchy. Wydostać się stąd mogę tylko dzięki szczęściu. Dostanę zastrzyk kasy, który mnie uwolni od tego i pozwoli spokojnie mnie rozwijać, albo postawić wszystko na jedną kartę i zacząć realizować moje plany. Jednak jeśli mi się nie uda, zniewolę się jeszcze bardziej, a obiektywnie patrząc setki przegranych wcale nie sprawiają, że chcę podejmować takie ryzyko, bo życie w tej formie jakie mam mi nie pasuje, jednak zawsze może być gorzej, a strach przed tym jest wystarczający by tkwić w tym marazmie jakim jestem teraz.

Oglądaliście doktora House?

Cały czas odczuwał ból, związany ze swoją nogą, łykał tabletki i był złośliwy dla ludzi wokół. W jednym odcinku zaczął brać tak silny lek, że już go nie czuł. Jego charakter się zmienił wtedy o 180 stopni. Stał się wesoły, cieszył się życiem i zaczął być milszy dla ludzi wokół.

Czuję się tak samo. Jakbym ciągle czuł ból. Nie ten fizyczny. Psychiczny.

Lata w depresji mnie zniszczyły, cały czas ona jest, mimo że potrafię sobie teraz radzić. Jednak życie nie zmieniło się aż w takim stopniu. Po prostu życie jest mdłe, ale trzeba się oszukiwać, żeby wstać znowu z łóżka i coś robić.

Wiecie czego się wstydzę? Że słuchałem rad randomów z internetu konkretniej z wykopu. Każdy miał dobre pomysły. Wyjedź. Nie idź na studia programistyczne, sam się ucz. Ucz się języka. Zerwij kontakty. 600Zł na jedzenie to za dużo. Do restaraucji codziennie chodzisz? Się nie dziwię jak cię na nic nie stać jak miesięcznie wydajesz 30zł na kebaby. Tak toksyczne i oderwane od rzeczywistości społeczeństwo znalazłem tylko tutaj. Gdzie każdy zarabia minimum 15k, wszyscy wyjechali, rzucają partnera/partnerkę po jednej kłótni, gdzie zrywają kontakty z rodziną, bo ktoś ma inne poglądy. Gdzie każdy jest specem od astronomii, wirusologii, socjologii, a najbardziej to od związków. Każdy drugiego poucza, a jak przychodzą matury, to nagle nikogo z tych znawców nie ma i nie ma kto odpisać, albo wczorajszy ekspert, dzisiaj prosi i loguje się na jakiegoś lewego discorda, żeby dostać nagie fotki jakiejś tiktokerki, jednak z innych śmiać się potrafi.

Wstydzę się tego, że słuchałem tych rad. Jednak mnie zrozumcie. Innych wzorców nie miałem i nikogo, kto by mi pomógł.

Jak byłem odcięty od wszystkich, miałem impuls i nie mogłem nawet na telefon zaufania się dodzwonić to gdy dodałem wpis z prośbą o pomoc to dostałem 2 komentarze i jedną wiadomość, żebym się zabił i dał wszystkim spokój…

Ból. Czuję ciągle ból. Łagodniejszy, mocniejszy, jakoś sobie z nim radzę, jednak wpadam znowu w apatię i wszystko mi jedno. Cokolwiek mam zrobić sprawia mi olbrzymi wysiłek i zaczyna mnie to denerwować. Bo znowu pracuję cały tydzień, a jeden dzień wolny jaki mi wypadnie to albo mam zaplanowany, albo nie potrafię się nim cieszyć bo na nic nie mam siły. Nie mam siły ruszyć cokolwiek. Mam w końcu wolne to tylko uświadamiam sobie jak moje życie jest pozbawione sensu i moje plany na przyszłość to tylko jeść, pracować i spać. Na niczym mi nie zależy, niczego nie pragnę.

Czy miałem pieniądze czy ich nie miałem to czułem to samo. Czy było na koncie 10k czy 1k nie robiło mi to różnicy. I mimo tego nadmiaru i tak nic nie mam. Innym ludziom daje frajdę kupowanie, remonty i wydawanie pieniędzy, a mi nie. Po prostu są. Chociaż odkąd przez moją dobroć i zaufanie do innych ludzi, skończyłem z kredytem, bo nie miałem na jedzenie to coś we mnie się złamało i straciłem całą dobroć jaką miałem do innych ludzi.

Strach przed drugą taką sytuacją sprawia że staram się trzymać wszystkich na dystans i liczę każdy grosz. W Polsce to w ogóle jest dramat pod tym względem. Co miesiąc kupuję coraz mniej, a pieniędzy wydaję tyle samo.

Bo pracuję, żyję i nie stać mnie na jedzenie? Na podstawowe potrzeby, które nawet niewolnikowi trzeba było załatwić? Muszę zapierdalać, że mieć na miskę ryżu? Kiedyś zapierdalałem, bo trzeba i miałem spokojną głowę. Teraz zapierdalam, nie mogę wziąć wolnego i muszę uważać, żebym miał co jeść?

I mam jeszcze zaciskać pasa? Odmówiłem już sobie prawie wszystkich przyjemności, a zaraz będę myślał czy powinienem siedzieć i to pisać, bo mnie na prąd nie będzie stać?

I to jest rzeczywistość wielu ludzi. Wielu których się nie widzi i nikt widzieć nie chce, bo przecież każdy jest kowalem swojego losu, a nikt z nich tego nie napisze, bo nie ma siły, czasu i nie widzi w tym sensu.

Ci którzy mogą pisać, tworzą w internecie inną rzeczywistość. Tak jak robi to telewizja.

I obie są przekłamane, a jedna i druga strona wytyka drugą palcami.

#depresja #gorzkiezale #zalesie #przemyslenia


Zobacz: https://lurker.land/post/tIFYm7Kx5
Data dodania: 12/8/2021, 10:58:31 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 38

Jakby wszyscy skakali z mostu to tez byś skoczył?

Każdy z was na pewno chociaż raz w życiu musiał to usłyszeć. Czy to od rodziców, nauczycieli, lub przy innej okazji. Absurdalność tego stwierdzenia miała was w teorii skłonić do zastanowienia się nad tym co robicie i powstrzymać was przed owczym pędem za grupą, bo to niekoniecznie może się dla was dobrze skończyć. Jednak samo stwierdzenie jest absurdalne i fakt przez kogo jest wypowiadane, sprawia że traci na wartości. Powiedźcie szczerze ilu z waszych rodziców, albo nauczycieli poszłoby i skoczyło z tego mostu, bo co ludzie powiedzą?

Naprawdę zabawne to jest, gdy się temu przyjrzysz, a nawet trochę przykre jest, kiedy zrozumiesz, że powinieneś był skoczyć z tego mostu razem z grupą. Bo może i wszyscy zginęli, ale ty zostałeś sam. Skoczyć jest już za późno, a ruszyć z tego miejsca, gdzie teraz jesteś, jest ciężko.

Wytłumaczę to na zasadzie anegdotki, jeszcze ze szkoły średniej. Prawie cała klasa uciekła z lekcji i nie przyszła jednego dnia do szkoły. Wszyscy byli dogadani, umówieni. Część nie przyszła w ogóle, część spotkała się pod szkołą i ruszyła na miasto. Tylko jedna osoba się wyłamała, która deklarowała się jako jedna z pierwszych, że do szkoły nie pójdzie. Następnego dnia, mieliśmy pogadankę i wylądowaliśmy na dywaniku. Słuchaliśmy z ust dyrektora i wychowawcy, że jesteśmy frajerami, a Michałek, jako jedyny przyszedł do szkoły. Był nam stawiany za wzór do naśladowania i jedynym normalnym w klasie, podczas gdy cała reszta była frajerami.

Po całej tej sytuacji, klasa stwierdziła, że w grupie frajerów, frajerem jest ten, który nie jest frajerem. Przez jakiś czas chodzili i mówili do siebie w stylu: Cześć frajerze! Co tam frajerze? Co dziś zrobiłeś na szkodę naszej klasy frajerze? Jak tam frajernia?

W sali były trzy rzędy ławek i krzeseł. W lewej siedział ten ,,normalny” pośrodku nikt, a po prawej cała frajernia. Na pytania nauczycieli co robimy odpowiadaliśmy, że troszczymy się o kolegę, żeby się nie sfrajerzył tak samo jak my.

Nie skoczył z mostu.

Oczywiście to wszystko był żart i to całkiem udany, bo nikt go nie gnębił i nie miał prawa narzekać, bo bardziej to traktowaliśmy z przymrużeniem oka niż faktyczna próba dokuczenia drugiej osobie. Nabijaliśmy się z wychowawcy i dyrektora, nie z tego ziomka, ale sytuacja idealnie obrazuje co się stanie jak nie skoczysz z mostu.

Możesz być frajerem w grupie, możesz być jedynym ,,normalnym” stwierdziłem, że będę lepszy i aż do szkoły średniej trzymałem się moich zasad. Czego żałuję, bo nikt nie traktował tego jako żartu, a odstępstwa od normy były traktowane jako coś złego i jako przyzwolenie by niszczyć mi życie.

Ogólnie szkoda gadać o tym jak życie moje wyglądało w tamtych latach, bo to temat na oddzielny wpis. W każdym razie, podczas gdy chłopacy trzymali się razem, ja siedziałem na uboczu.

Gdy tak sobie myślę to nie byłem problemem, ani to, że nie skakałem z mostu. Ja po prostu wylądowałem w złym, patologicznym środowisku, gdzie w podstawówce paliło się fajki, piło alkohol, paliło zioło i tłukło się losowych dorosłych i kradło im rzeczy.

Dobrze że taki nie byłem, z drugiej strony to towarzystwo dręczyło mnie, więc mogłem być jak oni, albo skończyć upośledzony psychicznie przez kilkanaście lat. Ciężko stwierdzić dzisiaj co byłoby lepsze. Teoretycznie z problemów psychicznych wyszedłem, a raczej nauczyłem się z nimi żyć.

Tak to powoli się żyło na tej wsi.

I tak było źle i tak było niedobrze, jednak pozostawanie przy swoich zasadach i alienacja wcale mi się nie wydają atrakcyjne po takim czasie. Może trzeba było iść za grupą i się nie przejmować?

Prościej by mi było się odnieść do tego przykładu, gdybym nie wspomniał o kradzieżach, biciach i fajkach w podstawówce, ale nie jest też fajnie leżeć skopanym gdzieś w łazience i zaplutym przez rówieśników, a nauczyciele widząc siniaka pod okiem stwierdzą tylko, że znowu na drzwi wpadłem.

Jednak gdy się nad tym zastanowimy to społeczeństwo, czasy i czynniki niezależne od nas stwarzają normy i to co powinno się robić, by grupa nas zaakceptowała. To co opisałem wyżej, jest nie do zaakceptowania i raczej mało który z was wyobraża sobie, żeby jego dziecko w wieku lat 10 paliło i piło alkohol, ale 100 lat temu takie dziecko mogło już wyjść za mąż i urodzić dziecko jak warunki na to pozwalały i nikt w tym nie widział nic złego. 60 lat temu, byłeś pozerem jak nie paliłeś i szurem jak stwierdzałeś, że to niezdrowe. I mimo że miałeś rację to chciałeś narażać się na kilkanaście lat poniżania i traktowania jak idiotę, bo mówiłeś coś innego i nie szedłeś za tłumem?

Twoje zasady, twoje myśli i honor są dużo warte, dopóki są społecznie akceptowalne, a mało są warte, gdy większość się z nimi nie zgadza, zawsze wtedy będziesz wyrzutkiem, a ludzie cię będą traktować z agresją, nawet jeśli masz rację. 700lat temu z chrześcijańskim miłosierdziem byłbyś nabijany na pal za wygłoszenie tezy niezgodnej z narracją kościoła katolickiego.

Pytanie brzmi wtedy, czy ty jako szaraczek. Człowiek przeciętny powinieneś się tym przejmować? Czy warto dla własnych zasad i tego w co się wierzy iść pod prąd? Niesamowicie dużo to kosztuje wysiłku, a efekty są mierne. Nawet gdy okaże się, że masz rację nikt nie będzie o tobie wtedy pamiętał, a czego się nasłuchałeś i co przeżyłeś nikt ci nie zwróci, no chyba że masz satysfakcję z mówienia samemu do siebie a nie mówiłem! Bo nikt inny cię słuchać nie będzie chciał, bo co z tego, że miałeś rację jak po tylu latach i tak cię wszyscy traktują jak idiotę?

Nie lepiej było skoczyć z tego mostu i mieć spokój? Nie lepiej było podążać za tłumem i mieć wszystko w dupie? Wierzyć komuś innemu, robić to co wszyscy?

Wystarczy wyłączyć myślenie i pozwolić myśleć komuś innemu za ciebie. To takie proste.

#depresja #przegryw #koronawirus #psychologia #szkola


Zobacz: https://lurker.land/post/QZp4IXq_g
Data dodania: 11/30/2021, 2:32:15 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 37

Uwaga, wpis zawiera treści domyślnie uważane za szkodliwe dla społeczeństwa i jednostki. Jeśli jesteś podatny na sugestie i nie potrafisz wyciągać własnych wniosków to lepiej tego nie czytaj.

Znowu będzie o uzależnieniach. Tym razem jednak rozważę to czy są one tak naprawdę szkodliwe i jeszcze raz zwrócę uwagę na przyczynę i skutki oraz ich pomyloną kolejność.

Czasami jest tak, że jakieś zdanie, czy jeden komentarz zmobilizuje mnie do napisania czegoś dłuższego. Jedna iskra, która rozpala cały mój wpis. Nie inaczej było tutaj. Rzuciłem palenie i podałem pod wątpliwość to czy rzucenie faktycznie jest mi potrzebne i co ono mi wnosi. Napisałem także, że więcej zalet widzę w paleniu niż wad. I oczywiście usłyszałem o moim wyparciu, ciężkim uzależnieniu i padł komentarz, który był iskrą:

,,Zrozum – gdybyś nigdy nie palił potrafiłbyś skupić swoje myśli bez problemu i nie potrzebowałbyś do tego szluga. Każdy kto nigdy nie był w to wjebany może to zrobić.”

I bym się może z tym zgodził, gdybym się nie zgadzał. Bo jednak objawy, które opisałem i na które pomogły mi papierosy są ze mną od 12 lat, a palę od 2.

