Lurker.land - tag #pasta

Zobacz: https://lurker.land/post/5NCskJ2s_
Data dodania: 1/14/2022, 10:01:56 PM
Autor: postironicznypoweruser

Nie żebym był entuzjastą hitu "Kobiety są gorące", ale nie można nie docenić tego, jak Norbi uczynił z tej letniej piosenki fundament potężnej kariery. No bo zobaczcie - chłopak ma na koncie 1 (słownie: jeden) szlagier. A teraz spójrzcie na festyn dowolnej gminy większej niż 10.000 mieszkańców, albo dni jakiegokolwiek miasta. Na plakacie na pewno zobaczycie uśmiechniętą mordę Norbiego. Dwadzieścia jeden lat, a ten skurwiel dalej potrafi sprzedawać publice jedną i tę samą piosenkę.

Pomyślcie o tym - granie od dwóch dekad w kółko tej samej melodii to nie jest taka bułka z masłem jak mogłoby się wydawać. Wyobraźcie sobie, że wychodzicie na scenę, przed wami godzinny występ, a wy macie w rękawie jeden hit, trwający trzy i pół minuty. Jakich zdolności logistycznych wymaga takie rozłożenie kolejnych bisów, żeby publiczność nie znudziła się, słuchając po raz piąty tego dnia "Kobiety są gorące"?!

Pan Dudziuk wykorzystał swoją szansę od losu w sposób być może najwybitniejszy w historii polskiej muzyki, albo muzyki w ogóle. Otrzymał na pustyni lekko wilgotną ścierkę i wyżymał ją tak, że założył elektrownię wodną na środku Sahary. Nagranie bangera w teorii to jedno, ale to, czy banger chwyci to inna kwestia. "Kobiety są gorące" jako jedyny utwór w dyskografii ostródzianina chwycił, a mimo to do dzisiaj facet trzepie kasę chałturząc po całym kraju. Gdyby Norbi urodził się z jedną ręką i krztyną smykałki do sportu, pewnie regularnie dostawałby oferty walki o mistrzostwo Polski w boksie, jestem w stanie się o to założyć. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby on faktycznie miał choć odrobinę więcej talentu kompozytorskiego czy producenckiego. Pewnie na śniadanie jedlibyśmy przemielone CDki "Samertajm", bo wszystkie zasoby na Ziemi szłyby na tłoczenie płyt Norbiego.

Powiecie może, że jechanie na jednym hicie nie jest takie trudne, ale weźcie Gabriela Fleszara. Kto to, kurwa, jest Gabriel Fleszar? No właśnie. On nagrał kiedyś hit "Kroplą deszczu namaluję cię", który ówcześnie był radiową petardą na poziomie "Kobiet…", i co? I gówno, panie oficerze. Słuch po nim zaginął, a piosenkę ledwo kto pamięta, mimo że jest młodsza. A Norbi jak grał po 10 koncertów w miesiącu, tak gra nadal. Założę się, że Fleszar ze starości spadnie z rowerka, a Norbi przyjedzie i zaśpiewa "Kobiety są gorące" nad jego grobem.
https://lelum.pl/wp-content/uploads/2020/02/Norbi-1.jpg
#pasta #heheszki #norbi


Zobacz: https://lurker.land/post/Uz2H6qkoD
Data dodania: 1/13/2022, 11:45:49 PM
Autor: enviador

"Uspokój się, bo cię ten brzydki pan zabierze"
To usłyszałem dzisiaj w sklepie, robiąc zakupy. W scence rodzajowej udział brała mama dziecka, lat 40-coś (albo spracowane 35), dziecko lat około 5 i ja, lat 30. Sytuacja stara jak świat - dziecko drze ryja, rodzic traci argumenty i siłę spokoju, po czym przechodzi do groźby - że zły lud (w tej zaszczytnej roli ja) go zabierze. I niby spoko, bo dziecko przestało płakać ale czemu mnie w to wciągnięto? I czemu brzydki pan? Normalnie bym to olał, pokurwił pod nosem i poszedł dalej. Tym razem jednak mi się ulało.
- No dobra - mówię do matki - co się dzieje?
- O widzi pan! - matka mówi teatralnie, jak w jasełkach - Jasiu się brzydko zachowuje! I ponieważ pan jest brzydki, to może go pan zabrać! BO BRZYDKIE DZIECI IDĄ Z BRZYDKIMI PANAMI (normalnie prawie jak hymn pedofilów).
- Spoko, biorę dzieciaka - patrzę na matkę i mrugam okiem.
Matka zadowolona, że dołączyłem do gry. Jednak ona gra w makao, a ja w pokera na noże:
- Zdrowy jest? - pytam matki.
- Słucham?
- Czy zdrowy? - mówię i podchodzę do dzieciaka. Podnoszę mu wargę, patrzę na zęby, badam oczy. Matka dostała lekkiego pierdolca:
- ALE CO PAN ROBI?
- Sprawdzam, czy zdrowy. Chorego nie biorę, nie będę się znowu męczył, ciężko potem sprzedać.
Matkę zatkało, a ja sięgam po telefon, robię dzieciakowi zdjęcie i udaję, że gdzieś dzwonię:
- No siema, mam towar dla Ciebie. Pięć lat, zdrowy, szatynek, brązowe oczy….-udaję, że słucham — nie, aż taki ładny to nie jest. Na adopcję też średnio. Ale może na części? Czekaj, zaraz zapytam:
- Chłopczyk siusia regularnie? Nerki w porządku?
Matka wyrwała do chłopca i zaczęła z nim uciekać. Ja za nią krzyknąłem:
- NO I CO PANI CZAS ZABIERA, JA TU POWAŻNY HANDEL PROWADZĘ A PANI TAK!
Kilka osób się spojrzało, ale w Poznaniu wariatów nie brakuje. Dokończyłem zakupy śmiejąc się pod nosem. A wszystko dlatego, że nazwała mnie brzydkim…
_____
Autor: Piotr Grzesiak

#pasta #sklep #heheszki #dzieci


Zobacz: https://lurker.land/post/JLMMA8oq5
Data dodania: 1/12/2022, 7:16:57 PM
Autor: emrys_vledig

Nie uwierzycie co mi się przed chwilą przydarzyło. Poszedłem jak zwykle po pracy na zakupy do domu, kupiłem chleb, wodę i papier toaletowy. No i kasjerka mi kasuje te zakupy i mówi 86 zł. A ja miałem tylko 30 zł ze sobą bo myślałem jeszcze po starych cenach i nie miałem jak zapłacić.
Nagle ktoś podsuwa do kasjerki banknot 500 zł z wizerunkiem Lecha Kaczyńskiego i płaci za mnie. Odwracam się a tam Prezes Narodowego Banku Polskiego a zarazem Przewodniczacy Rady Polityki Pieniężnej prof. Adam Glapiński. Mówię do niego dziękuję bardzo panie profesorze, proszę mi zostawić numer konta żebym mógł panu oddać to 500 zł. A on mówi, że nie trzeba bo ma tych banknotów mnóstwo bo ostatnio z Mateuszem drukowali cały tydzień i nie ma już gdzie tego upychać, a poza tym zanim dojdzie przelew to i tak to już będzie nic nie warte.
Podziękowałem i zacząłem się kierować do wyjścia. To jeszcze na odchodne powiedział mi że jak chodzę to żebym raczej tak powoli szurał idąc, bo on nie lubi jak się za szybko stopy podnosi.
#heheszki #inflacja #pasta #bekazpisu #takbyloniezmyslam


Zobacz: https://lurker.land/post/vgWoXnYC0
Data dodania: 1/2/2022, 2:20:07 PM
Autor: beconase

1. Bądź właścicielem plantacji trzciny.
2. Przychodzi burza.
3. Potężna wichura.
4. Łamie duże drzewa.
5. Trzciną zaledwie tylko kołysze.
6. Profit
#pasta #heheszki


Zobacz: https://lurker.land/post/DxdxR2rq7
Data dodania: 1/2/2022, 2:07:45 PM
Autor: beconase

Ja pierdolę, ludzie w technikum wyglądają wszędzie tak samo
Patrząc od lewej:
1. Dyrektor Technikum - bardzo fajny gość, można u niego załatwić wszystko. Zawsze bije od niego uśmiech i zapach Brutala. Podobno lubi sobie chlapnąć... chociaż w sumie, kto nie lubi.
2. Daniel - klasowy jebaka-żigolo, człowiek widmo 51% frekwencji. Nie opuścił ani jednej imprezy.
3. Matematyczka - boi się, że nie zdadzą matury, są jej najgorszą klasą.
4. Grzesiek - pracuje po szkole w warsztacie ojca, w wolnych chwilach grzebie przy swojej E36.
5. Wuefista - jest 3 razy starszy od nich i ma 3 razy lepszą kondycje od nich wszystkich razem wziętych. Ostry i stanowczy - lepiej go nie denerwować i zawsze mieć strój. Nigdy nie zdejmuje gwizdka z szyi.
6. Łukasz - klasowy kujon, zawsze przygotowany. Mimo to dobry kolega, zawsze da odpisać zadanie.
7. Pan Andrzej - przedmioty zawodowe, bardzo wymagający.
8. Dawid - klasowy cwaniaczek, nie bardzo lubiany, choć zawsze potrafi się zsolidaryzować, gdy trzeba całą klasą spierdolić z 3 ostatnich lekcji
9. Sebastian - klasowy sebix. Wykorzystuje kontakty z bloków, dzięki czemu jest głównym nadwornym monterem stuffu. Jego brat kończy niedługo wakacje we Wronkach.
#pasta #heheszki


Zobacz: https://lurker.land/post/xkrswgRcx
Data dodania: 1/2/2022, 1:07:59 PM
Autor: beconase

Wymyśliłem wczoraj nową grę miejską.

Wyobraźcie sobie lokal: Multitap. Białe, gołe ściany. Meble z europalet. Muzyka jakby ktoś łączył się do Internetu w latach 90. Rzutnik rzuca na ścianę psychodeliczne obrazki z Internetu.
Za barem pan znający się na piwie – z niejednego pokala piwo wąchał. Tunele, tatuaże, licencjat z socjologii, pęknięty ajfon, fryzura jak samuraj.

Na kontuarze w trzech rzędach, łukiem stoją butelki piwa różnych kształtów i wielkości. Każde jedno zostało uwarzone przez kogoś, kto zna różne nazwy chmielu i ma bardzo dużo postów na forum piwowym. Wszystkie są tak kurwa gorzkie, że wypada dodatkowo brać wodę, żeby je popijać.

W kuchni kucharz-artysta robi koktajl z jagód wojny według Goi i zapieka jarmuż w batatach, przez co w całej knajpie jebie jak w zoologicznym.

Przy stolikach same Taki Hemingłeje i Moniki Brodki. Taki – bystre obserwatory wielkomiejskiego życia w Warszawie – opowiadają o wielkomiejskim życiu w Warszawie, a Moniki Brodki z całych sił próbują zapomnieć Nowy Targ.