I w sumie dla wielu jest to wygodne. Zwalić winę na coś, a nie na osobę, okoliczności itp. Uświadomiłem sobie, że mój ojciec był alkoholikiem i winą za wszystko mogę obwinić alkohol, bo symptomy, objawy i wszystko inne wskazują na to, że miał z tym problem, jest tylko jeden szkopuł. Nie widziałem żeby pił więcej niż dwa razy w roku…

Ja miałem zawsze problem z nawałnicą myśli i pierwszy epizod mojego tagu pojawił się na długo zanim zacząłem palić. Stres i problemy z rozmawianiem z ludźmi miałem od dawna. Leczyłem się, chodziłem na terapię, brałem leki, które wyrządziły mi więcej szkody niż pożytku, a potem zacząłem palić…

Stres się zmniejszył, byłem bardziej rozluźniony w towarzystwie, łatwiej mi się rozmawiało i stałem się bardziej towarzyski. Odstawiłem leki i głupia nikotyna pomogła mi bardziej niż 10 lat ,,zdrowego” podejścia do tematu. Jednak potrafię usłyszeć, że fajki są problemem, ale jak tłumaczą tę prostą zależność:

Objawy odstawienia mam od 12 lat, a palę od 2.

To jest to ignorowane, bo nie pasuje w ogóle do narracji drugiej strony i każdy patrzy na mnie jak na idiotę.

Inny przykład. Od podobnego okresu czasu, mniej więcej w tym samym okresie bolała mnie głowa. Zaczęło się to 12 lat temu, a wtedy ćwiczyłem intensywnie, zdrowo się odżywiałem, nigdy nie miałem papierosa w ustach (podkreślam: NIGDY!) nie piłem alkoholu. Ból głowy był uciążliwy, ale mijał, chociaż z każdym rokiem był gorszy. Dopiero w tym roku przebadałem się na to, bo ból był uciążliwy, ale ktoś z mojego otoczenia stwierdził, że to wina fajek.

No fajnie, tylko że palę dwa lata, a ból mam tak samo 12 lat…

Pogadamy jak rzucisz… -.-

Oczywiście to ja się wypieram, gadam głupoty i mam problem, a każdy ignoruje to co mówię, więc oczywistym jest, że nie mam ochoty na ten temat dyskutować, a jak ktoś chce mnie przekonać to niech odniesie się do moich argumentów, a nie po raz kolejny mi będzie rzucał puste hasła i cytaty z innych artykułów i porównywanie mnie do ciężko uzależnionych osób, bo niby sobie tłumaczę. Odnieście się do tego co napisałem do tej pory, w przeciwnym razie nie będzie mi się chciało dyskutować na ten temat. Zlewasz mnie i traktujesz z góry. Nie mam zamiaru rozmawiać i przyjmować twoich argumentów. Proste.

I naszła mnie taka myśl, odnośnie uzależnień. Tak naprawdę od wszystkiego możesz się zniewolić i uzależnić. Od wszystkiego. Od swojej partnerki/partnera, od porno, masturbacji, seksu, zakupów, jedzenia, siłowni, joggingu, czytania, kradzieży w sklepie, adrenaliny etc. Etc.

We wszystkim tak naprawdę musisz znaleźć balans i wiedzieć ile możesz robić konkretnej rzeczy, żeby nie przesadzić. Jeść musisz, ale jak będziesz jadł za dużo to przytyjesz i będziesz podatny na choroby, a także ciężko będzie ci się opanować, żeby jeść mniej. Alkohol raz na jakiś czas jest dobry, jednak picie na umór prowadzi do poważnych konsekwencji zdrowotnych i psychicznych. Masturbacja jest dobra, ale jak bijesz niemca po kasku 5 razy dziennie to masz problem. To samo ze wszystkim.

I w sumie tak sobie myślę, że żyjemy w ciekawych czasach, gdzie każda potrzeba może zostać zaspokojona szybko i sprawnie i nie zajmuje ci to myśli. Oczywiście z jednej strony jest to złe, ale jednak nie każdy może zaspokoić swoją potrzebę w inny sposób i musi osiągnąć ten substytut, bo inaczej mózg cię zniszczy domagając się tego.

Jeśli na przykład mamy przedstawiciela klasy robotniczej zwanej #przegryw który hipotetycznie poza pracą nie ma nic i podjął działania, które miały na celu mu pomóc wyrwać się z tego dołka. Na przykład poszedł na siłownię, nofapchallenge już 100 dni, próbował rozmawiać z ludźmi, założył tindera, poszedł do psychiatry, na terapię i w ogóle obrócił swoje życie o 180 stopni. Poświęcił dużo czasu, wysiłku i robił to co dokładnie mu tutaj polecali.

BTW. Ja się słuchałem tych rad i nie polecam, bo wszystkie się gówno warte okazywały, a potem tylko słuchałem, że za mało się staram a jak zacząłem robić na odwrót i przestałem słuchać dobrych duszek to znalazłem swoją równowagę.

A teraz wracając do tematu i mimo wszystko (a bardzo prawdopodobne, że tak było) nie przyniosło to rezultatów to co taka osoba ma zrobić? Oczywiście usłyszy że za mało się starała i to może potrwać nawet tyle, że całe życie mu nie starcza, więc życie to będzie nieustanna walka o coś czego nigdy nie będzie miał. To może czas podejść do tematu trochę inaczej?

Uważam, że nie nauczysz głodnego zasad przy stole. Jak ktoś jest głodny, a ty go uczysz zasad. TJ. Ubierasz go, sadzasz, tłumaczysz mu co i jak, a on ledwo cię słucha, bo nie jadł już trzy dni i aż się trzęsie z głodu, a ty mu tłumaczysz jak ma się zachować, który widelec wziąć w którą rękę, a jak przychodzi jedzenie to nie potrafi się opanować i rzuca się z rękoma na to i zaczyna pożerać zawartość talerza.

Patrzysz z dezaprobatą, ale nie potrafisz zrozumieć jego sytuacji. Wystarczyłoby nie jeść kilka dni, żeby zrozumieć jego położenie. Wolisz jednak patrzeć z góry i nabijać się, że on nawet nie chce poprawy swojej sytuacji.

Jak można komuś powiedzieć, że jak nie będzie pałować wiplera to znacznie to wpłynie na poprawę jego sytuacji. Tak jakby ten najedzony, który uczy zasad tego głodnego powiedział mu, że post dobrze mu zrobi. Nie ma nic lepszego jak koleś, któremu sperma uderza do mózgu i niemal ślini się na widok kobiety. Strasznie to pociągające i wróżę wielu sukcesów takim ludziom, którzy nie potrafią trzeźwo myśleć i tylko myślą o tym, żeby zamoczyć kija, bo ich problemy wtedy magicznie znikną.

Nie znikną, ale dobrze jest mieć cel, którego nigdy się nie osiągnie i słuchać najedzonych ludzi, którzy proponują ci pokutę. Świetnie!

Napisałem to w jednym z moich wpisów: https://lurker.land/post/hLhz5ZJEY (Uzależnienia to skutek, a nie przyczyna problemów), więc jak ktoś chce się dowiedzieć więcej, albo chce zrozumieć mój punkt widzenia to niech leci i przeczyta, inaczej cały wydźwięk tego wpisu może nie mieć sensu.

Nie każdy z nas jest w stanie zaspokoić swoje potrzeby. Niektórzy nawet nigdy nie zaznali żadnej bliskości od drugiej osoby, nawet swojej matki i ciężko takiej osobie zbudować zdrowe relacje. Jednak gdy taka osoba nie potrafi sobie poradzić i na przykład gra w jakieś mmo i rozmawia na ts z obcymi osobami, żeby choć trochę zaspokoić swoje potrzeby interakcji z ludźmi. To nie uważam tego za coś złego. Złe jest wmawianie mu, że to jego wina i jak przestanie to nagle wszystko się poprawi. Alkoholik przestanie pić, a rzeczywistość nadal będzie okropna i wróci do tego. To samo z narkotykami, papierosami etc.

To problemy powodują uzależnienia. Jedyny sposób, żeby móc sobie z nimi poradzić i jakoś złagodzić ból. Samo rzucenie nałogu nie pomoże gdy zakrywają one problemy, bo one po prostu wychodzą. Jakoś osoby, które mają dobre życie i nie mają większych problemów raczej nie myślą, żeby popadać w używki, nawet im to do głowy nie przychodzi, a im ktoś ma większy bagaż emocjonalny tym bardziej w uzależnienia popada.

I może te uzależnienia, w odpowiednich ilościach nie są złe? Skoro nie możesz zaspokoić popędu seksualnego to ulżyj sobie? Ciężko ci nawiązywać relacje to wejdź i pogadaj z randomami, żeby mieć tę cząstkę kontaktu z innymi? Zapal sobie na odstresowanie. Zrób wszystko, żeby móc w miarę normalnie funkcjonować, żeby twoje braki i niemożność zaspokojenia pragnień cię nie paraliżowała. Zrób co musisz, żeby żyć i móc chociaż wstać i iść do pracy, a z uzależnieniami sobie poradzisz jak już będziesz wstał i szedł.

Bo nie sztuką jest wstać i się przewrócić. Sztuką jest iść.

#wychodzimyzprzegrywu #depresja #palenie #nofapchallenge #zaburzeniaosobowosci


Zobacz: https://lurker.land/post/TFPoWdVT3
Data dodania: 11/29/2021, 7:29:36 PM
Autor: wokulski

Nie palę już prawie 11 dni. Brakuje mi tego, ale dałem sobie postanowienie, że wytrzymam conajmniej do stycznia podczas gdy inni będą nieudolnie rzucać znowu palenie jako postanowienie na nowy rok.

Ja zapalę.

Albo tak się oszukuję, żeby dać sobie czas, albo naprawdę to zrobię. W każdym razie każdemu mówię, że rzucam do stycznia, a potem zobaczę. W ten sposób mam mobilizację, że wytrzymam chociaż ten miesiąc i byłby wstyd jakbym do tego wrócił, bo miałbym tak słabą wolę…

Poza tym przypomniałem sobie i dziewczyna też, dlaczego ostatnim razem rzucanie mi nie wyszło. Nie dlatego, że nie dawałem rady, albo stało się coś stresującego. To był mój wybór. Pisząc rachunek zysków i strat wyszło mi, że palenie daje mi więcej korzyści niż wad.

Każdy po tym patrzy na mnie jak na idiotę jednak wy trochę w tej społeczności mnie znacie i myślę, że jesteście w stanie mnie zrozumieć.

Dymek to forma resetu dla mojego wiecznie zestresowanego mózgu. Przerwa w pracy. Zajęcie czymś moich myśli, które zawsze lądują w nieciekawych miejscach. Papieros w ręku, wyciszenie i zajęcie myśli. Chyba tylko przy papierosie jestem w stanie docenić co mnie otacza, bo tak mój mózg jest bombardowany pierdołami bez znaczenia, a dym osłabia mój umysł i skupiam się na tym co jest tu i teraz.

Zresztą jak masz depresję. Nic ci nie pomaga, a jak zaczynasz palić paczkę dziennie i nagle zaczynasz funkcjonować to swoje zdrowie i pieniądze uważa się za małą cenę. To co wydałem na leki i lekarza było na tym samym poziomie.

Ostatnio jednak przestały mi pomagać i jedyne co z nich zostało to przerwa w pracy i bardziej paliłem po to, żeby zająć czas.

Czułem się jakbym miał ADHD i jakakolwiek wolna chwila pomiędzy jedną czynnością, a drugą wymagała zajęcia tego czasu.

Subiektywnie, więc uznałem, że przestały mi pomagać, jednak jak miałem to sprawdzić i jak sprawdzić czy to na pewno to?

Ogólnie też dużo w tej kwestii miał wpływ mój lekarz, który stwierdził, że łatwo wpadam w uzależnienia i ciągle chce coś innego.

Bo albo gram, albo szukam innych używek.

Dziewczyna stwierdziła, że gada głupoty i po półtora roku abstynencji, wróciłem do grania w tibię, bo to była jedyna gierka, która dawała mi radość i miałem z nią dobre wspomnienia. Dobrym jest też zamiennikiem dla fajek, bo gdy gram to zajmuje myśli i ręcę, a przy okazji odpalam sobie podcasty w tle, żeby sobie ich posłuchać, więc czas nie jest aż tak zmarnowany jak się wydaje. 5 lat temu w poprzedniej pracy lubiłem słuchać audiobooków w trakcie pracy i nikt nie miał z tym problemu, że ciągle je miałem na uszach. Nie nadążałem wtedy z tytułami. Jednak odkąd w Polsce pracuję, to już nikt słuchawek nie pozwala mieć, a czułbym się dziwnie puszczając audiobooka z głośnika. Muzyki w ogóle nie słucham.

W każdym razie nie wierzę, że miałbym problem z uzależnieniami. Jednak jak mam to udowodnić sobie, albo lekarzowi, który z jakiegoś powodu twierdzi, że to jest mój problem? Może wyciągnę któryś z moich wpisów z smiecizglowy i mu pokażę ten o tym że uzależnienie to skutek, a nie przyczyna problemów?

I że siedząc w patologii, samemu gry to były jedyny sposób na wyrwanie się z chujowej sytuacji? Odkąd jednak mam w miarę normalne życie, dziewczynę itp jakoś sobie radzę i nie zaniedbuję niczego, co jest mi powierzone. Nigdy nie poszedłem do pracy, bo na przykład mi się nie chciało, albo miałem ochotę pograć. Nigdy nie zaniedbałem obowiązków, zawsze wstawałem gdy była taka potrzeba i robiłem to co miałem do zrobienia. Podług wielu ludzi to uważam się za w miarę systematycznego człowieka i staram się taki być.

Jak powiedziałem że do stycznia nie zapalę, to nikt tego nawet nie podał w wątpliwość tylko przyjął to jak prawdę objawioną, bo zawsze dotrzymuję słowa.

Jak ważyłem 120kg, stwierdziłem że przebiegnę maraton i prędzej mnie karetka stamtąd zabierze niż zejdę z toru to ludzie wokół mnie przekonywali mnie, że to żaden wstyd nie skończyć maratonu i w razie czego żebym przerwał.
Padłbym a bym go nie przerwał. Przebiegłem go oczywiście. Byłem 900 z 1000. Dostałem medal za udział i jest on dla mnie ważny i ważniejszy od innych, które miałem. Mimo że trzy lata trenowałem wyczynowo inny sport. Codziennie robiąc po dwa treningi dziennie i mam gdzieś w szafie medale z Mistrzostw Polski to leżą i się kurzą, a większą wartość ma dla mnie medal za udział w maratonie

I w sumie to nie miało być takie długie, a jedynie chciałem poinformować, że jest dzień 11 (prawie) i mam się dobrze, a wyszedł znowu jakiś wywód, który nie nadaje się na epizod, a szkoda mi go zostawić gdzieś w odmętach profilu, więc:

#smiecizglowy
#depresja #chwalesie #wygryw #palenie #papierosy


Zobacz: https://lurker.land/post/9SeCYazla
Data dodania: 11/2/2021, 11:37:30 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 36

Natknąłem się na wpis kogoś kto był bardzo oburzony rocznikami 2000+ i wylewał swoje myśli. Że to stracone pokolenie, potrafi tylko brać i nie wymyśla nic nowego. Non stop sequele, ciągłe mielenie tego samego i stagnacja. Wściekłość się wylewała z tego wpisu. Czy to z zazdrości, bezradności czy po prostu braku akceptacji na otaczający nas świat. Jeden komentarz jednak trafił tak bardzo w punkt, że zainspirował mnie to napisania kolejnego epizodu:

,,Przecież to wy tworzycie treści, które oglądają te roczniki!”

Idealnie!

Schemat stary jak świat, aktualny zawsze i wszędzie w każdej epoce, erze etc. Dziadki napędzają gospodarkę, rodzice utrzymują tempo, a dzieci wszystko przepijają, a potem koło się toczy dalej, bo trzeba nadrobić to co dzieci przepuściły, a zawsze jest tego więcej niż wypracowały poprzednie pokolenia, bo nikt nie myśli zacisnąć pasa i nie widzi nadchodzącego kataklizmu spowodowanego tym roztrwanianiem zasobów, które są ograniczone. Jesteśmy na ostatniej prostej i czekają nas ciężkie czasy, jednak większość nawet nie dopuszcza do siebie tej myśli i tylko można usłyszeć jakoś to będzie!

Jak zarabiasz 3k miesięcznie i wydajesz 5k to ile czasu pociągniesz jakoś to będzie, zanim przyjdzie kataklizm? Wiecznie żyć na kredycie nie będziesz, a gdy przyjdzie czas to spłata długów, będzie bardzo dotkliwa.

Mówię o skali globalnej, a nie o Polsce, bo to zupełnie inny przykład, ale zachód jest już tak zadłużony i tak przepił wszystkie pieniądze, że i tak to odczujemy, a my i młodsze pokolenie, jesteśmy przesiąknięci kulturą zachodu i tego przepijania kasy, której nie mamy.

Oglądanie życia innych ludzi i ciągły pęd za pieniędzmi sprowadziły na nas zgubę. Żyjemy z miesiąca na miesiąc, żeby ledwo wiązać koniec z końcem, a wielu z nas ciągnie jeszcze nadgodziny, by coś z tego życia mieć i kupować nowe rzeczy, które w dłuższej perspektywie nic nam nie dają. Kupujemy nie dlatego, że jest nam to potrzebne, ale dlatego że fajnie się czujemy gdy to kupimy.

Nie skupiam się na indywidualnych przypadkach, tylko na ogółu społeczeństwa. Jeśli czujesz się urażony, bo to nie o tobie to chciałbym tylko powiedzieć, że tak robi większość i tworzy ci rzeczywistość jaką masz wokół siebie.

Wszystko skomercjalizowane i nastawione na pewny zysk. Nikt nie chce ponosić ryzyka. Tylko żeby było jak najprościej, najtaniej i dawało jak największe zyski. Po co tworzyć coś nowego, skoro stare dobrze się sprzedaje? A po co ryzykować i próbować czegoś nowego, jak stare znamy i działa? Ludzie mimo wszystko nie lubią zmian i bardziej zależy im na bezpieczeństwie i stabilności niż na rozwoju.

Dzieci to taki reset starych już umysłów, które nie chcą nic zmieniać. Nowe pokolenie zawsze chce zrobić na odwrót niż ich rodzice i się buntują na porządek, którego nie akceptują i którego nie tolerują. Bunt dla samego buntu wobec starych zasad. Wy macie swoje, my chcemy zrobić wszystko inaczej. Zawsze to wiąże się ze zmianami, których starsi nie akceptują i próbują stłamsić młode pokolenie i zostawić wszystko tak jak jest. Bo mimo iż nawet stary porządek jest do dupy to jest on znany i wiadomo czego się po nim spodziewać, podczas gdy nowy porządek to zawsze niespodzianki.

Nasze szkraby jednak są głupie i mało doświadczone. Nie mają doświadczenia i wiedzy, która może im pomóc zrozumieć, że ich pomysły mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Trudno o rozsądek, gdy hormony buzują i jedyne czego chce młody umysł to zmiany, niekoniecznie na lepsze, ale byle się coś działo.

Stare dziady, stojące na górze robią wszystko by tego porządku nie zniszczyć. Stagnacja i brak zmian to dla nich bezpieczeństwo i stabilność, której brakuje przy zmianach. Z jednej strony dobrze, z drugiej niedobrze, bo zmiany są potrzebne, ale niosą za sobą konsekwencje, które nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć. Póki można, trzeba nakierowywać młode pokolenie, a potem tylko obserwować co z tego wyniknie.

To rodzice są odpowiedzialni za rozwój młodego pokolenia. Nie gry, telewizja, muzyka czy filmy. RODZICE! Nigdy ich to nie zwalnia z odpowiedzialności za swoje pociechy. Gdy przychodzi czas na zmiany i bunt jest już za późno na wychowywanie i prawienie morałów. Kiedyś usłyszałem, że dzieci wychowuje się do 15 roku życia, potem już jest za późno. Jeśli wygodniej było włączyć dziecku tableta, dać telefon zamiast się nim zająć i poświęcić czas to nie dziw się potem, że te media go wychowały, a nie ty.

Korporacjom nie zależy na dobru twoich dzieci, jedynie na własnym i korzyściach z tego płynących. Nic więcej. Nimi rządzą stare dziady, lubiące stary porządek i stagnację, a nie ma nic lepszego niż wychować sobie klienta. Tak jak kiedyś religia tworzyła wyznawców, tak teraz korporacje tworzą sobie własnych. Proste!

Znowu rodzice zostawią dzieci samych sobie, bo tak wygodniej i mają więcej czasu dla siebie. Dadzą pieniądze. Dziadki sypną kasą jak wnuczek przyjedzie, a w międzyczasie będzie bombardowany treściami: kupuj, szpanuj, wydawaj. Mało kto poświęci czas dziecku i wielu ludzi nie dorosło, żeby ich nauczyć skąd się pieniądze biorą, ani ile to pracy kosztuje. Przecież rodzice dadzą, dziadkowie dadzą, rząd da i ogólnie to każdy ci da, wystarczy wyciągnąć rączki do góry i brać.

Większość takich dzieci, przeżywa szok gdy idzie do pierwszej pracy, jeśli w ogóle pójdzie i okazuje się, że ktoś coś od nich chce. Pracodawcy teraz wolą starszych pracowników, bo młodsi zaczynają lecieć w kulki i nie przychodzą, albo przesiadują na telefonie etc. (Ponownie powtarzam, że skupiam się na ogóle)

Przykład z mojej aktualnej pracy: Zarobki i perspektywy są dobre jak na moje miasto, mimo fizycznej pracy. Jest sporo czasu na wdrożenie się, a jedyne co musiałem robić na początku to po prostu być i robić. Nie można nikogo znaleźć na te stanowisko, a jak ktoś przychodzi to rezygnuje po kilku dniach, bo za ciężko, niebezpiecznie, on nie wiedział, że będzie musiał robić te 7,5h. Inny przyszedł i połowę czasu siedział na telefonie przy maszynie. Wierzcie mi, że to nie Januszex, ani kołchoz, a miałem okazję w takich pracować, a w miarę normalna praca i jak nigdzie indziej nawet dostałem pochwały za to że nie mam wszystkiego w dupie…

Potem ci młodzi wracają do domów i mówią, że ich tam nie chcieli, albo praca zbyt niebezpieczna, albo za ciężka. Jednak to ich nie motywuje do zmiany. Pójdą na studia? Rozwiną się? Poszukają innej pracy, albo wyjadą? Nie! Póki mogą brać to biorą.

Tego są nauczeni i to robią. Tak jest prościej i nie myślą o konsekwencjach, a rodzice nagle są bezradni, bo jedyne co mogą zrobić w tej sytuacji to wyrzucić go na bruk. Jednak co ludzie powiedzą? Jak tak można, swoje dziecko wyrzucić z domu?

Coś dobrego jednak wyniknie z takiego postępowania: skończy się ten wszechobecny kult zapierdolu i pracodawcy zmniejszą oczekiwania i wymagania na stanowisko pracy, kiedy starzy pracownicy odejdą, a ktoś robić będzie musiał. Stary pracownik robił robotę za trzech, a teraz będzie ich potrzeba trzech, żeby go nadrobić.

To tylko przykład. Niekoniecznie, który może się sprawdzić i prędzej doczekamy czegoś innego, jednak mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.

Podsumowując: To rodzice są odpowiedzialni za wychowywanie i wpajanie wartości dzieciom, jeśli tego nie zrobicie zrobi to ktoś inny, a jedynymi osobami, którym zależy na dobru dzieci, są jego rodzice! Każdy inny, będzie szukał tylko zysku i tego jak najwięcej ugrać na zaniedbanym młodym pokoleniu. To starsze pokolenie stworzyło warunki do życia jakie teraz mają roczniki 2000+ nie można ich winić za to w jakich warunkach dorastali. Nie można im powiedzieć że byli kowalami własnego losu, bo tak nie jest. Życie ich samo doświadczy, bo nie zostali na to przygotowani i czeka ich wiele rozczarować i to będzie wasza wina! Zanim to wszystko zrozumieją, będzie za późno i nadejdzie kolejne pokolenie, które będzie musiało to piwo wypić. Wtedy koło ruszy od nowa.

#dzieci #rodzice #przemyslenia #tworczoscwlasna


Zobacz: https://lurker.land/post/xkyumkD-7
Data dodania: 10/26/2021, 8:34:36 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 35

Czy ludzie są z natury dobrzy?

Wiele sytuacji z życia, historii oraz obserwacji nie pozwala mi się zgodzić z tą tezą i myślę, że prawidłową odpowiedzią na to pytanie jest ludzie po prostu są.

I tyle, a teraz lanie wody, żeby rozwinąć bardziej moją myśl.

Powiedzcie mi, czy natura jest zła? Dobra? Silniejszy pożera słabszego, lew zabije i zje antylopę. Czy to znaczy że drapieżnik jest tym złym? W końcu przecież zabija słabszego, żeby samemu nie zginąć.

Bambinizm w ludziach, który wytworzył się po seansie filmu Bambi i który pojawił się po premierze tejże animacji sprawił że wielu ludzi było przeciwko myśliwym, zaczynały powstawać ruchu by bronić bezbronne zwierzęta etc. Jednak ludzie ci żyli z klapkami na oczach, wierząc że natura jest dobra, zwierzęta mają uczucia i po prostu nadawali cechy ludzkie zwierzętom (antropomorfizacja). Paru ludzi się na tym przejechało, kiedy te bezbronne zwierzęta broniąc się przed ludźmi, robiły im krzywdę. Natura po prostu jest, nie jest dobra ani zła. Zwierzęta robią to co każe im robić instynkt, a zasada jest prosta: Przeżyj. Wszystkie decyzje są podejmowane w myśl tej zasady. Zwierzęta to zrobią poprzez ucieczkę, albo postawione pod murem zaczną się bronić na swój sposób. Wyjątkiem jest kiedy samica broni młode, wtedy stawia ich życie wyżej nad swoje i broni potomstwo za wszelką cenę.

Znacie pastę o biedronce? Trochę prześmiewcza, jednak ukazuje proste zachowania tegoż owada. Przypomina to prosty program. Uproszczę to:

1. Szukaj najwyższego punktu.
2. Leć.
3. Gdy wylądujesz wróć do punktu 1.

I tak w kółko i w kółko. Jak wyląduje na płaskim stole to zatrzymuje się na punkcie 1 i może umrzeć z głodu, bo nie znajdzie najwyższego punktu. Zwierzęta są bardziej zaawansowane, a ludzie. No właśnie. My to już w ogóle mamy tak rozwinięty system, że rozpisać go w krótkim tekście nie da rady, jednak trzeba mieć to na uwadze, że mimo iż wydaje nam się, że jesteśmy wyjątkowi to jednak każdy z nas jest jednym z wielu i wiele kopii tylko ciebie jest conajmniej kilka na tym świecie.

Człowiek jako istota rozumna i świadoma swojego istnienia jest po prostu bardzo skomplikowana i bardzo wiele czynników wpływa na rozwój i kształtowanie naszego charakteru, chociaż pierwotne instynkty są nadal bardzo silne i przewyższają wszystko inne w naszym ciele.

W przeszłości słyszałem wiele razy tekst, że różnimy się czymś od zwierząt. Bo zachowujemy się przy stole, bo kochamy, bo nie sramy pod siebie i to i tamto. Nie zgadzałem się wtedy z tym i nie zgadzam się też i teraz. Każdą cechę jaką mamy, jestem w stanie przypisać do jakiegoś zwierzęcia. Nie ma czegoś takiego, że zwierzęta nie czują, albo nie nauczysz ich zasad przy stole. Wszystko jest możliwe, wystarczy poświęcić i czas i energię na tresurę, a niektóre z tych cech, są już wrodzone.

To co nas odróżnia od zwierząt co sprawia, że jesteśmy wyjątkowi to nasza zdolność do wprowadzania innowacji i ciągłego rozwoju. Jak małpie pokażesz, że jak wsadzi kij w mrowisko to może z niej wyciągnąć smakowite mrówki, wtedy pokaże to innym małpom i jak wrócisz za dwa tysiące lat to dalej będą wsadzać ten kij w mrowisko i dalej będą te mrówki jeść.

Jeśli pokazałbyś to naszemu praprapra(..)pra przodkowi, to gdybyś wrócił za kilka lat to mógłby już założyć farmę z mrowiskami, kije by były jakoś specjalnie przygotowane, żeby przyciągały więcej mrówek etc. Małpa ciągle będzie robić to samo, podczas gdy człowiek cały czas będzie się rozwijał i coś zmieniał. I tak w kółko i tak w kółko. Wymyśliłby potem coś, że już by tych mrówek jeść nie musiał, bo podczas tej innowacji, wpadłby na coś tak przełomowego, że jedzenie mrówek nie będzie potrzebne.