Czaicie typ knajpy?
No.

To moja gra polega na tym, żeby do takich miejsc nie chodzić.

#pasta #heheszki


Zobacz: https://lurker.land/post/nRlg3ofVX
Data dodania: 1/1/2022, 10:58:34 PM
Autor: verum

Spotykałem się kiedyś z fanką skoków narciarskich. Na początku było w porządku, jej ulubiony sport nie miał jakiegoś znaczącego wpływu na nasze życie. Czasami tylko jak mieliśmy iść do jakiegoś baru, a ja spytałem gdzie on jest to odpowiadała "HS 140" albo "Punkt konstrukcyjny 124 metry". Nie miałem z tym żadnych problemów. Pojawiły się one dopiero podczas pierwszego stosunku. Wyobraźcie sobie, jej starych nie ma w domu, wszystko się zajebiście klei, całuski itp., ona łapie mnie za rozporek z tekstem "No pokaż te swoje kryształowe kule". Od razu jakoś tak napięcie zeszło. Ale okej. Jedziemy dalej. Gra wstępna, różne pierdoły, zakładam prezerwatywę na kolegę, a ona: "Oj ktoś tu ma za duży kombinezon". WTF. Trochę zrobiło mi się przykro, ale chuj tam, kto wybrzydza ten nie rucha co nie. Skończyło się ogólnie całkiem przyjemnie, no ale po jakichś 4 minutach przytulasków ona daje mi jakieś punkty za styl. I to same 17. Przepraszam, jeden sędzia dał 17,5, bo wytrzymałem dłużej niż poprzednicy. KURWA MIŁO. Po kilku takich spotkaniach zasłużyłem w końcu na pierwszą 18. Czasami jak się nawpierdalała bigosu czy innego dania z kapusty to dawała mi dodatkowe punkty, bo "zmagałem się z niesprzyjającymi wiatrami". Raz oglądaliśmy sobie film i w ogóle nie było w planach żadnego numerku, a ta nagle do mnie żebym podniósł belkę. JA NIE MOGĘ TAK NA ZAWOŁANIE. Kiedy jej odmówiłem od razu zaznaczyła, że z takim podejściem nie wygram tegorocznej klasyfikacji generalnej. Zorganizowała mi nawet turniej czterech skoczni - 4 dni z rzędu dzikiego seksu, 4 dni kwalifikacji (seksu zwykłego). Normalnie pewnie bym się cieszył, ale ciężko było mi patrzeć kiedy dopisuje mi punkty i porównuje mnie z wynikami z poprzednich sezonów. Związek zakończył się po kilku miesiącach, kiedy po seksie powiedziałem jej że wcześniej preferowałem mniejsze obiekty, ale dzięki niej zacząłem lubić skakanie na mamucie. Warto było.

#pasta #skokinarciarskie #mamuty


Śmieszne, nieśmieszne...ale jakie obecnie prawdziwe. :-D

Zobacz: https://lurker.land/post/fsL0ZQNFQ
Data dodania: 12/24/2021, 10:36:53 AM
Autor: xxxxx

https://www.youtube.com/watch?v=sofiKiNINww&ab_channel=BEczKA

#humor #uśmiech #żart #pasta


Zobacz: https://lurker.land/post/3IuTSr20U
Data dodania: 12/10/2021, 8:31:18 PM
Autor: verum

Stało się: Izrael stworzył swój własny program kosmiczny. No i polecieli ci dzielni astronauci w swej koszernej rakiecie. Nowoczesna technologia, lecą niebywale szybko, mijają kolejne planety, gwiazdy, czasem zdarzy się jakaś mgławica... W pewnym momencie są już tak daleko, że pojawiają się masy antymaterii. Nic to, lecą dalej, mijając antygalaktyki, antygwiazdy... Patrzą- antyplaneta. Lądujemy- pada decyzja. I wylądowali na antypolanie. Rozglądają się, a na skraju antypolany, pod antylasem stoi sobie antydomek. Antydym leci z antykomina, pewnie zamieszkany. Podchodzą blizej, zaglądają przez antyokno- pustka. Chwytają antyklamkę, otwierają antydrzwi, a w antysalonie, przy antystole siedzą antysemici.

#pasta #izrael #antysemici


Zobacz: https://lurker.land/post/HdTg4AmcF
Data dodania: 11/30/2021, 6:32:30 PM
Autor: beconase

#heheszki #pasta
zaebane od sąsiada ale śmieszne

Spadł śnieg. O godz. 8:00 - Ulepiłem bałwana.
8:40 - Przechodząca feministka spytała, czemu nie bałwankę.
8:43 - Ulepiłem też bałwankę.
8:50 - Inna feministka poskarżyła się na fakt, że bałwanka ma piersi - w końcu to uprzedmiotowienie kobiet.
8:54 - Para gejów z sąsiedniej ulicy przyszła ponarzekać, czemu nie ulepiłem dwóch bałwanów jednak.
9:02 - Transseksualista/tka/"osoba" spytała, czemu nie zrobiłem po prostu bałwosoby z doczepianymi i odczepianymi częściami.
9:15 - Weganie z sąsiedztwa wpadli z awanturą, iż marchewka to jest ich żywność a nie nos dla bałwosób.
9:22 - Nazwano mnie po raz pierwszy rasistą, gdyż śnieżne postacie są zbyt białe.
9:31 - Mój bliskowschodni sąsiad przyszedł z żądaniem, bym natychmiast ubrał bałwankę w burkę.
9:40 - Przyjechało czternaście radiowozów policji, gdyż muzułmanie z sąsiedniej dzielnicy poczuli się urażeni nagością bałwanków.
9:42 - Feministka z sąsiedztwa złożyła drugą już skargę - tym razem na miotłę u bałwanki, gdyż przypisuje ona stereotypowe role płciowe.
9:48 - Przewodniczący senackiej komisji ds. równości przyjechał i grozi mi odebraniem praw wyborczych oraz sankcjami karnymi.
9:55 - Pokazała się ekipa z telewizji, zadawali mi pytania czy jestem w stanie wskazać różnice między bałwanem a bałwanką. Odpowiedziałem, że to śnieżne "kule" co chyba się im nie spodobało. O 10:00 - pokazali mnie w telewizji oraz nazwali seksistą.
10:10 - Przyjechała opieka społeczna i odebrali mi dzieci.
10:19 - Skrajnie lewicowi demonstranci urządzili marsz po mojej ulicy, domagając się natychmiastowego aresztowania i skazania.
10:41 - policja wręczyła mi sądowy zakaz opuszczania kraju i wezwanie na rozprawę za rozpowszechnianie zachowań homofobicznych i nietolerancję.
11:00 - Pojawiłem się w największych mediach jako rasista, seksista, homofob i faszysta, oraz człowiek podejrzewany o terroryzm, który wykorzystuje pogodę do rozsiewania nienawiści i niepokojów.

W południe śnieg stopniał i po bałwankach nie został ślad.


Zobacz: https://lurker.land/post/n8eR7lkU8
Data dodania: 11/28/2021, 11:25:41 PM
Autor: szachista

Gadam se ze Zbychem o wszystkim i niczym jednocześnie, ot bełkot dwóch alkoholików... Nasza konwersacja zeszła nt. Dąbromirka, jak został orzygany przez moją kochaną siostrzenicę i później kręcił się w pralce oraz koszmaru, który mnie nawiedza: w owym śnie Dąbromirek zjada jej rzygi i pluska się w nich, a ja mówię że będę rzygać, na co on odpowiada że będzie mieć więcej jedzenia... Rzygam więc na niego, a on się cieszy i to je...
Wracając do tematu.
Rozmawiałem ze Zbychem o siostrzenicy i jej chorej sytuacji. Dziś pod chate przyjechała psiarnia żeby zobaczyć czy dzieciątko odbywa kwarantanne, wszak jeden gowniak z jej klasy ma covid i cała jej klasa ma kwarantanne. Bez testów oczywiście. Zamknęli dzieci w domu, ale ich rodziny mogą normalnie rozprzestrzeniać wirusa, o którym mogą nawet nie wiedzieć, bo nie wykonano żadnego testu
Gdzie tu logika? Nie wiem i Zbychu też nie wie, a Dąbromirek siedzi w szafie zakitrany. Kocham #pis i ich geniusz... Japierdole …. #covid19 #nocna #pasta #heheszki


Zobacz: https://lurker.land/post/DpVu3ToTO
Data dodania: 11/22/2021, 7:11:28 PM
Autor: emrys_vledig

Wizyta w księgarni Empik.
Pani: w czym możemy pomóc?
Ja: Szukam książek na temat przepływów strategicznych w heartlandzie
P: Proszę poczekać (lekka konsternacja)
Pani poszła do swojego komputera
P: Przykro mi książki o takim tytule u nas nie ma
Ja: Chodziło mi o grupę książek opisujących układ sił koncertu mocarstw w nowej architekturze bezpieczeństwa krajów piwotalnych
P: Proszę poczekać.

Pani woła za chwilę, żebym podszedł do komputerka. Strona google maps odpalona.
Grupa 3 Pan konsultantek się zebrała i kminią o co temu dziwnemu klientowi chodzi
P: Jak to się pisze?

Wiec mówię jak i dodaje info uzupelniające, wie Pani to grupa książek na bazie mackinderowskiego przesilenia sił, trochę takich kategorii jak szlak jedwabny, cieśnina Malaka. Tak jak by Pani przemieszczała swoje mapy mentalne po drabinie eskalacyjnej 30 lat temu. Klasyka

Pani: Cóż bym mogła Panu zaproponować takiego… hmm. Proszę zobaczyć to i podaje mi Jarosław Kaczyński: "Polska naszych marzeń” (nie mylić z klasyką „globalna szachownica” która w nawiasie lubię choć według mnie bardziej junior partner oryginału), czyli to nowoczesne odgrzanie „Myśli nowoczesnego Polaka” który pachnie jak nowy jedwabny szlak…
Facepalm.
P.S. W Matrasie nie lepiej ze znajomością tematu.
#heheszki #bartosiak #geopolityka #pasta


Zobacz: https://lurker.land/post/0T8Cyt9YX
Data dodania: 11/22/2021, 2:49:25 PM
Autor: verum

Mam nadzieję że większość anonków zna trochę historie i słyszała że w Polsce nie było Waffen SS podczas drugiej wojny światowej.
To kurwa nie prawda xDD
Mame pracuje jako kucharka w przedszkolu, ja typowa spierdolina po technikum nie umiałem sobie sam znaleźć pracy, błąkałem się po firmach ale z racji mojego spierdolenia nikt nie chciał mnie w pracy, wylatywałem po max miesiącu.
Tak więc zrezygnowany dostałem propozycję: praca w przedszkolu.
Nie powiem żeby było źle, pilnowałem dzieciaków, siedziałem przy wyjściu i na boisku. W przedszkolu pracowały same dziewczyny 9/10, z racji tego iż miały swoje sprawy zostawiały mi po kilka grup razem i siedziałem z gówniakami w klasie.
Nie było źle? Może do momentu w którym dostałem gówniaków pod opiekę, śmiali się ze mnie, tylko jeden taki Miłosz siedział zamyślony i patrzył się na mnie smutnym wzrokiem, jakby mi współczuł, wzrok miał orli niczym wielki mistrz 14 i wydawał się za mądry jak na swój podwiek.
Raz próbowałem się zbuntować, nawet poskarżyłem się mamie ale powiedziała że tak ładnie opiekuje się tymi dziećmi i w ogóle karynom byłoby smutno gdybym podpierdolił je do dyrektorki.
Miałem jednego kolegę, Ryśka. Rysiek wieczny bezrobotny skręcał długopisy i plątał jakieś smycze, czasami mi pomagałem skręcić parę długopisów, podczas jednego z takich posiedzeń podczas picia niesamowite trunku zwanego winem siarkowym wpadłem na TEN pomysł.