I w tym wygrywamy i w tym jesteśmy najlepsi. Nasz spryt wygrał i jesteśmy teraz na szczycie łańcucha pokarmowego.

Po części zawdzięczamy to też naszemu lenistwu i ciągłemu pragnieniu, żeby robić sobie jak najlepiej jak najmniejszym kosztem. Zapraszam do mojego wpisu: Lenistwo to cnota.

Mimo wszystko jednak to nie sprawia, że jesteśmy nieprzewidywalni, albo indywidualni, ani dobrzy ani źli. Gdybym miał wierzyć w przeznaczenie to nie wierzyłbym w to, że wszystko już zostało zapisane. Nie. Bardziej wierzyłbym, że gdyby wziąć pod uwagę wszystkie czynniki, obserwacje, otoczenie etc, etc. Bylibyśmy w stanie przewidzieć co stanie się z naszym społeczeństwem za 100, 1 000, albo nawet 1 000 000 lat. Ogólnie człowiek jako indywidualna jednostka jest ciężka do przewidzenia. Ciężko przewidzieć co zrobi jedna osoba nawet gdy znasz jej historię, otoczenie i charakter. Zawsze może cię czymś zaskoczyć.

Jednak gdy obserwujesz grupę 1000 osób, masz większą szansę przewidzieć co zrobią.

Wracając. Ciężko przewidzieć co zrobi jedna osoba, ale to wcale nie jest niemożliwe. Wierzę, że każdego człowieka można przejrzeć i przewidzieć jego zachowanie i działanie na wiele lat do przodu, oczywiście nie uwzględniając czynników losowych niezależnych od niej samej.

Gdyby obserwować człowieka od dnia jego narodzin i poznać go dogłębnie i wyeliminować wszystkie czynniki losowe, jakie mogą na niego wpłynąć, to niewiele by się różnił od zwierząt. Miał by prosty, choć długi wzorzec zachowań i działań jakie podejmie. Byłbyś w stanie nawet wiedzieć o czym w danym momencie myśli.

To moja hipoteza niepoparta niczym poza moim filozoficznym myśleniem, która jest niemożliwa do sprawdzenia i drugi człowiek nie byłby w stanie tego przeanalizować w odpowiedni sposób, może kiedyś zrobi to jakaś maszyna.

Jeszcze przed poczęciem przygotowywany jest grunt dla nowego życia. To jakie geny dostanie od rodziców, jak jego matka będzie się zachowywać w ciąży i jak o siebie dbać oraz to w jakim środowisku będzie dorastał. Choroby genetyczne etc. Jeszcze zanim się urodzisz to twoje życie jest już w pewnym sensie przesądzone i na tym etapie, już można przewidzieć jak teoretycznie będzie wyglądać twoje życie. Oczywiście czynniki losowe uniemożliwiają to, ale możemy gdybać, bo dziecko się urodzi martwe, bo matka je zabije. Dozna nieodwracalnej kontuzji i tak dalej i tak dalej.

Pomińmy czynniki losowe i nie uwzględniajmy ich dalej.

Dziecko nasiąka wszystkim co się dzieje wokół niego. To kim będzie i to kim się stanie jest uzależnione od wielu czynników niezależnych od niego. To rodzice kierują dziecko, a ci sami rodzice byli kierowani przez swoich rodziców, a oni przez swoich i tak dalej. Życie tego dziecka zostało przesądzone już wiele lat wcześniej.

Uproszczę jak z tą biedronką.

Jeśli dziecko ma w rodzinie alkoholików to sam stanie się alkoholikiem, ewentualnie zostanie DDA, może również wybić się z toksycznej relacji i żyć jako zupełnie inny człowiek. Lub wszystkiego po trochu. Alkohol w rodzinie, przemoc psychiczna i fizyczna odciska na dziecku duży wpływ, który może potem być bagażem na całe życie i kierować człowieka w codziennych zachowaniach.
Jeśli dziecko urodzi się w pobożnej rodzinie to albo nasiąknie wiarą, albo się zbuntuje.
Jeśli w dobrej rodzinie, dbającej o jego wykształcenie to wystartuje z lepszym doświadczeniem, dostanie pracę po znajomości, albo się zbuntuje i nie skończy żadnej szkoły.

To jest OLBRZYMIE uproszczenie, bo kombinacji i możliwości jest wiele, ale jest to skończona ilość i nawet głupia niepozorna sytuacja może wpłynąć na wynik. Dziecko DDA może któregoś dnia pójść do sklepu po bułki i nagle jakaś sytuacja go odmieni, że strzeli swoim rodzicom w głowy jak będą spali.
Pobożny dzieciak może zostać wykorzystany przez dorosłego i przestać w Boga wierzyć, nieważne jak rodzice się starali.
Z dobrej rodziny, pewnego dnia pójdzie na wagary i pozna Joasie, której imponuje idiota Seba, bo ma duże muskuły i małe IQ.

ITP ITD.

Moralność, dobro i zło to wszystko kwestia czasów i filozofii, oraz tego co stanowi prawo, lub propaganda, którą ci wciska rząd, rodzina, kościół, koledzy i kto tam jeszcze jest. Teoretycznie nieskończona, ale jednak mająca ograniczenia ilość możliwości mogących wpłynąć na postrzeganie świata i tego kim jesteś.

Więc jesteśmy dobrzy, albo źli? Czy ktoś kto kradnie jest dobrą czy złą osobą? Pewnie osąd też zależy od jego motywacji. Bo kradzież dla sportu jest teoretycznie zła, a jak kradniesz, bo nie masz innej możliwości przeżycia to jest to teoretycznie złe?
Pedofile, gwałciciele, seryjni mordercy też zostali ukształtowani w pewien sposób przez czynniki, które były niezależne od nich. Psychopaci, zazwyczaj przeżywali traumę w dzieciństwie i nie mieli na to wpływu. Nie usprawiedliwiam ich zachowania, bo są rzeczy złe i okrutne robione tylko dla własnej satysfakcji i jest to jedyna rzecz, którą uważam za naprawdę złą (subiektywnie) poświęcanie lub niszczenie życia kogoś innego, żeby samemu polepszyć sobie samopoczucie.

Bo nie jesteśmy bezmyślni i jako jednostki jesteśmy naprawdę wyjątkowi przez mnogość kombinacji.

Są jednak zasady, które każdy z nas przestrzega, by nie powstał chaos, a im więcej nas na ziemi tym bardziej nasza indywidualność jest zabijana na rzecz ogółu i robimy to co możemy żeby przeżyć kolejny dzień…

Czy robienie rzeczy złych naprawdę jest złe, jeśli robimy to żeby przeżyć? Jesteśmy dobrzy czy źli?

#przemyslenia #przemyslenia #tworczoscwlasna #moralnosc


Zobacz: https://lurker.land/post/uXLavmRwC
Data dodania: 10/23/2021, 9:04:20 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 34

Jaki jest wasz cel w życiu? Co was napędza i pozwala przeżywać kolejny dzień? Dlaczego warto żyć?

Teraz to ja was pytam, bo coraz bardziej i bardziej mi to dokucza i męczy. Od lat to słyszę od lekarza, rodziny, dziewczyny etc. I nadal nie mogę go znaleźć, ani nawet nie czuję, że jestem blisko.

Miałem kiedyś cel. Chciałem wynieść się z domu, zamieszkać sam i żyć tak jak chcę. Nie definiowałem wtedy jeszcze co dla mnie znaczy żyć tak jak chcę, ale miałem się tym martwić później, a zresztą nie wiedziałem, że to będzie dla mnie problemem w przyszłości. Dużo prawdy jest w stwierdzeniu: Po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni.

Wyjechałem z tego kraju, bo wiedziałem, że jako samotny kawaler nie będę w stanie się utrzymać w Polsce i czeka mnie tu marny żywot. Czynniki zewnętrzne zmotywowały mnie do olania studiów, na które się dostałem, bo nie byłbym w stanie uczyć się, pracować i siedzieć w domu rodzinnym, Plan był prosty. Usamodzielnić się, złapać języka i rozpocząć studia za granicą. Brzmiało prosto, jednak przy realizacji napotkałem wiele problemów i w końcu zrealizowałem tylko jeden cel. Usamodzielniłem się, wynajmowałem mieszkanie, miałem auto i stabilną pracę, jednak język był na kiepskim poziomie, a fobia społeczna nie pomagała mi w ogarnianiu swojego życia. Mimo że za granicą ludzie byli jacyś inni, milsi i bardziej życzliwsi to jednak lata robienia miazgi z mojej głowy nie pozwoliło mi się otworzyć i po trzech latach pracy w jednym zakładzie, za dużo o innych ludziach nie wiedziałem i zamienialiśmy słowa raz na miesiąc. Byłem w stanie rozmawiać, załatwiać sprawy urzędowe i iść do lekarza bez tłumacza, jednak kosztowało mnie to dużo wysiłku i przygotowań. Wyjście z domu to była masakra i musiałem kilka dni przed się nastawiać psychicznie.

Szybko zrozumiałem, że nie dam rady pracować i się uczyć. Przez kilka miesięcy było dla mnie katorgą poświęcać godzinę na naukę po pracy. Byłem samoukiem. Kupiłem jakieś książki, odpaliłem tutoriale na youtubie i bawiłem się w programowanie. ,,Bawiłem” bo dawało mi to jakąś frajdę i przyjemność, jednak wracałem zawsze zmęczony i ciężko było mi się skupić. Słuchałem internetowych guru, rady innych użytkowników i tak starałem się robić co w mojej mocy i na ile mi okoliczności pozwalały na naukę, rozwój etc. Uczyłem się języka co szło bezskutecznie i mimo że rozumiałem wszystko co się do mnie mówi to miałem problemy z mówieniem i pisaniem. Byłem jak niemy.

Ogólnie za wszystko co się brałem, potem traciłem siły i chęci na robienie tego. Póki były chęci, byłem w stanie coś robić. Gdy jednak ich zabrakło nie było nic co mogło mnie zmotywować.

Znowu leję wodę, a wyjątkowo chciałbym przejść szybciej do sedna.

W każdym razie po moich niepowodzeniach, trudnościach i ze zrytą głową, musiałem wrócić i ponad półtora roku leżałem w domu, grałem i w ogóle nie robiłem nic. Wszystko to i tak było bez sensu, zawsze nie daję rady, zawsze coś mi nie wychodzi, a nawet jeśli to po co to wszystko?

Życie jest nijakie. Nic co robię nie ma sensu i nic dobrego mnie nie czeka. Po co się męczyć, jak mogę zagrywać się w mmo, z ludźmi przy których nie aktywują się moje lęki i mogę spokojnie żyć i zajmować czas do mojej śmierci.

Z apatii wyciągnęła mnie moja przyjaciółka, która potem stała się moją partnerką. Nikt nie był dla mnie tak dobry i wyrozumiały jak ona. Paradoksalnie słysząc od niej na spokojnie, nie spiesz się, wszystko się ułoży itd. W końcu zacząłem znowu wracać do życia, kiedy otoczenie coraz bardziej mnie gnoiło i nawet się temu nie dziwiłem, bo byłem odpadem społecznym i tylko utrapieniem dla wszystkich.

Coś zacząłem robić i ogarniać w moim życiu. Dla mojej dziewczyny było warto. Znalazłem pracę, mimo problemów i szukaniu jej prawie dwa miesiące. Najeździłem się na rozmowy i parę razy zostałem wystawiony do wiatru, gdy miałem już pracę zaklepaną i dostawałem telefon, że jednak nic z tego, bo znalazł się ktoś lepszy.

Znowu leję wodę…

I tak to się toczyło powoli. Wylądowałem w pracy, gdzie wyleczyłem swoje lęki, bo musiałem non stop pracować z ludźmi i z nimi rozmawiać, ktoś w końcu zaczął mnie chwalić i był zadowolony z mojej pracy.

Jednak wszystko co robiłem i robię wtedy i dzisiaj łączy jedno. Robię to bo muszę. Robię to żeby przetrwać. Robię to, bo ktoś mnie wyciągnął z największego doła w jakim byłem i czułem się wdzięczny.

Na dłuższą metę jednak to nie ma dla mnie sensu. Chwilowy kop i motywacja, żeby zacząć coś działać, a potem znowu wracamy do punktu wyjścia. Czyli nic mnie nie czeka, nie mam celu do którego mógłbym dążyć. Życie w swojej formie jest miałkie i mdłe. Pracuję, jestem zmęczony, za nic się nie wezmę. Znowu rozrywki nie dają mi frajdy. Nie chce mi się grać. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się czytać, nie chce mi się uczyć. Zapierdalać tyle czasu, żeby przeżyć kolejny dzień i oczekiwać na jeden dzień wolnego, w którym nie jestem zmęczony, tylko że nie mam chęci, by zrobić cokolwiek. Co warto zrobić w ten jeden dzień? Co zrobić w jedno popołudnie, w którym jeszcze nie jestem na tyle wykończony, żeby myśleć tylko o śnie, który nie nadchodzi? Pracuję i żyję tylko do weekendu, a gdy on nadejdzie nie potrafię z niego korzystać.

Może nie celu mi potrzeba tylko czegoś innego?

Co was motywuje? Co wam daje frajdę? Co pozwala wam przeżyć kolejny dzień? Dlaczego ludzie nie popadają w taki stan jaki ja mam? Mam iść na drugi etat, żeby nie mieć czasu na myślenie i nie mieć wolnego czasu?

Tylko po co mi te pieniądze? Mieć żeby mieć? Bo super jest mieć więcej cyferek? O co w tym wszystkim chodzi?

Nigdy nie uczyłem się programowania, bo to dużo się na tym zarabia, to po prostu było dla mnie ciekawe i lubiłem się w tym bawić. Nigdy nie zależało mi, żeby mieć więcej niż potrzebuje, ale odkąd musiałem wziąć pożyczkę na jedzenie to liczę każdy grosz.

Jeśli cyferki mnie nie motywują. Nie mam co robić z wolnym czasem i nie chcę sprowadzać nowego życia, by przeżywało podobną chujnie do mojej. Jeśli marzę o śmierci i tej bezgranicznej pustce. To jak ja mam znaleźć cel tego życia?

Bardzo mnie to męczy…

PS. Nie chodzi mi o to że życie człowieka jest pozbawione sensu, albo filozofowie nad tym debatują i nie wiedzą. Chodzi mi o cele indywidualne każdego z was.

#depresja #fobiaspoleczna #zycie #senszycia


Zobacz: https://lurker.land/post/iLn4O8pa4
Data dodania: 10/16/2021, 2:38:56 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 33

Bycie kowalem własnego losu

Odkąd pamiętam bardzo często słyszałem ten tekst od mojej matki. Często, gęsto i tłukła mi go do głowy jak tylko mogła, a nawet teraz zdarza się, że go słyszę od niej dosyć często.
Dziś mogę powiedzieć, że jestem odpowiedzialny za mój los, ale doświadczenia z jakimi wyszedłem utrudniły i utrudniają mi funkcjonowanie po dzisiejszy dzień. Przeczytałem kiedyś bardziej pełną formułkę tego powiedzenie i to z nim zgadzam się bardziej:

Jesteś kowalem swego losu i jak każdy kowal nie wykułeś swojego pierwszego młota i kowadła sam.

Jest mi bliżej do tego stwierdzenia i opowiem wam jak to wyglądało z mojej perspektywy.

Każdy z nas startuje w innym środowisku, z innymi ludźmi, z innymi predyspozycjami. Są to też wady i podatność na choroby, na które nie mamy wpływu ani my, ani otoczenie. Ot po prostu to mamy. Startujemy z różnego pułapu i te nierówności rzutują potem na resztę naszego życia. Życie nie jest sprawiedliwe i nie ma co do tego wątpliwości.

Nie żebym się użalał. Po prostu zrozumienie tych aspektów pozwoliło mi ruszyć do przodu i wyrwać się z marazmu, bierności i apatii, a mimo to nadal jest mi ciężko przechodzić przez życie i depresja, którą zaserwowali mi moi rodzice zbiera żniwo i jak tylko opuszczę gardę mogę wylądować w tym samym miejscu co lata wcześniej. Za dużo mnie to pracy i wyrzeczeń kosztowało, by teraz wszystko zaprzepaścić i znów utopić się w przeszłości, która dobra nie była, ale jej już nie zmienię.

Nie miałem wpływu i nie mogłem nic zrobić będąc dzieckiem. Nikt z nas nie ma. Jesteśmy zdani na najbliższe otoczenie i tylko na nie możemy liczyć. Rodzice popełniają błędy, których my ponosimy konsekwencje, ale działa to też w drugą stronę, gdy zrobią coś dobrze.

Byliście kiedyś świadkami sytuacji, kiedy matka daje dziecku wybór? Przykładowa sytuacja: Matka pokazuje córce dwie sukienki niebieską i różową. Pyta się dziewczynki, którą chce założyć. Rodzic już wybrał sukienkę i zdecydował się na niebieską, ale z jakiegoś powodu zapytał dziecko o zdanie i stwierdziło ono, że chce założyć niebieską. Zburzyło to plany naszej mamy, więc próbuje dziecko przekonać, ale bezskutecznie, a i tak zakłada różową.

Jaki jest sens w sumie dawać wybór, kiedy go tak naprawdę nie ma? Byliście świadkami takich sytuacji? Dawania dziecku złudnego wyboru i udawanie, że ma na coś wpływ? Lepiej dla tej dziewczynki by było, gdyby mama po prostu ubrała tę sukienkę i nie pytała, więc jaki sens jest tego wyboru?
Na moje to po prostu sprawdzanie czy dziecko będzie spełniać ambicje rodziców i wielkie rozczarowanie, gdy wybiera to czego nie oczekujemy. Najgorsze w tej sytuacji jest to, że mimo iż zna opinie dziecka i tak wybiera swoją opcję.

I nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, żeby dzieciom dawać wybory, ale o to że gdy już je się daje to niech to będzie przemyślane i pozwólcie mu decydować jak na przykład w głupiej sytuacji jaki kolor sukienki ma założyć córka.

Wiele takich sytuacji i w pewnym momencie dziecko zacznie na takie pytania odpowiadać: nie wiem, załóż jaką uważasz, bez różnicy. I potem to będzie rzutować, przez bardzo długi czas. Idealna recepta na bierne i posłuszne dziecko bez własnego zdania, lub nauczy się robić i wybierać dokładnie to, czego od niego się oczekuje.

Nie czułem kiedykolwiek, abym był w stanie podjąć jakąkolwiek decyzję i miałem na cokolwiek wpływ. Kilka razy mogłem podjąć decyzję i patrząc wstecz uważam, że podejmowałem wtedy najlepsze decyzje, jednak póki nie wyniosłem się z domu, miałem małą siłę sprawczości i czułem się jak piesek do pokazania i ostrej tresury. Szybko wpadłem w tak potężną bierność, że to wyjebanie mam do dziś wypisane na twarzy. Nie widziałem w sensu w robieniu czegokolwiek ponadto co musiałem, bo to i tak nie miało sensu.

Kilka przykładów z mojego życia: Przed pierwszą komunią odkładałem każdy grosz na komputer. Co dostałem od dziadków, albo na urodziny, imieniny etc. Chowałem do skarbonki i zbierałem. Po komunii, miałem nagły zastrzyk gotówki i kupiłem upragniony sprzęt do grania. Po czterech dniach dostałem szlaban, a potem limit 2 godziny w soboty i niedzielę, bo gry ogłupiają. Mimo że były wakacje i zbierałem na ten sprzęt prawie dwa lata to stał on w pokoju wyłączony, a rodzice walczyli z tym, abym nie siedział więcej niż mogę używając profilaktycznego wpierdolu, w razie gdybym przekroczył czas, albo grał kiedy na to nie pozwalali. Jak wracali z pracy to sprawdzali czy komputer jest gorący etc. 2 lata zbierania, wakacje z limitem, a potem dostawałem kary za to, że przynosiłem oceny poniżej 4, więc lekką ręką, większość roku, komputer był wyłączony, a ja głupiałem kiedy w końcu mogłem grać i wykorzystywałem każdą minutę, bo wiedziałem że zaraz mi go znów zabiorą. Oczywiście to potem był dla nich dobry pretekst do tego, żeby mówić iż nie mam umiaru i głupieje, więc limit można nawet zmniejszyć, aż się nauczę.
To samo było ze słodyczami, słodkimi napojami, oglądaniem bajek. Zawsze pakowałem to w siebie do porzygu, bo zaraz mi to zostanie zabrane.
Gdy uzbierałem pieniądze na telefon i po tygodniu wylądował w szufladzie, też słyszałem to samo, więc po tej akcji nie zbierałem już pieniędzy i wszystko od razu wydawałem na jakieś głupoty. Oczywiście wtedy zabrano mi kieszonkowe, bo zamiast zbierać, albo wydawać na rzeczy, które w mniemaniu moich rodziców, były warte uwagi ja wydaję na głupoty, więc mi się kieszonkowe nie należą.

Przestało mi na czymkolwiek zależeć, zwłaszcza gdy widziałem i słyszałem opowieści rówieśników, których rodzice otwierali szampana, jak dziecko dostało 3, a ja mogłem dostać od ojca wpierdol bo do mojej 4 pani dopisała -

Jak mi już było wszystko jedno i przestałem w ogóle się uczyć, bo i tak nie mogli mi nic zabrać, ani bardziej mi uprzykrzyć życia. Rodzice wymyślili karę, która wywołała we mnie traumę do końca życia i doprowadziła mnie do depresji. W wieku 15 lat dostałem depresji i było to jak uderzenie. Z minuty na minutę straciłem wszystkie barwy i nagle się zmieniłem o 180 stopni. To był szok i nie wiadomo ile dni takiej musztry zniszczyło mnie psychicznie i zabiło dziecko, którym jeszcze wtedy byłem.

Jak wyglądała kara?

Profilaktyczny wpierdol od ojca dzień w dzień pasem po dupie. Nieokreślona ilość, byle bym zaczął krzyczeć i wyć z bólu. Zakaz odchodzenia od biurka. Powrót o 15 i siedziałem przy biurku do 20, bądź 21. Przepytywanie co godzinę, czego się nauczyłem. Wpierdol jeśli nic. Dwa posiłki, mycie i mogłem iść spać i tak przez pewien czas. Najgorsze były weekendy. Wtedy musiałem siedzieć jak tylko wstałem i tak do wieczora. Oczywiście w pokoju nie miałem nic co mogłoby mi dostarczyć jakąkolwiek rozrywkę, wyjścia na dwór też miałem zabronione. Leżałem w łóżku jak najdłużej mogłem i nawet się wstrzymywałem z wychodzeniem do toalety, bo wiedziałem, że jak wstanę to zacznie się kolejny dzień męki.
To były moje początki depresji. W szkole wcale lepszego życia nie miałem i jedyny okres spokoju to był jak wychodziłem z autobusu i szedłem do domu. Często siedziałem chwilę na przystanku i płakałem zanim wróciłem do domu i rozważałem rzucenie się pod przejeżdżające tiry. Nigdy nie starczyło mi odwagi, a wierzcie mi, że wszystko próbowało mnie w tamtym momencie zabić. W domu płakać nie mogłem, bo ojciec mi dawał powód do płaczu (jeśli wiecie o co chodzi).

Powiem szczerze, że myślałem, że tą historię przerobiłem, a mimo to, znów o tym pisząc trzęsą mi się ręce, tutaj robię przerwę i dojdę do tego co chciałem poruszyć w tym wpisie.

Kiedy to wszystko przeżyłem, stwierdziłem, że chcę stąd uciec. Znalazłem bardzo fajną opcję. Klasa sportowa. Cały dzień zajęty i dojazdy zajęłyby mi cały dzień, dlatego mogłem się przeprowadzić do internatu. Będąc w klasie sportowej miałem zniżki, ulgi i połowę wakacji, które spędzałem na obozach. To był mój pomysł żeby wyrwać się z domu i jedyna decyzja jaką mogłem podjąć i mieć wpływ na swoje życie. Mogłem tam wybrać sobie kierunek i po prostu chodzić na treningi przed i po szkole. Ostatecznie 3 lata trenowałem w technikum, póki mój ojciec nie wyniósł się z domu, bo klasa sportowa to był zły pomysł i mimo wyników, wystartowałem tam z tak zniszczoną psychiką, że moi rówieśnicy tylko mnie dobili w moim stanie.

Ojciec zabronił mi iść na informatyka. Jedyny kierunek jaki mnie interesował. Stał i sam wybierał mi szkoły. Wszystko było zaznaczone, każdy kierunek. Odhaczył mi tylko jeden: informatykę, w którą chciałem iść i nie mogłem nic z tym zrobić.

Jednak wydostałem się z domu i wracałem tam tylko wyprać sobie ciuchy.

Potem jeszcze były masę przykrych i ciężkich decyzji, ale na razie starczy. Kiedyś napisałem historię życia i miała 22 strony a4, a nie lałem wtedy wody jak teraz. Na spokojnie bym z tego mógł książkę teraz napisać.

Jednak sprawczość i bycie kowalem własnego losu, mogłem powiedzieć że zyskałem dopiero kilka lat temu, kiedy w końcu zacząłem się leczyć i poszedłem na terapię. Reszta mojego życia była uzależniona od innych i od możliwości jakie dawał mi los. Nie miałem zbyt wiele decyzji na które miałem wpływ i zawsze to było wybieranie mniejszego zła. Klasa sportowa, wyjazd za granicę etc. Nie poszedłem na studia, mimo że chciałem, bo wiedziałem, że nie poradzę sobie z pracą, szkołą i znerwicowaną matką. Miałem wyjechać, załapać język, pracować i iść tam na studia. Nie wyszło. Bez przerobienia tego co przeżyłem nie byłem w stanie… Nadal nie jestem, a jestem już zupełnie innym człowiekiem.

Jednak gdy słyszałem, że jestem kowalem własnego losu i mam na coś wpływ to bierze mnie wkurw i zmęczenie. Większość mojego życia to była walka z tym z czym wystartowałem, z tym co przeżyłem i chorobą, która przerodziła się potem w ciężką depresję. Gdy wszyscy i wszystko wokół próbowało mnie zabić, moją jedyną drogą było z tym walczyć i mimo wszystko żyć. Jednak zmęczenie, przeżycia, lęki dały mi bardzo fajny start. Naprawdę, miałem równe szanse z innymi, którzy takich doświadczeń nie mieli. Mój młot i kowadło wyglądało okropnie i mimo iż jakoś to idzie to zanim wykuje odpowiednie narzędzia to inni będą już na o wiele wyższym poziomie. Wątpię, że kiedyś ich zdogonię, albo poprawię mój standard życia na taki poziom, jaki chcę.

Przyzwyczajony jestem do tego, że życie mi wszystko zabiera, więc staram się cieszyć tym co mam do porzygu, aż traci to swój smak.

Decyzję jakie mogłem podjąć i jakie podjąłem, były najlepszymi rozwiązaniami jakie mogłem wtedy podjąć. Gdybym zginął to wiedziałbym, że zrobiłem wszystko co mogłem zrobić i odszedł bym w spokoju, bo walczyłem do końca.

Dziś też jestem tego pewien, zrobiłem wszystko co w mojej mocy.


Zobacz: https://lurker.land/post/Z3RpebyHG
Data dodania: 10/7/2021, 2:00:05 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 32

O samobójstwie część 1

Do napisania tego wpisu przekonał mnie jeden użytkownik, który zadał mi to pytanie pod jednym z moich wpisów, a także to, że mimo środków nasennych, nadal nie mogę spać, za 4 godziny idę do pracy, więc nie mam co i tak robić. Komentarz pozwolę sobie skopiować:

Jak już mam okazję zapytać kogoś w takim nastroju- zawsze mnie zastanawiało postępowanie ludzi, którzy się gdzieś wieszają albo trują po cichu. W końcu jak ktoś się chce zabić, to najwyraźniej jest mu wszystko jedno, dlaczego w takiej sytuacji nie robią czegoś z większym wykopem, jak:

- wzięcie chwilówek na miliony i balowanie przez ostatni miesiąc/ próba ucieczki za granicę i zaczęcia nowego życia
- zemsty na ludziach, którzy ich doprowadzili do obecnego stanu (w przypadku gnębionych w szkole/wojsku/pracy) i porozbijaniu im łbów.
- zrobienie ze swojego odejścia jakiejś manifestacji, jak facet od Killdozera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Marvin_Heemeyer)

Rozumiem jeszcze, że wierzących przed tymi opcjami powstrzymuje kwestia grzechu, ale z tego punktu widzenia samym samobójstwem sobie grabią (do niedawna szło się za nie prosto do piekła, więc i tak nie powinno im robić różnicy).

Pytanie to dało mi tak do myślenia, że zacząłem się nad tym zastanawiać i postanowiłem odpowiedzieć na podstawie moich doświadczeń i dlaczego na przykład ja czegoś takiego nie zrobię.