Następnego dnia byłem już w przedszkolu, około godziny 15:00. Karyny zostawiły mi grupę około 30 gówniaków, wcześniej wydrukowałem sobie flagę III Rzeszy i wypożyczyłem mundur SS-Mana od jakieś grupy rekonstrukcyjnej, oprócz tego zrobiłem kartonową tabliczkę w kształcie półksiężyca, no kurwa po prostu imitację napisu z bramy obozu w Auschwitz Birkenau.
Zamieniłem polskie godło na oprawioną w ramkę kartkę z flagą III Rzeszy z majestatyczną swastyką, zdjąłem krzyż z nad drzwi i powiesiłem tabliczkę z napisem ''Arbeit Macht Frei''.
Krzyknąłem na gówniaków, o dziwo poskutkowało, zaraz potem uśmiechnąłem się do nich i powiedziałem że poprowadzę zajęcia, że będą skręcać długopisy.
Gówniaki ucieszone, rozdałem im w chuj kartonów z częściami które wcześniej załatwiłem u jakieś firmy sprzedającej długopisy, Januszowi skoczył gul i pytał czy nie robię go w chuja, ale jakoś to poszło.
No i skończył się pierwszy dzień, około godziny 17:00 zdjąłem Arbajt macht fraj, flage III Rzeszy i powiedziałem gówniakom że to koniec na dziś.
Nie pamiętam dokładnie ile mi skręcili, ale Janusz był wielce zdziwiony, zainkasowałem wtedy około 2300zł i to kurwa za 2 godziny skręcania długopisów przez gówniaków!
Mój prywatny obóz pracy przynosił nie małe dochody, od jakiegoś czasu taka Grażyna przedszkolanka zaczęła mi podrzucać swoją grupę 4-latków, pomimo swojego wieku byli bardzo produktywni, co przekładało się na obroty.
Oprócz tego pletli mi bransoletki, smycze do kluczy i inne takie pierdołki, w szczytowym okresie mój przedszkolny obóz pracy przynosił około 3400zł za sesję.
Do tego dochodziła pensja z przedszkola, 1450zł, żyłem kurwa jak król a w rzeczywistości gówno robiłem, siedziałem z nogami na biurku. Myślałem czy nie kupić moim podopiecznym pasiastych piżam, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu.

Po jakimś czasie dyscyplina zaczęła się rozluźniać, na koncie miałem już odłożone dobre 25 tys. złotych z tych gówniaków, ale wybuchały bunty.
Jakaś gówniara płakała że nie chce skręcać, to wysyłałem ją na rytmikę razem z zerówką, kolejny gnój zrobił tak samo i mój obóz stanął przed widmem niżu demograficznego, nie mogłem na to pozwolić.
Tutaj wkracza Miłosz, podszedł do mnie i popatrzył na mnie swoimi smutnymi oczami, wskazał na trzech dużych chłopaków którzy bili po głowie inne dzieci.
Postanowiłem kupić szare kurtki i spodnie, ubrałem w mnie Miłosza wraz z moimi nowo zrekrutowanymi SS-manami, ogarnąłem przepaski na ramię z swastykami oraz kupiłem im pałki teleskopowe, powiedziałem że jeżeli wydadzą mnie z tym niecnym procederem, to będę u nich w domu aby zamienić ich prysznic w dozownik cyklonu B.
I tak mijały kolejne tygodnie, ss-mani dostawali za swoja pracę słodycze, przyprowadzili też więcej dzieci, czułem się jak nadczłowiek administrując wielkim obozem pracy który przynosił mi po utworzeniu polskiego Waffen-SS około 5000zł dochodu!
Z Januszem zdążyłem się zaprzyjaźnić, ten debil uwierzył że sam skręcam te długopisy i zapraszał mnie czasem na grilla, na grę w karty. Moje życie nabrało kolorów, żyłem pełnią życia, miałem na wszystko.
Niestety syjonistyczna część przedszkolaków postanowiła obalić moje rządzy, gówniarze zakwestionowali moją pozycje jako fuhrera pytając czy mogą poukładać klocki zamiast skręcać długopisy - wydałem odpowiednie dyspozycje mojej straży która założyła im gacie na głowę.
Próbowali jeszcze parę razy, z miernym skutkiem.
Miałem swój obóz, swoich więźniów i swój oddział penitencjarny, aczkolwiek mi czegoś brakowało.
Zafascynowany trzecią rzeszą zobaczyłem ogromne parady, kupiłem u jakichś bialapolska18141488 takie jakby sztandary które niosą janusze na boże ciało, takie z ikonami np. matki boskiej, tylko te moje były ze swastykami.
Urządziłem paradę, trzy sztandary a reszta przedszkolaków, przedszkole było praktycznie puste, mama pojechała na miasto po kartofle dla gówniaków, boisko stało więc przede mną otworem.
Wręczyłem mojej straży przybocznej sztandary, nauczyłem moich podwładnych salutować po rzymsku i tak oto przechadzaliśmy się na około boiska z sztandarami, w dwuszeregu jako dumny lud rzeszy przedszkolackiej.
Byłem w niebie, krzyczałem po niemiecku ''niech żyje zwycięstwo''! Gówniarze mi wtórowali.
Aczkolwiek każda republika, albo każdy obóz pracy musi kiedyś paść, przyszli Alianci.
Okazało się że Janusz mieszkający niedaleko przedszkola zadzwonił po policje oraz dyrekcję, usłyszał nazistowskie pozdrowienie i to na boisku przedszkola xDD
Kiedy tak salutowałem, nagle pochód stanął, obejrzałem się i zobaczyłem stojących w przejściu do budynku policjantów, dyrektorkę oraz moją mamę.
Zrobił się wielki rumor, policjanci zaczęli mnie bić, dyrektorka wyrywała sztandary ze swastykami Miłoszowi i jego kolegom, nie chcieli oddać, trzeba przyznać że wiedzieli co to wierność ojczyźnie.
Kiedy już mnie wystarczająco zbili, dobiegli do mojego Wafen-SS, wyrwali im sztandary i powiedzieli że propagowanie nazizmu to zbrodnia wobec bratniej armii czerwonej i całego związku radzieckiego, usłyszawszy tą historyczną nieścisłość podniosłem głowę i uświadomiłem policjantów że ZSRR już nie ma, zaraz po tym dostałem z pały w głowę i obudziłem się w szpitalu.
Nie ważne co było dalej, ważne że zmieniłem bieg historii i utworzyłem polskie Wafen-SS.

#pasta #heheszki #ss #przedszkole


Zobacz: https://lurker.land/post/dTL_1OQeg
Data dodania: 11/19/2021, 6:22:33 PM
Autor: verum

Bądź mną
Sącz piwerko z ziomeczkami w osiedlowym barze
Jest ciepło także siedzicie na zewnątrz
Jesteście ostatnimi klientami
o tej godzinie nikt już tu nie chodzi
Jakiś pedałek przechodzi i się na was patrzy
krzyczysz do niego
co się gapisz pedale jebany
usłyszał to
odwraca się ale ty tego nie widzisz
rozpedza się i z pełnym impetem przypierdala Ci w mordę
nie wiesz co się dzieje
reszta ziomeczków w szoku >zaczynają spierdalać
zostajesz sam
próbujesz się podnieść
dostajesz dwa mocne kopy na klatę
3-4 żebra tak bardzo rozjebane
z bólu nie masz sił wstać
czujesz jak ktoś rozwiązuje Ci sznurek w dresie
spadają Ci spodnie
majtki też
czujesz jego oddech na swoich plecach
szepcze Ci do ucha
i kto tu jest jebanym pedałem
czujesz obce ciało w odbycie
pedałek Cię posuwa
dryluje jak płot pneumatyczny
nie wiesz co Cię bardziej boli, żebra czy anus
krzyczałbys ale z braku sił nie możesz
wydajesz tylko jakieś głuche odgłosy
czujesz się jakbyś był dnem oceanu na którym przeprowadza się odwiert
czujesz jak spuszcza się
twój szyb wypełnia się ropą naftową
czujesz ciepło w twoim jelicie grubym
pedałek zostawia cię
ostatkiem sił doczołgujesz się do telefonu i dzwonisz po karetkę
spędzasz 3 miesiące w gipsie
całymi dniami leżysz i gapisz się na ścianę
każdy ruch przypomina Ci o tamtym dniu
włosy ci odrosły
ciało zwiotczało
nikt z twoich ziomeczków cię nie odwiedził
nie powiedziałeś psom co się stało
konfidentem nie jesteś, chociaż jebanym już tak
wracasz do domu
ziomeczki udają, że Cię nie znają
nic dziwnego wyruchał Cię jakiś pedałek
nie czujesz się samotny, na spotkaniach grupowych poznałeś wielu wrażliwych ludzi jak ty
tam też postanowiłeś zmienić swoje życie
wypierdalasz wszystkie dresy i bluzy
i tak są dla Ciebie dużo za duże
często chodzisz na zakupy
systematycznie zaczynasz uzupełniać garderobę o markowe sweterki, koszule, przylegające spodnie, ładny beżowy płaszcz
włosy masz już na tyle długie, że możesz zaczesywać je do tyłu
zamawiasz nowiutkie super stary
często patrzysz w lustro
twoja cera jest za mocno przetluszczona
kupujesz mnóstwo kosmetyków i zaczynasz ich używać
zapisujesz się na wieczorne zajęcia z baletu, bo na siłce wolisz się nie pokazywać
kończą się one bardzo późno
pewnego dnia wracając przechodzisz obok osiedlowego baru
patrzysz na niego
wspomnienia wracają
siedzą tam jakieś seby
tak jak ty z ziomeczkami kiedyś
z letargu wyrywa cię czyiś głos
co się gapisz pedale jebany
idziesz dalej
oj nie
nie możesz tego tak zostawisz
odwracasz się
bierzesz rozpęd
wiesz już co masz zrobić

#pasta #dresy #pedały


Zobacz: https://lurker.land/post/XWSX8Okcl
Data dodania: 10/30/2021, 5:38:17 PM
Autor: emrys_vledig

Stara #pasta z #maklowicz ale bardzo cieszy #gotujzlurkerem:
---------------------------------------------------
Do mojej Almy chodzi Robert Makłowicz, znany krakowski smakosz i krytyk kulinarny. Pan Makłowicz zawsze przychodzi do Almy w butach węgierskich marki Bata (pan Robert jest znanym miłośnikiem przyjaźni polski-madziarskiej), spodniach jedwabnych w kolorze jasnym, białej koszuli oraz uszytej w Budapeszcie na miarę marynarce koloru beż. Twarz jego wygolona wygląda jak księżyc w pełni lub młody cypisek, grzywa zaczesana jest do tyłu, a pan Robert - posiadający 150cm wzrostu przechadzając się po Almie z wypiętą piersią i pozie habsburskiego oficera sprawia wrażenie jakby przybył właśnie z Wiednia z samym poleceniem Najjaśniejszego Pana w ważnej misji.
Pan Robert znany jest z tego, że dba o to, co kupują jego współklienci. Zagląda ludziom do koszyka. Czasem pochwali, czasem zatroskany pokręci głową, czasem poradzi, gdy klient kupi 'salami' z padliny produkowanej w Radomiu zamiast prawdziwego salami z Węgier marki PICK.
Gdy Pan Robert wkracza do sklepu, wielu klientów podąża za nim, aby zobaczyć, co Pan Robert kupi. Pan Robert wspina się na czubkach palców po masło. Tum milczy, aby po chwili szepnąć
Masło Galicyjskie, trzeba też kupić skoro Pan Makłowicz kupuje
Innym razem pan Makłowicz idzie na stoisko z jajkami. Tutaj sprawa jest prosta - kupuje jajka marki Czachorski z wolnego wybiegu lub z kury zielononóżki, które firmuje swoim nazwiskiem. Bardziej odważni podchodzą do pana Roberta i pytają
Panie Robercie, jak przygotować pyszny rosół?
Wtedy on odpowiada
Szanowna Pani, rączki całuję. Potrzebuje pani świeżej jarzyny oraz świeżego tokaja. Jarzynę obwija pani jedwabną nicią,
aby na końcu wyłowić, gdy odda swój smak, a w czasie gotowania na najmniejszym ogniu zbiera pani szumowiny przez
jedwabną chustkę
Powtarza też często pod nosem:
Niezbytnym prawem mieszkańca Europy Środkowej jest sypać tyle papryki suszonej ile tylko dusza zapragnie.
Pan Robert kupuje też często słowacką bryndzę po 5 złotych za kostkę oraz półtorej litry wody mineralnej Szaintkiralyi, która nie tylko smaczna - ale też tańsza niż wody polskie. Ludzie często pytają:
Panie Robercie najdroższy! Dlaczego bez gazu?
Państwo szanowni. Bez gazu, gdyż mam w swoim domu prawdziwy syfon z nad jeziora Balaton. Wodę syfonowaną
następnie mieszam z tokajem otrzymując prawdziwy Szprycer. Dbajcie Państwo o czystość języka, gdyż nuworysze ze
stolicy byłej Kongresowki mówią tak na podłe piwo od dużego browaru wymieszanie z tanim napojem gazowanym Sprajt.
Niestety napotkała mnie raz nieprzyjemna przygoda.
Napotkałem raz pana Roberta przy stoisku z kaszami. Wziąłem z półki paczkę kaszy manny, na co Pan Robert zapytał
Do rosołu?
Ja zdziwony
Panie Robercie, kaszę mannę do rosołu?
Na to pan Robet zaczerwienił się, wrzasnął, wspiął na palce, chwycił za kark i pierdolną mną z całej siły w stoisko z kaszami. Drobne ziarenka rozsypały się naokoło. Ja chciałem się podnieść, lecz przewróciłem się pod ziarnami gryki. Pan Robert krzyczał
KASZĘ MANNĘ? KASZĘ MANNĘ? TY CARSKA SWOŁOCZO KONGRESOWA TY, JA CI POKAŻĘ BUCU TY
PIEROŃSKI. W C.K. GALICJI JADA SIĘ GRYSIK NIE KASZE MANNĘ. ZARAZ POKAŻĘ CI CO SIĘ ROBI Z GRYSIKIEM.
Po czym rozerwał opakowanie grysiku (od tej pory uważam już i tak mówię na mannę), wziął butelkę wody węgierskiej Szaintkiralyi i nalał sobie do ust. Woda w ustach wrzącego ze złości Pana Roberta natychmiast się zagotowała. Pan Robert ściągnął mi spodnie, rozszerzył Anusa, wlał ze swoich ust wrzącą wodę, a następnie wsypał kaszę ciągle mrucząc pod nosem
KASZĘ MANNĘ, KASZĘ MANNĘ. JA MU POKAŻĘ BĘKARTOWI DOŃSKICH OFICERÓW.
Odbyt mój piekł i bolał, a Pan Robert wściekle mieszał drewnianą łygą.
Następnie przewrócił mnie na bok i wyciągnął blok zlepionego grysiku.
PATRZŻE TERAZ PATRZ
Pan Robert wyciągnął zza pazuchy nóż szefa kuchni i zaczął ciąć grysik w drobną kosteczkę
TAK SIĘ SERWUJE GRYSIK DO ROSOŁU TAK. NAUCZŻE SIĘ I NIE POKAZUJŻE MI SIĘ NA OCZY DOPÓKI SIĘ NIE
NAUCZYSZ
Następnie odszedł. Ja leżałem z obolałym odbytem na stoisku z kaszą, gdy zauważyła mnie obsługa. Byli wyraźnie niezadowoleni z tego, jak wyglądały półki i przez cały dzień musiałem zbierać ziarenka z podłogi i wrzucać je do worków.
Od tej pory lubię zaskoczyć rodzinę rosołem tak jak go się robi w Krakowie oraz przyswoiłem mowę oraz zwroty krakowskie.


Zobacz: https://lurker.land/post/-s0dRMQyI
Data dodania: 10/2/2021, 9:40:30 PM
Autor: verum

Rzekomo prawdziwa historia, która obiegła już świat, ale tak przy weekendzie warto do niej wrócić:
Hotel w Londynie. Autentyczna korespondencja pracowników pewnego londyńskiego hotelu z gościem tego hotelu. Hotel opublikował te teksty w jednej z ogólnokrajowych gazet:

Szanowna Pani Pokojówko,

Proszę nie zostawiać w mojej łazience tych małych hotelowych mydełek, ponieważ przywiozłem ze sobą własne duże mydło kąpielowe dial. Proszę też zabrać 6 nieotwartych mydełek z półki pod apteczką i 3 z mydelniczki pod prysznicem, ponieważ mi zawadzają. Dziękuję. S. Berman
------

Szanowny Gościu z pokoju 635,

Nie jestem tą pokojówką, która zwykle sprząta Pański pokój. Ona ma wolne i wróci jutro, czyli w czwartek. Tak jak Pan prosił, zabrałam 3 mydełka spod prysznica. Zdjęłam 6 mydełek z półki i położyłam na pudełku z chusteczkami, na wypadek gdyby Pan zmienił zdanie. Na półce leżą teraz tylko 3 mydełka, które zostawiłam dzisiaj, bo mam polecenie, by zostawiać codziennie 3 sztuki w każdym pokoju. Mam nadzieję, że jest Pan zadowolony. Dotty

------
Szanowna Pani Pokojówko,

Mam nadzieję, że tym razem zwracam się do Pani, która zwyklesprząta mój pokój. Najwidoczniej Dotty nie powiedziała Pani o moim liściku dotyczącym mydełek. Kiedy dziś wieczorem wróciłem do pokoju, zobaczyłem, że położyła Pani 3 kolejne małe camay na półce pod apteczką. Zamierzam pozostać w tym hotelu jeszcze przez dwa
tygodnie i zabrałem ze sobą własne kąpielowe mydło dial, nie będę zatem potrzebował tych 6 małych camay, które leżą na wspomnianej półce i przeszkadzają mi przy goleniu, myciu zębów i tak dalej. Proszę je zabrać. S. Berman
------
Szanowny Panie,

W ostatnią środę miałam wolny dzień i zastępująca mnie pokojówkazostawiła u Pana 3 hotelowe mydełka, bo mamy polecenie od kierownika, by tak zawsze robić. Zabrałam 6 mydełek, które zawadzały Panu na półce, i przełożyłam je do mydelniczki, gdzie trzymał Pan swoje mydło dial, a dial położyłam w apteczce, aby było Panu wygodniej. Nie ruszałam 3 mydełek, które zawsze wkładamy doapteczki dla nowych gości i co do których nie zgłaszał Pan obiekcji, kiedy wprowadzał się Pan w poniedziałek. Jeśli mogę jeszcze czymś Panu służyć, proszę dać mi znać./ Pańska pokojówka Kathy

-----
Szanowny Panie,

Zastępca dyrektora, pan Kensedder, poinformował mnie dziś rano, że dzwonił Pan do niego wieczorem i skarżył się na pracę pokojówki. Przydzieliłam Panu inną osobę. Mam nadzieję, że przyjmie Pan moje przeprosiny za wszelkie kłopoty. Gdyby miał Pan jeszcze jakieś uwagi, bardzo proszę skontaktować się ze mną, bym mogła sama
poczynić odpowiednie kroki. Będę wdzięczna, jeśli zadzwoni Pan wprost do mnie między godziną 8 a 17, numer wewnętrzny 1108. Elaine Carmen, administrator

-----
Szanowna Pani Administrator,

Nie mogę się z Panią skontaktować telefonicznie, ponieważ opuszczam hotel o 7.45 i wracam dopiero o 17.30 lub 18.00. Właśnie dlatego wczoraj wieczorem dzwoniłem do pana Kenseddera. Pani już wtedy nie było. Prosiłem
pana Kenseddera tylko o to, żeby zrobił coś z tymi mydełkami. Nowa pokojówka przydzielona mi przez Panią myślała chyba, że dopiero się wprowadziłem, bo zostawiła u mnie kolejne 3 mydełka w apteczce, poza tymi 3, które zawsze kładzie na półce.W ciągu ostatnich 5 dni zebrałem już 24 mydełka. Czy to się kiedyś skończy? S. Berman
----
Szanowny Panie,

Pańska pokojówka Kathy została pouczona, by nie zostawiać mydełek w Pańskim pokoju. Kazałam jej też usunąć te, które już tam były. Jeśli jeszcze mogę czymś Panu służyć, proszę do mnie zadzwonić: numer wewnętrzny 1108, od 8 do 17. Elaine Carmen, administrator