W sumie to miałoby sens z perspektywy osoby zdrowej, lecz niestety osoby, które są pogrążone w marazmie nie chcą i nie mają ochoty na robienie czegokolwiek. Kiedy wszystko mi jedno to znaczy to że naprawdę mi wszystko jedno. Dotyczy to każdej sfery życia, teraz nie zbliżyłem się jeszcze do tego stanu, ale pamiętam go doskonale. Nie chce ci się robić NIC!

I to NIC jest potężne. Zastanówcie się chwilę nad jego znaczeniem. Osoby, którym się nie chce myć zębów, wstać z łóżka nie widzą sensu w czymkolwiek miałyby iść i zmuszać się do wysiłku jakim jest wzięcie kredytu? Nawet jak pójdziesz to co z tą kasą zrobisz? Ja miałem kupę kasy odłożonej i sobie po prostu leżała, a ja miałem wszystko w dupie. Nie zależało mi na niczym. Kiedy niczego nie pragniesz to na co miałbyś wydać pieniądze?

Jednak to subiektywne odczucia. Różnie to z ludźmi bywa. Niektórzy czują bezsens istnienia, innym życie biedaka nie odpowiada i może by wzięli taki kredyt, ale potem problemy by były jeszcze gorsze, a zabić się wcale nie jest tak łatwo jak wam się wydaje.

Rozmawiając z innymi podobnymi mi i poznając ich w realu, mam wrażenie, że wszystkie artykuły opowiadające o samobójcach i jakie dają ostrzeżenia, w pewnym stopniu się mylą. Każdy z nas planował swoją śmierć, ale nikt nigdy nie wybrał konkretnego dnia i godziny. Osobiście i pisząc tutaj czy to na innych forach, nigdy nie spotkałem kogoś, kto by zaplanował dokładny czas kiedy będzie to robić. Mieliśmy przygotowane linki, pomysły i miejscówki gdzie to zrobić, lecz nigdy nie myśleliśmy kiedy. W artykułach o samobójcach mówi się, że przed dokonaniem tego czynu, ludzie zaczynają normalnie funkcjonować, śmieją się i nagle się wieszają. Miałem to samo, ale nie wiedziałem, że tego dnia to zrobię. To o czym mówię i co przeżyłem nazwałem ,,impulsem”.

Jak źle by nie było. Jak źle byś się nie czuł to twój mózg za wszelką cenę walczy o przetrwanie i nie pozwala ci na to, żebyś zrobił sobie krzywdę. Depresja cię wyżera i niszczy na każdym kroku osłabiając twój mózg i ciało. Gdy nie jesteś w stanie się bronić to umierasz. Impuls czułem kilka razy w życiu i jakimś cudem zawsze z nim wygrywałem. Jednak jest to spowodowane moim myśleniem i przygotowywaniem wszystkiego na ostatni guzik.

Odchodzę od tematu. Czym jest impuls?

Kilka dni przed impulsem następuje osłabienie umysłu i ciała. Zaczynasz myśleć poważnie o swojej śmierci, masz już wszystko przygotowane, mimowolnie mówisz każdemu o tym, że życie jest mdłe. W zależności od zaufania do drugiej osoby, wprost mówisz o metodach samobójstwa, że nie chce ci się żyć itp. Czujesz się coraz gorzej i gorzej, aż dochodzisz do kulminacyjnego momentu, gdzie uważasz, że gorzej być nie może, ale jeszcze do tego momentu funkcjonujesz, idziesz spać i następnego dnia czujesz się kilka razy lepiej! Masz dobry humor, nie jest tak tragicznie, rozmawiasz normalnie. Każdy widzi po tobie, że już ci lepiej. Trwa to chwilę, nie jestem pewien czy u mnie wywoływała to jakaś sytuacja czy nagle po prostu impuls uderzał, ale pamiętasz jak uważałeś że gorzej być nie może?

Może… Depresja wtedy używa w jednym momencie wszystkie swoje siły i uderza w krótkim czasie ze wszystkim co ma. Jak źle się nie czułeś to wyobraź sobie, że może to być kilka razy gorsze. W jednej chwili jesteś bardziej zniszczony niż przez ten cały okres. Ból jest tak silny, że jedyne o czym myślisz to żeby go przerwać. Nie jesteś w stanie myśleć trzeźwo. Wcześniejsze planowania przygotowały cię na to, nie musisz myśleć, wszystko masz przygotowane. Ból, którego nie możesz umiejscowić. Ból z którym wiesz, że ani ty, ani nikt inny ci nie pomoże. Jest tylko jedna rzecz, która skróci te twoje męki. Tam jest linka, upatrzyłeś tamto drzewo. Ból się skończy tylko na jeden sposób. Przegrałeś, ale nie ma nic złego w tym, że nie chcesz czuć już bólu.

Jeśli przeżyjesz impuls to jesteś uratowany (na razie) bo depresja zużyła wszystkie siły, żeby cię zabić i się przeliczyła. Teraz potrzebuje czasu, by znowu cię wykończyć, a ty kilka dni będziesz nie do życia, bo wszystko to wymagało olbrzymich nakładów energii.

Pierwszy impuls mi się skończył, bo nie miałem gdzie linki powiesić (12 lat temu)
Drugi się skończył, bo tabletki, które wziąłem nie mogły mnie zabić choćbym ich łyknął 200 (6 lat temu)
Trzeci się skończył bo miałem do kogo iść i prosić o pomoc, gdy znów się zaczął. (W tym roku)

Przy tej tendencji zapiszę sobie lepiej w kalendarzu, że w 2027 roku, mogę mieć go znowu oczywiście były mniejsze impulsy, ale tak silne, że nie dałbym sobie z nimi sam rady były 3 i 2 mi się nie udały tylko dlatego, że warunki w jakich wtedy były nie pozwalały na to.

Okazuje się, że wpis będzie dłuższy niż myślałem, dlatego podzielę go na części. Jeśli ktoś chce sam sobie odpowiedzieć na pytanie tego użytkownika, zanim ja dodam kolejne wpisy to mogę dać wskazówki, w postaci moich poprzednich wpisów:
O tym jak ściągałem wisielca z drzewa: https://lurker.land/post/OHOcL6z_J
Dlaczego boję się nieśmiertelności: https://lurker.land/post/i07SyrZ8T
Wpis przed impulsem: https://lurker.land/post/T6jV9pgT7

@Eugeniusz to specjalnie dla ciebie

#przegryw #depresja #samobojstwo #przemyslenia


Zobacz: https://lurker.land/post/eNcDkenou
Data dodania: 10/2/2021, 5:18:39 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy

Dostałem załamania nerwowego. Nie traktuje już samobójstwa jako wyjścia tchórza, którego życie przerosło, albo zniszczonych psychicznie ludzi, których nic nie czeka. Tylko podliczając rachunek zysków i strat uważam je za dobre rozwiązanie.

Dostałem takiego załamania, że chciałem już się rzucić z okna, ale poszedłem do dziewczyny i się rozpłakałem powtarzając w kółko: pomóż mi, pomóż mi. Bo mam już naprawdę serdecznie dosyć wszystkiego…

Jest godzina piąta rano i w sumie to od pierwszej próbuje zasnąć. Bezskutecznie. Nie dość, że mam trochę rzeczy na głowie to jeszcze cierpię na bezsenność…

Ostatni raz kiedy się wyspałem był chyba pod koniec lipca, albo początek sierpnia. Pracuję, a w wolne dni muszę załatwiać sprawy, których nie byłem w stanie załatwić gdy pracowałem. Trzeba zakupy zrobić, trzeba coś zrobić w domu, trzeba pomóc rodzinie, albo w wyniku mojego zmęczenia nie zgasiłem świateł w aucie i musiałem potem kombinować jak akumulator podładować i wracając z nocki o godzinie 6 rano poszedłem spać o 10, bo o 19 muszę wstać i się szykować na kolejną. Wróciłem z ostatniej nocki to cały dzień zajęty zaległymi sprawami. Chwila przerwy i w drogę, a potem powrót do domu o 21. Idę spać o 23, żeby się obudzić o 1 w nocy, bo nie mogę spać i tak sobie siedzę do 6 rano, żeby zasnąć Dziś, a w zasadzie to wczoraj miałem wolny dzień, ale przespałem jego połowę, a dziś nie śpię w ogóle. Męczę się i spać nie mogę to usiadłem i piszę ten wpis.

Najbliższy termin kiedy będę mógł się wyspać? Niedziela za dwa tygodnie bo pracuję, a dwa dni wolne, które mi przypadają to będę miał zajęte, bo już wiem, że ktoś potrzebuje mojej pomocy.

Nie mam problemów z asertywnością. Odmawiam, kiedy wiem, że ktoś sobie da radę beze mnie i mnie wykorzysta i każdy jest tego nauczony i nikt mnie nie prosi o pomoc jeśli naprawdę nie ma innego wyjścia. Ojca nie mam, teść mojej dziewczyny jest wiekowy, poza tym nie ma u nas w rodzinie żadnego faceta i do pewnych rzeczy jestem konieczny. Nie zostawię babci samej z dziadkiem, żeby dźwigali meble do domu na przykład.

Dziewczyna mnie nie prosi o pomoc w obowiązkach domowych jak to było wcześniej, ale kto wniesie ciężkie zakupy i ją zawiezie, skoro nie ma prawa jazdy i mieć nie może? I kiedy to zrobić, skoro ciągle pracuję? Kto zawiezie chorego dziadka na zabieg 150km od domu?

I ciągle tylko tego typu sytuacje w moim życiu.

Ostatnio byłem chory i z gorączką musiałem z dziadkiem jechać, bo zabieg był konieczny, a on już nie wytrzymywał z bólu. Ledwo trzymałem się na nogach i dzień później szedłem do pracy, gdzie bardzo łatwo stracić palce, ale nie mogę wziąć wolnego, chorobowego, bo każdy grosz się liczy przez to, że zostałem ojebany przez poprzednich pracodawców.

Piję 5-8 kaw dziennie, żeby jakoś się trzymać, ale poza palpitacją serca i dreszczami nie sprawia to, że mój mózg funkcjonuje jakoś lepiej…

Jak zasłabłem w pracy po takim maratonie to poszedłem do pielęgniarki zakładowej kazała mi wypić herbatkę, zjeść coś i zapierdalać z powrotem do roboty!

I tak się żyje powoli. Nie mam już siły. Nie odpoczywam, ciągle coś robię, a jak nie to mój mózg mnie dobija i bombarduje myślami. Już nie gram, już nie czytam, już nie oglądam filmów. Już nie robię nic. Jedynie na co znajduję siły to oglądanie jakiś głupot na youtubie w pozycji leżącej i nim się obejrzę to znowu idę do pracy.

I ZNOWU I ZNOWU I ZNOWU!

W takim wypadku śmierć wydaje mi się ukojeniem i bardzo dobrym wyjściem. I tak mnie nic nie czeka i tak będzie moje życie wyglądać, ale przynajmniej dobrze, że dzieci nie mam bo to dopiero by był dramat.

Dziewczyna mnie trzyma przy życiu. Nie chciałbym jej tego robić. Poświęciła wiele dla mnie i to jest jedyna osoba, której ufam i mam wsparcie. Sama by wzięła cały mój ciężar, gdyby tylko mogła.

Jednak jest już po 5. Nie mogę spać. Idę do pracy i czeka mnie kolejny maraton. Może nie zrobię sobie krzywdy na maszynie jak znów zasłabnę. Może nie dostanę zawału od kolejnej kawy. Może dzisiaj wrócę i będę w stanie zrobić coś więcej niż się położyć i próbować zasnąć?

#zalesie #depresja #gorzkiezale #samobojstwo


Zobacz: https://lurker.land/post/a759xAlB7
Data dodania: 9/29/2021, 6:38:37 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 31

Jestem przerażony.

Ostatnie wydarzenia i doniesienia z Australii, zmotywowały mnie do napisania tego wpisu. Czuję narastający strach na to co się dzieje i na rzeczywistość, która nadchodzi, a która przez większość jest przyjmowana z otwartymi ramionami w ramach walki o wspólne dobro.

Nie jestem antyszczepionkowcem… Muszę zawsze to podkreślać, bo wyrażanie wątpliwości co do szczepionki na koronkę, kończy się od razu tak, że zostaje traktowany jak płaskoziemca. Od razu z góry i z góry jestem przegrany jako ten gorszy. Nawet zwrócenie uwagi, że nie jestem przeciwko szczepionkom, a konkretnej szczepionce nic nie daje i czuję się jak śmieć w oczach takiej osoby. Skończyła mi się siła i chęci na dyskusję, ale zrobię to po raz kolejny.

Nie żebym chciał zmienić czyjeś poglądy, albo zasiać ziarno niepewności. Po prostu jestem wkurwiony i zły.

Zacznę od chipów w szczepionkach.

Jeśli ktoś uważa, że ktoś chce nas zachipować to jest w błędzie. Trzeba być naprawdę wielkim optymistą i bardzo wierzyć w ludzi, że będzie potrzebny jakiś podstęp, aby ,,wstrzyknąć” nam chipy. CO TO TO NIE! Jak przyjdzie czas na takie coś to nikt nie będzie się z tym krył i w ciągu kilku lat powstanie program zachęcający do tego. Na początku profity: nie będziesz musiał nosić dokumentów przy sobie, zapłacisz bez problemowo, nigdy się nie zgubisz etc. Gdy większość się zachipuje to wszystkie dobra i usługi, będą tylko przystosowane dla tych osób, a żeby móc w takim społeczeństwie potem funkcjonować, będziesz musiał sam iść. Nikt nie potrzebuje podstępu. Wystarczą dobre zachęty, profity, a na końcu wyobcowanie ludzi, którzy tego nie zrobili. Gwarantuję że wszyscy wtedy pójdziecie.
Wy już teraz sprzedajecie swoją prywatność i swoje dane na każdym kroku. Macie telefon, który słucha was na każdym kroku i dobiera wam reklamy na podstawie tego co mówicie. Macie w kieszeni urządzenie, które kontroluje każdy aspekt waszego życia, a wy się chipów boicie.

Mam inne obawy co do szczepień i do całej otoczki koronki. Na samym początku to było dziwne. Jedni już panikowali, drudzy uspakajali. Jedni twierdzili że to zwykła grypa, drudzy, że to nowa dżuma i wszyscy umrzemy. Jak by nie było to ludzie byli jak zwykle podzieleni. Zawsze się dzielimy i zawsze kłócimy, a potem nagle: PUF! Wszyscy jak jeden mąż, z dnia na dzień stwierdzili, że wirus jest groźny, potrzebne są działania i ogólnie jest dramat i czeka nas olbrzymia klęska. Zamykamy gospodarkę, zamykamy granicę, zamykamy mordy, zamykamy wszystko. Chrońcie babcie i dziadka.

Maseczki nie pomogą!
Dzień później:
MASECZKI TO JEST KONIECZNOŚĆ!

Bardzo szybko wszyscy zmienili narrację ze zwykłej grypy na wszyscy umrzemy!

I to powinno być podejrzane. Ludzie się dzielą we wszystkim. Ostatnio nawet usłyszałem, że czytanie fantastyki nie zalicza się do czytelnictwa! Nawet tutaj potraficie się dzielić. Na każdym kroku i we wszystkim. Jakby Hitler wybił wszystkich nie-aryjczyków to by potem się ludzie podzielili na podaryjczyków i nadaryjczyków. W każdej grupie nieważne jak zgranej i podobnej prędzej czy później ludzie się dzielą przez swoje poglądy czy przez to w co wierzą. ZAWSZE!
Podam przykład z naszego podwórka: Nawet gdy PO było u władzy i tvn oraz tvp było teoretycznie po tej samej stronie to chociaż stwarzały pozory, że jednak nie i była inna narracja w obu tych telewizjach.

Gdy odpalasz telewizję, radio, internet opinie są zawsze podzielone i każdy przedstawia swój punkt widzenia. Jeśli chodzi o koronawirusa to wszyscy jak jeden mąż prowadzą jedną i tę samą narrację. Nie ma żadnej opinii przeciwnej. Jest tylko jeden dialog i tylko on jest znany i akceptowany. Nie ma nikogo kto miałby siłę przebicia, by mówić głośno, że to co się dzieje teraz jest mocno przesadzone. Nawet jak ktoś się taki znajdzie to zaraz zlatuje się grono covidian, którzy go zmieszają z błotem i umniejszą każde jego słowo. Nieważne czy używa rzeczowych argumentów czy nie. Bardzo często jest to po prostu: Zobaczcie! Idiota! Wierzy w spiski! Załóż czapeczkę foliową! Bill Gates nie będzie cię wtedy mógł kontrolować! Idź dalej oglądać filmiki z żółtymi napisami!

Mam prostą zasadę: nie wierzę w czyste intencje obcych osób, a spiski bardzo często wychodzą po latach i nikt za nie nie odpowiada. Tak jak to było na przykład z papierosami, marichuaną, upadkiem tramwaji w USA etc. Jak ktoś jest zainteresowany to niech poczyta. Kiedyś się do tego odniosłem w jednym z wpisów i nie chce mi się na ten temat powtarzać.

Najbardziej nie wierzę w dobre intencje tłustych świń przy korycie, których jedynym celem i pragnieniem jest się nażreć jak najwięcej. Gdy taka tłusta świnia, której pasza wylewa się z mordy mówi mi, że mam się zaszczepić dla wspólnego dobra, albo będzie mi uprzykrzać życie jak to tylko możliwe to jedynym rozsądnym rozwiązaniem dla mnie jest bunt!

Kiedy ktoś mi mówi, że robi coś dla mojego dobra i przez to mi ogranicza prawa, swobody i odbiera moją i tak już znikomą wolność to mam ochotę taką osobę złapać i napierdalać tym tłustym ryjem o ścianę, aż zrozumie, że robię to dla jego dobra, żeby się nie wpierdalał w czyjeś życie.

Moi rodzice dla mojego dobra zniszczyli mi psychikę i zapewniali mnie za każdym razem, kiedy dostawałem wpierdol, kary i byłem zamykany jak w izolatce, że kiedyś im podziękuję.
Jakoś do dziś nie mam takiej potrzeby. Matce wybaczyłem, a ojcu nasram na grób.

Chciałbym grzeczniej, ale w miarę pisania tego wpisu tylko bardziej się nakręcam i najwyżej jak ktoś to zdejmie to poprawię kłujące w oczy młodych czytelników słownictwo. Bo w końcu młodzież lubi misie jak w ładnej animacji, lubi też blanty i seks w ubikacji.

Niech się każdy zastanowi nad tym co się dzieje i co z tego wynika. Przyjrzyjcie się Australii i temu jak ludzi się zmusza do szczepionki. Przypomnijcie sobie jak słuchaliście, że szczepionka będzie powstawać latami. Przypomnijcie sobie jak nazywano idiotą każdego kto mówił, że będzie trzecia dawka. Przypomnijcie sobie głupców, którzy mówili wam co się stanie i dzieje się dalej, a wy dalej siedzicie i wierzycie, że tej granicy już się nie przekroczy, a ona na każdym kroku jest przeciągana dalej i dalej, aż dojdziecie do punktu w którym jest teraz Australia, gdzie rząd wprost mówi, że zabierze ci wolność, jeśli nie zrobisz tego czego oni chcą!

Jak wy nie możecie się buntować? Jak wy możecie wierzyć tym tłustym mordom, które na każdym kroku myślą o swojej dupie, że tym razem ich interesuje was los? Jak wy możecie z taką nienawiścią traktować każdego kto widzi w tym jakieś nieprawidłowości?

Naprawdę myślicie, że chodzi o wasze zdrowie i bezpieczeństwo?

Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, mogę tylko się domyślać. To wam chcę dać trochę do myślenia. Nadal będziecie za szczepionkami? Proszę bardzo! Nie napisałem, że to coś złego. Wkurwia mnie bezmyślność i ślepe podążanie za tłumem, telewizją etc. Bądź świadomy swoich wyborów i je rozum i nie błądź jak dziecko prowadzone przez rodzica.

JESTEŚCIE DOROŚLI DO CHUJA!

#australia #koronawirus #gorzkiezale #tworczoscwlasna


Zobacz: https://lurker.land/post/N80dgjYsm
Data dodania: 9/23/2021, 11:49:55 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 30

Minęło prawie pół roku od mojego ostatniego wpisu w temacie moich byłych pracodawców, więc postanowiłem, mimo tego, że sprawa nie jest skończona na kolejny wpis w tym temacie. Czyli co u mnie, jak sprawa wygląda i co zrobił PIP.

Po waszych radach i namowach, zacząłem działać. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było złożenie skargi to pip-u oraz pójście do adwokata. Wiem, że mi odradzaliście takie rzeczy i że mnie adwokat skasuje, ale ja jestem dobry w laniu wody i pisaniu oczywistości na moim tagu, a nie do pisania pism urzędniczych i dopieszczania ich na ostatni guzik, żeby się żaden urzędas nie przyczepił. Mniejsza. Skarga do pipu poszła i była napisana w moim stylu. Z kolei sprawy z sądem trzeba było załatwić przez adwokata.

Okazało się, że moi pracodawcy od początku to planowali i byli na wszystko gotowi. Zadzwonili do mnie z mordą, że nic mi nie zapłacą, bo nie mają. To moja wina, bo odszedłem i nie są w stanie skończyć robót etc, etc. U adwokata się dowiedziałem, że zadzwonili 2 tygodnie po otrzymaniu świadectwa pracy jak już poczty były zamknięte i nie mogłem nic w tym świadectwie zmienić, więc zostało wypowiedzenie za porozumieniem stron. Odcięło mnie to od koroniówki oraz zasiłku dla bezrobotnych, bo mimo że miałem kolejną pracę zaklepaną to musiałem z niej zrezygnować, bo od początku zaczęły się kombinacje, zmuszanie mnie do zarejestrowania się przez urząd i obowiązkowe nadgodziny. Podziękowałem i szukałem czegoś innego i trafiłem do najgorszej speluny w jakiej miałem okazję pracować. Nie dziękuję.

Adwokat przedstawił całą sytuację i co mogę zrobić. Jedyne na co mogłem liczyć to na napisanie pisma o przedsądowym wezwaniu do zapłaty, a gdyby nic to nie dało to rozprawa, która będzie trwać długo i będzie kosztować mnie prawie 2000zł. Oczywiście się nie zgodziłem na takie coś. Byłem ostrzegany, ale za pismo zapłaciłem i czekałem na odpowiedź pipu, lub list zwrotny.

Minęły prawie dwa miesiące jak pip zaczął działać. Tłumaczyli to nawałem spraw, które do nich trafiają i mogli rozeznać się w sytuacji dopiero po dwóch miesiącach.

W międzyczasie dostałem list od byłego pracodawcy, adresowany do mojego adwokata, w którym stwierdził:

- Nie mam pieniędzy przez pana Garztama
- Bo on mi odszedł z dnia na dzień
- Wypłacić pieniądze mogę dopiero pod koniec czerwca
- I to jest z mojej strony łaska

Poinformowałem pip o tej sytuacji i to był błąd, bo uznali, że w takim razie oni sobie poczekają aż zapłaci. Oczywistym jest że nie zapłaciła, a w międzyczasie sponsorowała pewien event oraz robiła sobie sesje fotograficzne. Wszystkimi zakupami, sponsorowaniem etc chwaliła się na facebooku. Zablokowała mnie i wszystkich moich znajomych, żeby nie można było widzieć jej tablicy, ale to nie był problem zobaczyć co robi. W międzyczasie zatrudniła i zwolniła kilku ludzi, bo nikt tam robić nie chciał Tylko ja byłem takim idiotą.

Mój znajomy postanowił mi pomóc w tej sprawie i zaczęliśmy pisać pismo do sądu, bo ja wiedziałem, że nie zapłacą. Miałem już kilka pism, gdzie się przyznają do wszystkiego i dowodów było wystarczająco, żeby iść do sądu. Złożyłem sprawę do sądu upominawczego i czekałem.

Wtedy w końcu wszedł pip, bo oczywiście pod koniec czerwca nie wpłynęła mi nawet złotówka. Pominę fakt, że nie mogłem się dodzwonić prawie dwa tygodnie do Pipu i dopiero w połowie lipca poinformowałem o tej sprawie i dopiero wtedy pip wkroczył.

Wszedł, dostał oświadczenie od byłego pracodawcy, gdzie znów się do wszystkiego przyznaje i że deklaruje się, że zapłaci do końca lipca i będzie super. Oczywiście nie zapłaciła, a ja już czekałem na pismo od pipu, bo przecież tak to miało się skończyć. Nie wypłacili w terminie. Sprawa zakończona, dostają mandat, a ja list jak sprawa wyglądała i co pip ma. Jednak jak był koniec sierpnia, a ja nadal nie dostałem listu zadzwoniłem znów do PIP-u z pytaniem o co chodzi. Usłyszałem wtedy: A to panu nie zapłacili? No nie, informowałem o tym. A bo ja znów z nimi się umówiłem i zobowiązali się zapłacić do końca sierpnia

Dodzwonić mi się udało 31 sierpnia i nie było ani złotówki od nich. Jednak znowu sponsorowali event, kupili nowe auto i były szef założył drugą firmę na siebie.

Więc, uwaga!

Firma była na szefową. Szef wszystko robił. Firma szefowej stoi pusta i nikogo nie zatrudnia i Pip nie może nic zrobić w tej sprawie, ponieważ szefowa nikogo nie zatrudnia. Z kolei szef ma swoją firmę i na niej trzepie kasę, a ta firma na szefową leci ku bankructwu.

Pip nic nie może zrobić, bo ona nikogo nie zatrudnia i w domyśle nie jest pracodawcą. Sprawa idzie do sądu i może jej grozić kara w wysokości:

FAMFARY
TUTUTUTUTU
1000zł

I elo, pip kończy sprawę w tym temacie do widzenia.

W międzyczasie sąd upominawczy umorzył sprawę, bo: ,,Nie jesteśmy w stanie określić autentyczności pism”

Został mi tylko sąd pracy. Na dniach będę miał gotowe pismo i idę do sądu… Jednak czarno to widzę. Oczywiście adwokat mi odchodzi, bo znajomy mi we wszystkim pomaga, ale znów to będzie trwało, a ja tonę w długach i po wypłacie myślę cały miesiąc co mogę kupić, żeby nie skończyło się tak, że przed wypłatą nie mam co jeść. Kto ma ochotę może zajrzeć na mój tag i zobaczyć jak się moje życie toczy i jak blisko jestem załamania nerwowego.

Kolejny wpis w tym temacie nie wiem kiedy się pojawi.

#praca #pracbaza #anonimowelurkowyznania #zalesie #przegryw #depresja


Zobacz: https://lurker.land/post/g5H8UxqE4
Data dodania: 9/19/2021, 11:34:41 PM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 29

Jest niedziela wieczór, jestem zły, wykończony i mam po prostu wszystkiego dosyć. Jeszcze nie pisałem tekstu w takim stanie, a często się czuję tak jak dzisiaj. Doprowadziłem się na stan wytrzymałości. Najchętniej bym poszedł spać, ale wiem że jutro będę na wszystko patrzył inaczej, bo jutro w końcu mam wolne, chociaż nie odpocznę i nie będę miał czasu, a we wtorek znowu cztery dni będę w pracy na mojej znienawidzonej zmianie, czyli jedynki. Piszę ten wpis teraz, dzisiaj, bo nigdy tego nie robiłem.

Mam dosyć życia. Mam dosyć tego systemu, Mam po prostu dosyć wszystkiego. Jestem zmęczony i nic nie wskazuje na to, żeby miało być lepiej. Mogę tylko odliczać godziny do wolnego, bo tylko to mam, a jak mam wolne to i tak muszę załatwiać jakieś osobiste sprawy, których nie załatwiłem w dni pracujące, bo nie miałem siły. Dni kiedy mogę się wyspać mam zapisane w kalendarzu, a i tak zawsze coś wychodzi. Na ten moment jest to sobota, ale nie ma opcji, że to mi się uda. Ostatnim takim dniem była środa, ale też mi się nie udało, bo potrzebny był kierowca, który wstanie o 5 rano, poprzedniego dnia też mi się nie udało, bo złapało mnie przeziębienie. Im bardziej jestem zmęczony, tym większa szansa, że będę chory. I tak jak mogłem kiedyś w temperaturze minusowej chodzić na krótki rękaw i jeść lody, tak dzisiaj padam bo trochę mnie zawieje. Chociaż może to oznaka starości i tego, że bliżej mi do 30-tki niż do 20-tki.

Denerwuje mnie to wszystko. Praca, dom, praca, dom i tylko tyle. Praca to największy złodziej czasu i energii jaki jest. Nie potrafię funkcjonować po pracy. Wysysa ze mnie życie. Wysysa energię. Wysysa czas.