------
Szanowny Panie Dyrektorze,

Znikło moje duże mydło dial. Z mojego pokoju zabrano wszystkie mydła, łącznie z moim własnym. Wczoraj wróciłem późno i musiałem wezwać posłańca, żeby mi przyniósł 4 małe kostki cashmere bouquet. S. Berman


Szanowny Panie,

Poinformowałem naszą administratorkę, panią Elaine Carmen, oPańskim problemie z mydłami. Nie rozumiem, dlaczego w Pańskimpokoju nie było mydła, wydałem przecież wyraźne polecenie, by każdapokojówka przy każdym sprzątaniu zostawiała w każdym pokoju 3 kostki mydła. Natychmiast poczynimy w tej sprawie odpowiednie kroki. Proszę przyjąć moje przeprosiny za kłopoty, które sprawiliśmy./ Martin L. Kensedder, zastępca dyrektora
-----

Szanowna Pani Administrator,

Kto, do diabła, zostawił w moim pokoju 54 mydełka camay? Wróciłem wczoraj wieczorem i leżały u mnie 54 sztuki. Nie chcę 54 małych kostek camay. Chcę moje jedno jedyne, cholerne, wielkie mydło dial. Czy Pani rozumie, że mam tu 54 kostki mydła? Chcę tylko moje duże dial. Proszę mi zwrócić moje kąpielowe mydło dial. S. Berman

-----
Szanowny Panie,

Skarżył się Pan, że ma Pan w pokoju za dużo mydła, więc poleciłam je sprzątnąć. Następnie poskarżył się Pan panu Kensedderowi, że mydło znikło, więc osobiście przyniosłam je z powrotem 24 kostki camay plus jeszcze 3, które powinien Pan otrzymywać codziennie (sic!). Nic nie wiem o 4 kostkach cashmere bouquet. Najwyraźniej Pańska pokojówka Kathy nie wiedziała, że przyniosłam te mydła, więc także zostawiła 24 sztuki camay plus standardowe 3. Nie wiem, skąd się Pan dowiedział, że goście tego hotelu otrzymują duże kąpielowe mydła dial. Udało mi się znaleźć duże ivory, które położyłam w Pańskim pokoju./ Elaine Carmen, administrator


Szanowna Pani Administrator,

Dziś tylko krótka notatka o stanie mydełek w moim pokoju. Obecnie mam:- na półce pod apteczką 18 kostek camay w 4 słupkach po 4 sztuki plus 1 słupek z 2 sztukami, - na pojemniku na chusteczki 11 kostek camay w 2 słupkach po 4 sztuki plus 1 słupek z 3 sztukami, - na toaletce w sypialni 1 słupek z 3 kostkami cashmere bouquet, 1 słupek z 4 dużymi kostkami ivory, do tego 8 kostek camay w 2 słupkach po 4 sztuki, - w apteczce w łazience 14 kostek camay w 3 słupkach po 4 sztuki plus 1 słupek z 2 sztukami, - w mydelniczce pod prysznicem 6 kostek camay, bardzo rozmiękłych,- na północno-wschodnim rogu wanny: 1 kostka cashmere bouquet, mało używana - na północno-zachodnim rogu wanny: 6 kostek camay w 2 słupkach po 3 sztuki. Bardzo Proszę poprosić Kathy, by przy każdym sprzątaniu dopilnowała, żeby słupki były równo ułożone i odkurzone. Proszę ją także poinformować, że słupki , w których jest więcej niż 4 kostki, mają tendencję do przewracania się. Pozwolę sobie zasugerować, że parapet w mojej łazience nie jest wykorzystywany i że znakomicie nadaje się do składowania kolejnych dostaw.

I jeszcze jedno: kupiłem sobie kostkę kąpielowego mydła dial, którą będę przechowywał w hotelowym sejfie, by uniknąć dalszych nieporozumień. S. Berman

#takasytuacja #pasta #mydło


Zobacz: https://lurker.land/post/X1-PoICTl
Data dodania: 9/7/2021, 6:19:03 PM
Autor: cheater

Ja jebię ale mnie wkurwiają wszelkiej maści internetowi hobbyści w tym kraju, kopałbym ich jak kurczaki. Chcesz zacząć coś robić, nie wiem kurwa łowić ryby, sklejać samoloty, srać psa jak sra, cokolwiek i zadasz kurwom na forum pytanie:

Witam, chcę zacząć chodzić po bułki. Czy lepiej do biedronki czy do lidla? Pozdrawiam.

to po 10 sekundach masz:

Witam, zły dział! Ten temat był już poruszany na forum! Jako, że jesteś nowy to tym razem skończy się tylko na warnie ale w przyszłości UŻYJ OPCJI SZUKAJ. Pozdrawiam, moderator forum wypieki.net

Chcesz zacząć chodzić po bułki? Super! Tylko pewnie masz nogi te same od urodzenia, które niestety po 2-3 pójściach do biedry ci się rozpierdolą więc musisz upierdolić nogi i zamontować tytanowe protezy za 9000 dolarów, do tego buty z aerożelem za 5000zł (dostępne w naszym sklepie internetowym), no i urządzenie mierzące pokonany dystans, tętno oraz poziom chuja starego w twojej dupie, bo inaczej jest ryzyko zawału. Przeczytaj też koniecznie poradnik Sebastiana Gałeckiego (niestety niedostępny w PDF ale możesz kupić w naszym sklepie internetowym za 99,99zł) o przechodzeniu przez ulicę, bo z samochodami nie ma żartów i głównym błędem większości początkujących jest wpierdolenie się pod TIRa. Jeżeli chcesz kupować do 6-8 bułek to wystarczy taka torba sportowa za 500zł ale jeżeli 10 bułek i więcej to potrzebujesz już torby COMBAT z uranu i pajęczej sieci, czasami się pojawiają na allegro. Amerykański żołnierz w Iraku nosi w takiej granaty jak szczela więc to solidny sprzęt, będzie służył latami. Mam nadzieję, że pomogłem, pozdrawiam!

EH PANOWIE CORAZ WIĘCEJ AMATORÓW SIĘ PCHA DO ZABAWY HEHE MAM NADZIEJĘ, ŻE PRZEJDZIE TA NOWELIZACJA USTAWY I PO BUŁKI BĘDZIE MOŻNA CHODZIĆ TYLKO Z LICENCJĄ BO SERIO NIEKTÓRZY NIE MAJĄ ANI DOŚWIADCZENIA ANI WYOBRAŹNI I NA PRZYKŁAD UPUSZCZĄ BUŁKĘ NA PODŁOGĘ

hehe pamiętacie obwarzan75 rogalking jak byliśmy w '99 na zlocie pieczywa tostowego w Siedlcach? Co tam się działo to głowa mała!!! Całe życie z wariatami KTO MA WIEDZIEĆ TEN WIE

KURWAAA #heheszki #pasta


Zobacz: https://lurker.land/post/U491yxtWY
Data dodania: 8/30/2021, 12:56:43 PM
Autor: verum

Czytaliście kiedyś dziennik Bułgarskiego Nindży?
Jeśli nie to właśnie macie okazję nadrobić zaległości

Dzień 1
Do naszej kompanii ochotników przybył pułkownik. Powiedział, że kompania będzie wykorzystywana do utrzymywania światowego pokoju i tajnych akcji dywersyjnych – wszystko to zupełnie nową metodą. Do końca treningu zapewne nie zostanie nikt z nas żywy.
Jeśli ktoś się nie zgadza, niech pisze raport. Rozstrzelanie gwarantowane, ponosimy również pełne koszty pogrzebu, a szczególnie salutów i salwy honorowej. Jesteśmy w szoku…

Dzień 2
Przyszedł nowy sierżant. Będzie się zajmował naszą edukacją. Będziemy poznawać tajne metody i techniki „bułgarnindża”, których do końca nie znają nawet prowadzący. Super tajne. Dla zademonstrowania części tychże, sierżant okręcił wokół małego palca trzy metry drutu kolczastego… później zjadł hełm kaprala Materacova. Znów jesteśmy w szoku

Dzień 3
Uczymy się szybko kopać jamy. Metodą bobrów. Potem je przeskakiwaliśmy. Pod koniec zajęć, każdy potrafił przeskoczyć dziesięciometrową jamę.

Dzień 4
Odpoczynek. (wisimy przywiązani do spodu pryczy sąsiada z góry – sąsiad z góry jest pod pryczą)

Dzień 5
Dla stymulacji naszej skoczności, sierżant rozciągnął nad jamami drut kolczasty i puścił wysokie napięcie. Piętnastometrowe jamy – betka dla dzieciaków.

Dzień 6
Uczymy się przeskakiwać przez przeszkody. Z dwumetrowymi nie mamy problemów. Z pomocą naszego mądrego sierżanta, drutu kolczastego, prądu i desek nabitych gwoździami, przeskakujemy pięciometrowe przeszkody. W nocy całą kompanią udaliśmy się na wiejską dyskotekę. W końcu płot ma tylko trzy metry…

Dzień 7
Przyszła brygada saperów i zbudowała siedmiometrową przeszkodę (również płot jest wyższy) wychodząc z założenia, że człowiek nie jest w stanie poradzić sobie z taką wysokością. Pod przewodnictwem sierżanta, prądu i nabitych gwoździami desek daliśmy sobie radę i z siedmioma metrami. W nocy znów byliśmy na dyskotece. Weszliśmy przez dach. Jak człowiek nie może przeskoczyć siedmiu metrów, może je przelecieć. Przy wydatnej pomocy paliw płynnych.

Dzień 8
Uczymy się pełzać po ścianach. Nie jest łatwo tak za pierwszym razem. Sierżant twierdzi jednak, że nawet osioł potrafi się nauczyć pełzania po ścianach.

Dzień 9
Pełzamy całkiem nieźle ale są upadki. Sierżant rozłożył deski nabite gwoździami na sali ćwiczeń. Spadł na nie szeregowy Bimberiev. Gwoździe się powyginały, Bimberiev nie ucierpiał. Wieczorem wymieniliśmy dwie baryłki ropy na cztery butle miejscowej śliwowicy. Szczerze mówiąc nafta smakowała lepiej. Relaks…

Dzień 10
Pełzamy już prawie profesjonalnie (naszym zdaniem) po ścianach. Kapral Materacov ma lęk wysokości i z poziomu szóstego piętra zaczyna wymiotować. Nie spada jednak, gdyż sierżant obiecał, że mu rozerwie dupsko.

Dzień 11
Wzięli się za dyscyplinę. Do obozu przyjechał komendant naszego okręgu wojskowego, kapitan Drievnov. Rozkazał sierżantowi rozstawienie pułapek celem łatwiejszego wyłapania uciekających w nocy. Sierżant obiecał, że osobiście rozerwie dupsko każdemu, kto wpadnie w pułapkę. Nie jest dobrze.

Dzień 12
Sierżant nadszedł z całkiem siną facjatą. Wpadł we własną pułapkę, którą wcześniej odnalazł szeregowy Durszlakov i przestawił w (jego zdaniem) ciekawsze miejsce. Cały dzień się zastanawialiśmy, jak sierżant sam sobie rozerwie dupsko. Nie doczekaliśmy się, być może zrobił to w toalecie. Nocą udanie poszukiwaliśmy dalszych pułapek. W poczet naszych trofeów zaliczyć można : sześć min przeciwpiechotnych, dziesięć automatów Kałasznikow, trzy wyrzutnie granatów ręcznych, pięć pistoletów i moździerz. Nie ociągając się przestawiliśmy pułapki w ciekawsze (naszym zdaniem) miejsca.

Dzień 13
Sierżant wpadł w trzy pułapki i wygląda jak świeżo malowany kameleon. Na apelu głośno wspominał rodziny całej kompanii. Wieczorem uczyliśmy się rzucać łyżkami i widelcami, bo jak powiedział sierżant – nożem może rzucać nawet skończony idiota. Jutro będziemy się uczyć rzucania parasolami.

Dzień 14
Rzucaliśmy bułgarskim parasolem. Przebija pięciocentymetrową deskę z odległości siedemdziesięciu metrów. Sierżant zaprezentował to samo ćwiczenie z odległości stu metrów. Koniec końcem, jest specjalistą. Powiedział nam, że są parasole, całe z tytanu, ze specjalnym, nie rwącym się materiałem, które spokojnie przebijają pustaki z odległości dwustu metrów. W nocy uciekliśmy z jednostki i wypróbowaliśmy radioaktywny bumerang na jakimś kurniku.

Dzień 15
Z samego rana przyszedł dowódca i powiedział, że do kurnika jednego z wieśniaków wleciał meteoryt, przebił ścianę, zabił trzy kury i wyleciał oknem. Zwłoki kur nie nadają się nawet do identyfikacji. Ich pióra wieśniak postanowił przekazać na Międzynarodowy Fundusz Wspierania Pokoju Światowego. My oznajmiliśmy dowódcy, że u nas jest spokojnie.

Dzień 16
Uczymy się być niewidzialni dla wrogów. Podzieliliśmy się po dwóch i graliśmy w drużynowego chowanego.

Dzień 17
Uczymy się być nie tylko niewidzialni ale i niesłyszalni dla wrogów. Doświadczony w tych sprawach sierżant przywiązał nam dzwoneczki do nóg. Po kilku stymulujących kopniakach opanowaliśmy tę sztukę na tyle dobrze, że ktoś ukradł sierżantowi papierosy. Wyjaśniliśmy, że to szeregowy Bimberiev i że na dodatek wypalił pół paczki sam. Sierżant się zdenerwował i bluźnił po nindżańsku i w kilku innych językach. Przez dwie godziny robiliśmy konspekty z tych przekleństw. Wszak trzeba wiedzieć jak się zachowywać gdzieś poza granicami naszego kraju, wśród obcych wszelkiej maści i narodowości…

Dzień 18
Uczymy się rzucać shurikenami w ruszające się przedmioty – aluminiowe talerze z kantyny. W pewnym momencie przeleciało stado dzikich kaczek. Postanowiliśmy spróbować. Zabiliśmy dwieście sztuk. Później dopiero się zastanowiliśmy co począć z taką ilością mięsa. Sprzedaliśmy je w wiosce. Kupiliśmy szampana i zwyczajem nindż piliśmy za spokój dusz pokonanych dziś przeciwników.

Dzień19
Zorientowaliśmy się, że nasz zapas paliw płynnych znacznie się uszczuplił i potrzeba zekonomizować zużycie. Wieczorem trening szybkiego skręcania turbanów.

Dzień 20
Przyszedł sierżant. Oznajmił, że dzisiaj przejdziemy sprawdzian w terenie. Po pierwsze, dla uzupełnienia podstawowych zapasów, po drugie dla sprawdzenia materiału. Chyba chodziło mu o nas.
Zadanie bojowe polegało na niedostrzeżonym dostaniu się na pole należące do współpracującej z nami wspólnoty rolnej i zebranie pół hektara ziemniaków i kapusty. Zadanie wypełniliśmy. Chyba nawet przepełniliśmy.

Dzień 21
Z samego rana przyszedł przedstawiciel kooperującej z nami wspólnoty rolnej, cały roztrzęsiony, bełkocząc niezrozumiale. Po procedurze Sierżanta składającej się z wypicia dwóch setek śliwowicy na głodnego, udało nam się dowiedzieć od chłopa, że w nocy na jego osobistym polu, hulały siły nieczyste. Zniknęły wszystkie owoce. Dziesięć owczarków kaukaskich pilnujących sadu nic nie widziało i nic nie słyszało. Żeby chłopina z głodu nie umarł, podrzuciliśmy w nocy połowę zbiorów. Chyba pierwszy raz Sierżant jest z nas dumny. Tylko Bimberiev musiał karnie rozplatać drut kolczasty, bo sierżantowi znowu zginęły papierosy. A ta szuja nawet się nie podzieliła.

Dzień 22
Do dowódcy znów przyszedł wieśniak ze wspólnoty. Cały jakby w malarii. Po pięciu śliwowicach na głodnego powiedział, że w nocy wydały owoce cały sad i pole arbuzów a na środku całego terenu wyrosła dwudziestometrowa choinka. Pięciu w pełni uzbrojonych policjantów pilnowało okolicy i nikt nic nie widział ani nie słyszał. Kapitan obiecał pomoc w wyjaśnieniu zajścia. Okazało się, że choinka jest dziełem szeregowego Kacova, który postawił ją tam celem zmylenia potencjalnego przeciwnika.

Dzień 23
Dzisiaj sierżant nas pochwalił. Powiedział, że nawet tacy idioci potrafią nauczyć się czegoś przydatnego. Nie potrafimy co prawda pełzać jak muchy po ścianach ale w końcu jesteśmy jeszcze niedouczeni, niewtajemniczeni w pełni w sztukę "bułarnindża". Dla treningu, sierżant przykleił do sufitu 250 much. Musieliśmy odklejać sztuka po sztuce.

Dzień 24
Ktoś z kompanii nie opacznie zapytał sierżanta, jakie pistolety i karabiny preferują nindże. Sierżant buchnął niczym piec hutniczy i przez trzy godziny wykładał lekcję o tym jak to nindża z pomocą jednego gwoździa jest w stanie zdziesiątkować dwa bataliony piechoty. Sierżant ma ciężką rękę (wiemy to) i na pewno nie przesadza. Kończąc dodał, że pistolety tylko ściągają prawdziwym nindżom spodnie.
W tajemnicy powiedział, że dobrze rzuconym taboretem, można strącić helikopter. Naturalnie dla pewności najlepiej rzucić dwoma, jednym w dziób, drugim w ogon.

Dzień 25
Uczymy się władać bronią białą. Wykorzystujemy do tego drewniane klamki. Na koniec dnia sierżant pokazał nam prawdziwy miecz. Dał nam potrzymać, ja nawet sprawdziłem go zębami. Prawdziwy.

Dzień 26
Kontynuujemy ćwiczenia z bronią białą. Sierżant zademonstrował nam jak szybko zdjąć skórę z królika za pomocą ostrza do golenia. Później my trenowaliśmy. Mięso zebraliśmy i na kolacje było królicze w potrawce. Piliśmy za spokój dusz pokonanych dzisiaj przeciwników. Wieczorem pełzanie po ścianach i zabijanie much.

Dzień 27
Uczymy się rzucać pociskami z pistoletu Makarov. Pod koniec dnia, Durszlakov na tyle dobrze to opanował, że trafiał w środek tarczy ze stu metrów. Prawdziwy nindża. Sierżant kazał przygotować większe tarcze bo niedługo będziemy trenować z moździerzami.

Dzień 28
Ciężki dzień. Rankiem sierżant i kapitan przynieśli cały worek pustych (niezwrotnych) butelek. Dla treningu tłukliśmy je miażdżąc je w dłoniach. Potem czołgaliśmy się po resztkach szkła na golasa. Wieczorem, sierżant tajemniczym głosem kazał nam się stawić w Sali treningowej z przyborami do widzenia w nocy. Zaczyna się prawdziwa część treningu w sztuce „bułarnindża”. W całkowitych ciemnościach zebraliśmy się wokół sierżanta a on nam powiedział podstawową zasadę sztuki. Zszokuj przeciwnika. Kazał Bimberievovi zaatakować.
Bimberiev zamachnął się ręką. Sierżant odstąpił krok, poczym zaczął wykonywać dziwne ruchy. Przypominały kankana ale nogę wywijał na boki a czasem do tyłu. Bibmeriev gapił się na niego jak na wariata. Sierżant postąpił krok w lewo i zdrowo kopnął go jajca. Przeszedł za jego plecy i przy pomocy onucy pokazał nam technikę duszenia. Bimberiev upadł, sierżant wykonał podwójny piruet, przebiegł przez sufit i stanął po drugiej stronie sali. Jesteśmy w szoku…Sierżant puścił nam muzykę i zaczęliśmy od kankana. Trenowaliśmy całą noc.

Dzień 29
Przyszedł przedstawiciel wspólnoty. Bardzo roztrzęsiony. Opowiedział nam, że rano w jego szopie na króliki pasły się owczarki kaukaskie. Po standardowej procedurze sierżanta, odszedł uspokojony. Zdaliśmy test z kamuflażu. Cały dzień trenowaliśmy układanie języka do celowania i strzelania w muchy śliną. Sierżant powiedział nam, że po solidnym treningu splunięciem można zabić słonia.

Dzień 30
Uczyliśmy się pełzać po ścianach i sufitach wyłożonych lustrami. Metodą much, nie dotykając ścian tułowiem. Dobrze, że jesteśmy wytrenowani w upadaniu na gwoździe, wiec nie było strasznie. Wieczorem było nudno. Wszystkie muchy uciekły. Urządziliśmy więc polowanie na karaluchy przy pomocy przyborów do widzenia w nocy.

Dzień 31
Złapane karaluchy pomalowaliśmy na niebiesko z zielonymi plamkami i sprzedaliśmy je w sklepie zoologicznym jako egzotyczne pająki z Karaibów. Poprawiło to stan naszych paliw płynnych. Wieczorem świętowaliśmy pierwszy miesiąc treningu.

Dzień 32
Kosimy trawniki. Gołymi rękoma, bo jak powiedział sierżant – każdy idiota może kosić kosiarką.

Dzień 33
Przyszedł przedstawiciel. Trzęsącym się głosem powiedział, że jego gołębie zwariowały - zrobiły pokaz striptizu. Spytał, czy ma je zabić łopatą , czy czekać na wieczorny meteoryt.
Po procedurze wyjaśniliśmy mu, że ptaki rozchorowały się na powietrzną schizofrenię. A w naszym gronie dochodziliśmy, kto dał gołębiom marihuanę do dziobania. Kacov się przyznał.