W ostatnim wpisie wspomniałem, że jest lepiej, ale pisałem to gdy w końcu miałem wolne i w końcu miałem reset. Nie jestem w stanie pracować cały etat, jestem po prostu za cienki na to i mnie to wkurwia. Napisałem, że wróciłem do grania w tibię. Ta… Może w ciągu tygodnia pogram te 3 godziny łącznie, bo po pracy nie mam siły na żadne przyjemności. Ostatnio wyciągnąłem kostkę rubika i znowu chcę zejść poniżej 20 sekund, ale muszę się nauczyć 90 algorytmów. Jeden dziennie będzie ok. Taki ch**. W dni wolne może się nauczę. W pracujące nie jestem w stanie. Bezmyślnie przekręcam te ścianki i po godzinie nadal nie potrafię zapamiętać kilku ruchów na jeden algorytm. Jedynie na co mi starczy siły to na bezmyślne przyjemności jak na przykład telewizja, albo oglądanie głupot na youtubie. Ja się nie dziwię, że większość starych jest takich zdziadziałych, albo sięga po alkohol. Po prostu na nic innego im nie starczy siły i tylko tyle mogą mieć z życia.

Oczywiście ktoś się odezwie, że trzeba było się uczyć, ogarnąć etc… Może zabrzmię jak boomer, ale życia nie znasz. Większość społeczeństwa to idioci, którzy mają problem przyswoić tabliczkę mnożenia i dla nich tworzy się miejsca pracy, gdzie bezmyślnie powtarzają jedną czynność. Studia? Edukacja? Nie masz takiej siły przebicia, żeby się przedostać przez konkurencję i znajomości. Jesteś jednym z wielu. Mamy za dużo wykształconych ludzi i ile jest historii, gdzie takie osoby muszą i tak pracować w gównorobotach? U mnie w fabryce brakuje pracowników fizycznych, a kierownictwo to chyba połowa załogi. I widzę ten trend u mnie w mieście. Kupę umysłowców, mało fizycznych. Fach w ręku już jest bardziej ceniony, ale zarobki nadal mniejsze. Za jakiś czas to będzie pięć osób nadzorujących jedną robotę i jeden pracownik.

Będzie kierownik do utrzymywania porządku przy miejscu pracy przez pracownika, kierownik do spraw noszenia poprawnie maseczki przez pracownika, kierownik do sprawdzania norm pracownika, kierownik do organizowania roboty dla pracownika i kierownik do kontrolowania czasu wejścia i wyjścia pracownika. Z czego najśmieszniejsze jest to, że pracownik sam wszystko załatwi i kierownictwo będzie siedzieć i pić kawę, a poruszenie będzie jak pracownik zda o minutę mniejszą normę, wyjdzie pięć minut wcześniej etc. Wtedy wyjdą i zaczną robić cyrk, żeby pokazać, że tutaj są i coś robią, a kawa będzie stygnąć.

I jak myślicie? Kto siedzi w tym kierownictwie? Pani Aneta, jej syn, synowa, wujek i szwagier.

Znowu uogólniam jak to mam w zwyczaju, bo nie chce mi się tłumaczyć, że są pojedyncze jednostki, które robią robotę za kilku, albo nie w każdej firmie tak to wygląda. Jednak niech nikt mi nie zarzuci, że jestem głupim robolem i mi się wydaje że tak robota wygląda, a jest strasznie ciężka. Tak ciężka, że mają jeszcze siłę na cokolwiek innego po pracy.

Żebym ja był zły na nich, ale nie jestem. Może jakbym był większym cwaniakiem, wchodził komu trzeba w dupę i był mniej uczciwszy to bym tak robił i śmiał bym się z frajerów na dole. Jednak nie jestem, w myśl zasady pokorne ciele, dwie matki ssie. Gońcie się z taką filozofią, gońcie się z byciem dobrym, uczynnym i miłym dla ludzi. Ludzie, których nazywałem przyjaciółmi i znałem się dwa lata załatwili mnie tak, że odczuwam to do teraz i jeszcze długo będę. Pier****e się!

Zamiast mnie zamykać w pokoju, wyzywać i bić, żebym nie dostawał ocen poniżej 4- trzeba było mnie nauczyć cwaniakowania i bycia mendą. Z moich dobrych ocen dzisiaj mam depresję, chujowe i ciężkie do przepracowania dzieciństwo, problemy w kontaktach międzyludzkich i kupę bezużytecznej wiedzy. Jest tego więcej, ale jestem zmęczony, by coś wymyślić.

Mam dosyć takiego życia. Znowu iść do pracy i być 8 godzin skupionym, czujnym i wyrabiać jeszcze normy. Uważać na każdego jednego kierownika, który przychodzi i zwraca mi uwagę, kiedy jestem 5 metrów od najbliższe osoby, że muszę mieć maseczkę na nosie przez bite osiem godzin. Największym zagrożeniem dla mnie i dla niego jest to, że podchodzi do mnie i nie zachowuje dystansu.

Nie żeby w jakiejkolwiek pracy w jakiej byłem, było lepiej. Ja zawsze staram się dawać 100% z siebie, ale zawsze to za mało, zawsze mnie to za dużo kosztuje. Mniej się przejmować, mniej robić? Męczy mnie to jeszcze bardziej niż faktyczna praca. 8 Godzin! 8 Jeb***ch godzin. Dzień w dzień i czekanie na wolne, z którego nic nie mam.

Zazdroszczę osobom z #neet tak się powinno żyć. Pasożytować na innych i żyć minimalistycznie. Zazdroszczę i podziwiam. Sam kiedyś neetowałem i nawet nie wiedziałem że to robię. Siedziałem na dupie prawie dwa lata, zniszczony przez depresję i bardzo dobrze to wspominam. Robiłem sobie naleśniki i tylko to żarłem. Grałem w tibię i zarabiałem na pacca, siedząc po kilka godzin dziennie bijąc moby, uprawiając handel etc. Miałem ekipę i zawsze z kimś sobie rozmawiałem. Mimo wszystko to było dobre, a największym problemem byli ludzie, którzy siedzieli po 8 godzin dziennie w robocie, mieli dzieci i byli tak zj***ni jak ja teraz i tylko ich gadanie mnie bardziej niszczyło niż taki tryb życia. Byłem pasożytem na czyimś utrzymaniu? Byłem! Teraz nie jestem i życie mnie mdli bardziej niż wtedy. Teraz bym poszedł do roboty i przepracował kilka miesięcy, żeby resztę roku neetować. Długo tak bym nie dał rady, bo koszty życia są okropnie wysokie i tak naprawdę żyję tak jak wtedy, z tym że nie mam czasu, ani siły na przyjemności i zapierdalam po to tylko, żeby przeżyć kolejny dzień!

Tylko jest tutaj kolejna sprzeczność, bo mam dziewczynę, którą bardzo kocham i chcę z nią być… Coś za coś. Raczej długo byśmy nie wytrzymali, gdybym neetował, a jakbym znów był sam to też by mnie depresja pochłonęła…

Potrzebny mi jakiś złoty środek w tym wszystkim, ale przecież nie ma czegoś takiego. Chcę pracować na pół etatu i zarabiać godziwe pieniądze. Jednak nie dla prostego robola to.

Ja mam zapie*****ć aż zdechnę jak pies, bo tylko tyle jestem warty. Nie daj boże żebym się położył, albo nic nie robił, bo mnie wszyscy zjedzą. Zawiść ich strzeli.

Mam wrażenie, że ludzie po prostu lubią jak ktoś ma tak samo źle jak oni, albo gorzej. Dlatego wszyscy napierają na dzieci, kredyty etc. Bo ja mam przej****e to ty też miej.

W jednej książce przeczytałem skrajny przykład kogoś takiego. Stracił jaja i strasznie go dupa piekła z tego powodu, więc założył klan eunuchów. Atakował innych ludzi, wycinał im jaja i kazał sobie służyć, a potem ci sami ludzie atakowali inne klany i wycinali jaja rywalom, żeby mieli tak samo źle jak oni i przynosiło im to ulgę.

Z każdym akapitem coraz bardziej zasypiam, a nerwy mi opadają. Już nawet nie pamiętam do czego dążyłem tym wpisem i nawet nie wiem ile luk i sprzeczności tutaj zostawiłem.

Jutro na to wszystko spojrzę inaczej.

Tak wiem, jestem idiotą, hipokrytą i mam za wysokie mniemanie o sobie.

Dobranoc.

#depresja #przegryw #zalesie #gorzkiezale #praca #pracbaza


Zobacz: https://lurker.land/post/11o0xhgoD
Data dodania: 9/14/2021, 10:21:08 AM
Autor: wokulski

#smiecizglowy epizod 28

Chodzi mi od dłuższego czasu ten wpis po głowie. Wiem, że przed jego napisaniem powinienem znowu ograć pierwszą i drugą część. Jednak brakuje mi na to czasu, więc jak coś przekręcę, albo się pomylę to nie miejcie mi tego za złe. Po prostu pamięć już nie ta.

Pod pewnymi względami utożsamiam się z postacią Maxa Payne’a z gry Rockstara. Nie chodzi mi tutaj o zgrywanie twardziela i tłuczenie zakapiorów gdzieś na ulicach Nowego Yorku tylko o jego upór i ślepe parcie do przodu w drodze do celu.

Max sam w sobie jest postacią tragiczną, która doświadczyła traumatycznego przeżycia, które zmieniło go o 180 stopni. Nie ma zbyt dużo wzmianek o jego życiu sprzed wydarzeń z jedynki i operując tylko na tym co nam się daje, można wywnioskować, że Maksiu był zwykłym człowiekiem, miał dom, rodzinę i w miarę dobre życie. Amerykański sen jak sam go nazwał.

Wszystko się zmienia po śmierci jego rodziny, gdzie ogarnięty żądzą zemsty postanawia znaleźć winnych całej tej sytuacji. Poświęcił się temu bez reszty. Max stracił wszystko, swój cel i to na co pracował tyle lat. Znalazł nowy cel i poświęcił mu się bez reszty. To był też jego sposób na żałobę. Odnaleźć i zabić tych, którzy mu to zrobili. Gdy się podjął tego zadania, po prostu parł przed siebie, mimo kiepskich wyników przez 3 lata. Nasz protagonista był uparty i nie mógł odpuścić.

Nigdy nie odpuszczał. Uparty jak osioł. Gnał przed siebie jak przecinak co doskonale widać w drugiej części. W pierwszej jeszcze można go usprawiedliwiać żądzą zemsty. W drugiej części już bardziej widać jakim jest typem człowieka, chociaż jest też inny czynnik, a mianowicie to, że Max chce umrzeć i brakuje mu odwagi by zrobić to samemu, lub po prostu jego charakter mu nie pozwala się poddać i woli umrzeć w trakcie walki niż odejść samemu.

Max ma depresję i tylko jego praca i chęć zemsty pozwala mu to przeżyć co idealnie widać gdy przyjrzymy się jego życiu między drugą, a trzecią częścią, gdzie popadł w alkoholizm i został już z niego wrak człowieka, jednak dostając cel zaczyna znowu funkcjonować. Gdy przez jego błąd ktoś ginie, bardzo szybko rzuca alkohol i po raz kolejny poświęca się swojemu celowi bez reszty.

Nie raz w trakcie rozgrywki przez wszystkie części słyszymy to samo od różnych osób: Po co to robisz? Nie możesz po prostu umrzeć? Nie możesz odpuścić?

Max nigdy nie odpuszcza i gdy ruszy do działania to tylko śmierć może go powstrzymać.

Wrobienie go zabójstwo w pierwszej części zadziałało na naszego bohatera w sposób wyzwalający, wyjęty spod prawa, nie mając nic do stracenia zaczął działać lepiej niż przez poprzednie trzy lata. W trzy dni rozwiązał sprawę, odkrył potężny spisek i pomścił śmierć swojej żony i dziecka.

W moim poprzednim wpisie poruszyłem temat wybaczenia. Max mimo pomszczenia swojej rodziny i tak nie odnalazł spokoju, którego potrzebował. Nie chodzi mi o to, że powinien był zapomnieć i nic nie robić w tej kwestii. Wręcz przeciwnie, nie popadajmy w skrajności. Jednak wszystkie te wydarzenia nie naprawiły jego przeszłości i mimo że już nie miał na kim się mścić to jego stan tylko się pogarszał zamiast poprawiać.

Dla Maxa lepsze by było umrzeć w trakcie walki niż ją skończyć.
Niestety skończył ją i stracił cel, a wtedy już tylko głębsze popadanie w depresję i melancholię. Zakotwiczenie się w przeszłości i rozmyślanie nad życiem, które na zawsze utracił. Codzienne koszmary, żal i tęsknota za przeszłością, która już nie wróci.

W dwójce widać o wiele lepiej jego upartość i dążenie do celu. Znów rzucony w wir wydarzeń daje się w nie wciągnąć i rozpoczyna nową walkę. Nie wiadomo po co i dlaczego.

Pewnie mi powiecie, że wcale nie i miało to sens. Jednak ta część to była bardziej sprawa do rozwiązania i trochę osobistych spraw Maxa do załatwienia, nawet gdy los mu podstawił Monę pod nos i możliwość wycofania się. On z tego nie skorzystał, a los zadrwił sobie z niego całkowicie.

On już musi cierpieć… Nazwisko zobowiązuję. To po prostu ból. Tylko nie ten fizyczny tylko psychiczny. Max ma cierpieć.

Mona to już w ogóle był dla niego dar od losu i przekleństwo. Może i femme fatale, jednak przez kilka dni w jego życiu było coś co pozwoliło mu się wyrwać z odmętów depresji i zapomnieć o tym co było.

Tak bardzo, że gdy dostał kulkę w łeb to zamiast się poddać, walczył dalej i pozwolił się uratować Monie. Tak sam stwierdza, jednak nie jestem pewien czy to po prostu nie jego upartość, że nie podda się póki nie skończy tego co zaczął.

W tym momencie dostaje szansę. Odpuść, ciebie to nie dotyczy. Myślą że nie żyjesz, odwróć się na pięcie i idź z Moną. Zacznij żyć, wyrwij się ze szponów przeszłości, masz szansę. Po prostu odpuść!

Nie odpuścił i stracił wszystko. Nie ocalił nikogo, nic nie osiągnął poza zrealizowaniem celu i rozwiązaniem sprawy. Zmarnował szansę i tylko bardziej się pogrążył.

Czasem po prostu trzeba odpuścić.

#maxpayne #gry #nostalgia #psychologia #depresja #nerwica