Dzień 34
Trening w zaawansowanym kamuflażu. Bimberiev przebrany za bociana zjadł trzy kilo żab. Wymiotował całe popołudnie. Długo i boleśnie. Durszlakov przebrał się za samca niedźwiedzia i przeleciał wielką niedźwiedzicę. Wieczorem czekała przy portierni z pięcioma dzbanami miodu i trzema owcami. Na kolację nieziemskie szaszłyki

Dzień 35
Z samego ranka znów zjawił się znany nam przedstawiciel. Ze łzami w oczach powiedział, że zniknęła cała jego pasieka i wszystkie owce jakie miał. Jako, że jest to nasz ostatni dzień szkolenia w bazie, poczęstowaliśmy człowieka owczym mięsem.
Sierżant ze względu na zakończenie etapu wygłosił patetycznie przemówienie i sprezentował naszej kompanii prawdziwy miecz nindży. Podobno trzymał go sam Connor Mcloud z klanu Mcloud. Nieźle.

Dzień 36
Spaliśmy do obiadu. Koło południa przyszedł porucznik i nas obudził, zebraliśmy bagaże i byliśmy gotowi do drogi. W celu pełnej konspiracji podróżowaliśmy wagonami – chłodniami do naszego celu – poligon blisko wsi Dzivnovo.

Dzień 37
Dotarliśmy na miejsce, po rozpakowaniu bagaży trenowaliśmy chrapanie synchroniczne na naszych pryczach.

Dzień 38
Przyszedł jakiś podpułkownik i powiedział, że jest dowódcą poligonu. Poinformował nas, że będziemy przyswajać obsługę armijnych środków transportu. Po apelu przyszli instruktorzy i rozdali nam motorynki. Później przeprowadzili wykład na temat „ Są trzy rodzaje motorynek” – trzykołowe dla dzieci i starców, dwukołowe dla ludzi normalnych i jednokołowe dla profesjonalistów. Prawda, tak jest, że jednonodzy piechociarze uciekają najszybciej. Bardzo fajnie sobie pojeździliśmy. Tyle że instruktorzy ciągle krzyczeli, że słupy telegraficzne trzeba omijać a nie przez nie przejeżdżać

Dzień 39
Instruktorzy rozciągnęli grube sznury wzdłuż drogi. My się nie przestraszyliśmy i przegryźliśmy je w ruchu. Jak prawdziwi BułgarNindże…

Dzień 40
Uczyliśmy się przeskakiwać przez ściany. Kacov tak się rozpędził, że przejechał przez ceglaną ścianę. Reszta przeskakiwała trzymając motorynki w zębach. Instruktorzy płakali…ze wzruszenia…

Dzień 41
Instruktorzy postanowili zapoznać nas z powietrznymi środkami transportu. Zabrali nas do hangaru z helikopterami. Bimberiev sprawdził śmigło ogonowe zębami poczym odgryzł antenę. Nikt z prowadzących nie zauważył…

Dzień 42
Zaczęliśmy naukę obsługi helikopterów. Są one absolutnie nowe i nikt wcześniej nimi nie latał. Okazało się, że łopaty śmigieł są tytanowe i nie odkształcają się przy ugryzieniu. Instruktor zaczął trzygodzinny wykład o fizycznym aspekcie teorii lotów helikopterami. Po trzech godzinach Kacov, któremu znudziło się spanie, przerwał mu w pół zdania słowami, że dla nas ważne jest za którą rączkę się trzymać podczas lotu, bo przecież prowadzić śmigłowiec potrafi nawet idiota.

Dzień 43
Instruktorzy wyjaśniali nam przeznaczenie akumulatorów w śmigłowcu. Kacov od razu zapytał o przeznaczenie czterech czerwonych wajch w kabinie transportowej. Wyjaśniono nam, że służą do awaryjnego rozruchu śmigieł w razie awarii silnika. Później pięć godzin trenowaliśmy kręcenie wajchą.

Dzień 44
Dziś trenowaliśmy start helikopterem. Zaraz po wylocie obróciłem śmigłowiec do góry płozami. Instruktor, z powodu szybkiej zmiany pozycji, kompletnie stracił orientację w terenie i strasznie się zestresował. Z kieszeni wyciągnąłem piersiówkę i pokazałem mu na czym polega „procedura” naszego starego sierżanta. Chłopina szybciutko się uspokoił i wylądował bezpiecznie.

Dzień 45
Czarny wtorek dla Bimberieva. W czasie lotu połamał drążki do sterowania i w kwestii lądowania wynikły nagle problemy. Niestety musieliśmy strącić maszynę. Dwoma taboretami. Jednym w dziób, drugim w ogon. Ehh… gdyby tylko sierżant mógł nas teraz widzieć…

Dzień 46
Uczymy się latać w szyku. Dlaczego? Nikt nie jest nam w stanie wytłumaczyć. Później trening w lataniu w trudnych warunkach. Latanie slalomem między drzewami to super zabawa. A też i przydatna - nasiekliśmy hektar drewna na zimę…

Dzień 47
Dziś atakujemy cele naziemne. Kacov imitował syrenę drąc się tak głośno jakby co najmniej nasz stary sierżant rozrywał mu dupsko. Niestety pomyliliśmy się i zamiast szarżować nad poligonem, zaatakowaliśmy pobliską fermę strusi. Błąd wyszedł na jaw, kiedy zobaczyliśmy stado jakichś ogromnych, zmutowanych (zdaniem niektórych z nas) kur panicznie uciekających przez okno stodoły.

Dzień 48
Przyszedł pułkownik. Zły jak cholera . Powiedział, że z powodu przerażenia, męski struś został impotentem. Wyraziliśmy współczucie. Poradziliśmy mu żeby wysłał strusia na kursy treningu psychicznego prowadzone metodami Zygmunta Freuda. Hehe…

Dzień 49
Kończymy szkolenie w poruszaniu się pojazdem latającym. Wieczorem zrobiliśmy mały bankiet. Później żeby nie wyjść z wprawy pełzaliśmy po ścianach. A i much było pod dostatkiem. Następnego ranka czekał na nas poligon strzelecki…

Dzień 50
O świcie, zachowując bezwzględne bezpieczeństwo, zamaskowani jako trytony, popłynęliśmy pobliską rzeczką na poligon. Od razu po przybyciu wyznaczono nam instruktora. Pokazał swoje umiejętności splunięciem wybijając oko przebiegającemu trzydzieści metrów od nas karaluchowi. Jesteśmy pod wrażeniem. Ale nie dużym.

Dzień 51
Trenowaliśmy strzelanie z pistoletu. Nogami. Rękoma nawet idiota by potrafił. Tak czy inaczej nuda. Trochę później zauważyliśmy, że pistolety można wykorzystywać jako bumerangi. Kiepsko, ale latają.

Dzień 52
Pokazali nam automat Kałasznikow. Z punktu widzenia bułgarskiego nindży, całkiem niezła maczuga. A jeśli dobrze zakrzywić nóż zatknięty na lufie, można tym kosić siano. Dla królików.

Dzień 53
Dzisiaj trening w rozkładaniu i składaniu karabinu na czas. Kacov z trzech karabinów różnych złożył coś od czego instruktor ciężko westchnął. Wieczorem ćwiczyliśmy strzelanie z pancerzownicy - "strzały 3” Bimberiev próbował trafić w oko wiewiórki. Udało mu się. Przy przeszukiwaniu strzelnicy znaleźliśmy kilka ogonów. Jeden świński ale mięsa nie było…

Dzień 54
Trening w strzelaniu miotaczem min. Niezauważenie umieściliśmy na wierzchu miny wiewiórkę, Przy wystrzale mina poleciała w jedną stronę a wiewiórka w drugą. Nasz instruktor z mądrym wyrazem twarzy stwierdził, że to mina rozdzielająca się, z podwójną głową…

Dzień 55
Wykłady z użycia artylerii. Tylko teoria, bo instruktor bał się wyników naszych ewentualnych ćwiczeń praktycznych. Wieczorem przyniesiono nam list od starego sierżanta. Pisze w nim, że na nami tęskni bo nowa grupa to idioci, którzy nie potrafią nawet spadać na deski z gwoździami. Połowę zapasu paliw płynnych wypiliśmy za zdrowie sierżanta…

Dzień 56
W końcu pozwolili nam wejść na czołgi!! Durszlakov wszedł pierwszy i od razu zaczął jeździć w kółko zakręcając na ręcznym. Po trzech okrążeniach uniosły się tumany kurzu. Zatrzymał się. Widoczność stała się tragiczna, wiec przestał się popisywać. Z powodu klaustrofobii i niezbyt dobrze działającego osobistego aparatu stabilizującego (wynalazek naszych naukowców, bułgarskich naukowców hehe), Durszalkov przeraźliwie zwymiotował na urządzenia elektryczne w wieżyczce. Zrobiło się krótkie spięcie, co uruchomiło instalację przeciwpożarową. Instruktor wygramolił się z pojazdu z odmrożeniami do łokci. Wieczorem Durszlakow regulował osobiste urządzenie stabilizujące tańcząc na sznurku rozciągniętym na podłodze.

Dzień 57
Strzelaliśmy z czołgów!! Przejeżdżając obok krzaków, Kacov zauważył jakiś ruch. Wygarnął pociskami ogłuszającymi. Z zarośli z dzikim krzykiem wybiegła niedźwiedzica z lornetką przyciśniętą do klatki piersiowej wyrywając sobie kępy sierści. Z początku pomyśleliśmy, że to stara znajoma Durszlakova. Dogoniliśmy ją, okazało się, że to nie niedźwiedzica, tylko arabska terrorystka wysłana do nas z tajnego centrum szpiegowskiego w Pieroganie. Poddaliśmy terrorystkę ciężkim torturom. Na początek wyskubaliśmy pincetą włosek po włosku jej wąsy. Potem obcięliśmy jej pazury i zmyliśmy lakier. Kiedy zabraliśmy się za las łonowy nie wytrzymała i do wszystkiego się przyznała. Zapisaliśmy zeznania. Wysłaliśmy też Kacova do lazaretu na badania. Terroryści to coś bardzo niebezpiecznego, mogą przenosić broń bakteriologiczną.

Dzień 58
Wysłaliśmy terrorystkę do centrum dowodzenia. Odlatując krzyczała w naszą stronę „Chuujvam, Chuujvam". Popatrzyliśmy po sobie ale człowieka z takim nazwiskiem u nas nie ma. Po południu trenowaliśmy rzucanie granatami z farbą (marna imitacja prawdziwego, jak się wszyscy zgodziliśmy) w czołgi. Bimberiev wcelował w lufę czołgu. Z maszyny wygramolił się czołgista, cały czerwony, i wielokrotnie wspominał rodzine Bimberieva, całą żeńską linię.

#pasta #bułgaria #ninja #heheszki #tasiemiec


Zobacz: https://lurker.land/post/320m6lqS7
Data dodania: 8/25/2021, 10:50:37 PM
Autor: verum

– Jesteś czarodziejem, Harry – rzekł Hagrid. Twoje miejsce jest w Hogwarcie.
– A czym jest Hogwart? – zapytał Harry
– To szkoła czarodziejów.
– Ale to nie szkoła publiczna?
– Nie. W pełni prywatna.
– Doskonale. Zgadzam się. Dzieci nie są własnością państwa. Każdy, kto pragnie oferować usługi edukacyjne, ma prawo uczynić to na uczciwych zasadach rynkowych. Nie zwlekajmy zatem.

****

– Malfoy kupił całej drużynie najnowsze Nimbusy! – powiedział Ron – To nieuczciwe!
– Wszystko, co możliwe, jest uczciwe. – pouczył go Harry – Jeśli może kupić swojej drużynie lepszy sprzęt, to ma prawo tak postąpić, jak każda indywidualna osoba. Czy istnieje różnica między jego wyższą zdolnością nabywczą a moja przewagą w umiejętności chwytania znicza?
– Chyba nie… – odpowiedział niepewnie Ron
Harry zaśmiał się, wkładając w ów śmiech rozwagę i głębię, jak gdyby uśmiechał się do odległych szczytów.
– Przyjdzie czas, gdy to zrozumiesz, Ronie.

****

Profesor Snape stanął przed salą i przyjrzał się uczniom z błyskiem wyższości w oczach.

– Na tych zajęciach nie będzie głupiego machania różdżką ani niepoważnych zaklęć. Nie oczekuję zatem, by większość z Was doceniła subtelną naturę nauki i skrupulatność sztuki, którą jest tworzenie eliksirów. Ale tych niewielu, u których dojrzę talent… Mogę pokazać wam, jak oczarować umysł i zniewolić zmysły. Mogę zdradzić Wam wiele sekretów – jak skroplić sławę, odsączyć chwałę, lub nawet – stanąć na drodze śmierci.
Ręka Harry’ego wystrzeliła w górę.
– O co znów chodzi? – Zapytał, zirytowany, Snape
– Jaka jest wartość owych eliksirów na otwartym, wolnym rynku?
– Co?!
– Uczy Pan, jak tworzyć cenne produkty na własny użytek, będąc opłacanym z pensji nauczyciela – zamiast próbować, dzięki swym umiejętnościom, zaspokoić istniejący popyt?
– Ty bezczelny chłopcze…
– Z drugiej strony, cóż może powstrzymać mnie od wejścia z eliksirami na rynek, gdy tylko poznam sekrety ich warzenia?
– Ja…
– To zresztą problem do rozważenia na gruncie ekonomii, nie technologii wyrobu eliksirów. Kiedy zaplanowane są lekcje ekonomii?
– W tej szkole NIE ma lekcji ekonomii, chłopcze.
Harry Potter wstał z miejsca powoli i dostojnie. – Na dziś skończyliśmy. Jeśli ktoś z was pragnie poznać praktyczną wiedzę o potędze rynku – chodźcie za mną.
Fala uczniów wylała się na korytarz w ślad za nim. Nareszcie odnaleźli kogoś, kto potrafił im przewodzić.

****

Harry, wraz z Ronem, stanęli naprzeciw Zwierciadła Ain Eingarp. – Boże! – szepnął Ron. – Harry, to twoi rodzice, a oni przecież… nie żyją.
Harry zamrugał i jeszcze raz spojrzał w lustro. – Tak właśnie jest. Ale dziś ta informacja nie jest już istotna czy produktywna. Opuśćmy to miejsce jak najszybciej. Powinniśmy raczej pomóc Hagridowi w jego szczytnej misji. Powinien wyhodować tyle smoków, ile pragnie, pomimo jawnie niesprawiedliwych regulacji dławiących wolny handel tymi stworzeniami.
– Ale to twoi rodzice! – odpowiedział Ron. Ron nadal niewiele pojmował.
– Filarem każdej więzi pomiędzy ludźmi jest cnota przedsiębiorcy, Ronie. – westchnął Harry.
– Nie rozumiem… – odpowiedział Ron
– Oczywiście, że nie – rzekł czule Harry – cnota oznacza, że powinniśmy współdziałać na płaszczyźnie wartości, które możemy dobrowolnie między sobą wymieniać. Wartości każdego rodzaju, poczynając od wspólnych zainteresowań sztuką, sportem czy muzyką, poprzez podobne poglądy filozoficzne i polityczne, a kończąc na celu naszego życia. Ludzie, którzy nie żyją, nie mają tych wartości.
– Ale przecież oni dali ci twoje ży…
– To ja stworzyłem samego siebie, Ronie. – Przerwał mu Harry z pewnością w głosie.

****

– Oddaj mi swą różdżkę – zasyczał Voldemort.
– Tego nie mogę uczynić. Ta różdżka to symbol mojej własności, która jest w istocie materialnym dowodem moich osiągnięć. Własność to produkt ludzkiej zdolności myślenia – odpowiedział Harry z odwagą w głosie.
Voldemort jęknął.
– Istnieje coś, co zasługuje na większą pogardę niż konformista. Jest to nonkonformista, który podąża za trendem.
Voldemort topniał w oczach. Harry odpalił papierosa, bowiem panował nad ogniem.
– Najmniejszą z mniejszości na tym świecie jest jednostka. Ci, którzy odmawiają jednostce praw, nie mogą nazywać się obrońcami mniejszości. Narzucona płaca minimalna jest niczym innym jak podatkiem od sukcesu. To rynek stworzy uczciwą płacę minimalną bez pomocy rządu, ingerującego by narzucić swe bezwzględne ograniczenia.
Voldemort zawył.
– Kopie tej różdżki będę sprzedawał na wolnym rynku, osiągając wielki zysk. I ty również możesz kupić jedną z nich, jeśli zechcesz. Jak każdy.
Voldemort został pokonany.
– Nienawidził nas, bo byliśmy wolni – rzekł Ron.
– Nie, Ronie. Nienawidził nas za to, że działaliśmy wolni.
Hermiona płonęła pożądaniem do obu, jednak żaden z nich nie odpowiadał. Patrzyli gdzieś daleko przed siebie, a przed każdym z nich czekało imperium, które mieli zbudować.

#pasta #harrypotter


Zobacz: https://lurker.land/post/w1yv2O-0S
Data dodania: 8/15/2021, 6:54:44 PM
Autor: lizardking

Odkąd zamieszkałem w wynajętej kawalerce tak słodko przeze mnie zwanej melinką doświadczam czasem dziwnych zjawisk.
Na przykład noce z soboty na niedzielę zdarzają się być serią realnych snów i wybudzeń, jak w "dniu świstaka". Tydzień temu obudziłem się w niedzielę bardzo wcześnie, wyskoczyłem z plecakiem do pobliskiego lewiatana po browarki ale po przekroczeniu furtki otoczyła mnie mgła. Przeszedłem kilak metrów, mgła się skończyła jak nożem ucięta i... Nic nie było. Znalazłem się na łące przyklejonej do pola żyta. Gdzieś w oddali majaczyła spora miedza porośnięta starymi drzewami i jakieś gospodarstwo schowane w ich cieniu. Kłąb mgły za moimi plecami wyglądał nierealnie, jak mały wycinek chmury zawieszony pośród traw w słoneczny poranek.
Później zdarzenia potoczyły się bardzo szybko, ja sam popadłem w jakiś rodzaj katatonii:D Nie zaakceptowałem realności tamtych zdarzeń.
Znalazłem ścieżkę wiodącą przez łąki, nieużytki i miedze dookoła pola, do gospodarstwa. Przez jakiś czas podążałem nią, w głowie pieniły mi się pytania:D
Nagle na kolejnym zakolu owej ścieżki, napotkałem ludzi, odpoczywali w cieniu dębu.
Jeden coś powiedział ale był to dla mnie niezrozumiały bełkot. Wykonałem uniwersalny gest oznaczający nic nie rozumiem, nie mam złych zamiarów: rozłożyłem ręce jednocześnie unosząc ramiona.
Napotkane osoby rozpoczęły między sobą żywą dyskusję. Mimo mojej nieznajomości języka którym się posługiwali domyśliłem się, że rozmawiają o mnie. Często wskazywali na mnie.
Odruchowo zerknąłem po sobie czy nie mam czegoś niestosownego na sobie, nie wiem - jakiejś plamy obleśnej…
Zanim zarejestrowałem logo slayera na swojej koszulce usłyszałem, że ktoś nadjeżdża konno po czym ktoś mnie wylogował mocnym uderzeniem w głowę.
Dalej pamiętam już tylko przebłyski.
Pierwsza próba podniesienia się po odzyskaniu świadomości: kij w brzuch i niebyt.
Ocknąłem się przywiązany do pala na stosie.
Ktoś coś mówił, ktoś coś krzyczał…
Respawn w łóżku, kury sąsiadki, i pies jej co skomle czasem.
Ogarniam, jaki jest dzień? Niedziela - do południa. Ogarniam, wychodzić chcę do sklepu jakiegoś, po piwo i na spacer. Pani Landlady zagaduje, zostawiła smaczne rzeczy do jedzenia, mierzy palec - znowu jest jak w bajce; mówi do mnie, że Landlord w szpitalu... No nie jest dobrze. tajemnica.rar
#shitposting #pasta


Zobacz: https://lurker.land/post/XWS9_QC6v
Data dodania: 8/3/2021, 11:41:34 AM
Autor: puech

Pastolektor Premium Aresztowany za błędy ortograficzne - opowiadanie o przygodach Sebixów
#pasta #patologia #heheszki
https://youtu.be/watch?v=TDMUx10aXVw


Zobacz: https://lurker.land/post/9jZwkETjn
Data dodania: 7/19/2021, 8:23:14 PM
Autor: verum

W moim prywatnym rankigu zwierząt o dziwnych zwyczajach godowych, wirki z rodzaju Pseudobiceros zajmują pierwsze miejsce. Gdy taki wirek spotka wirka, może przyjść mu na myśl "niezła dupa!" i mu stanąć. A że wirki są hermafrodytami, to drugiemu wirkowi przyjść może ta sama myśl i takoż mu staje.
Sytuacja robi się trochę niezręczna. Dla rozładowania napięcia wirki przystępują do epickiego pojedynku na własne przyrodzenia. Cel jest prosty - zapłodnić przeciwnika i samemu nie zaciążyć. Jeden w wirków wygrywa pojedynek w chwili, gdy jego przyrodzenie przebija delikatną skórę przeciwnika i wtłacza w jego ciało świeżutkie plemniki.
Teraz on jest tatusiem, a przegrany - czy teraz już raczej przegrana - mamusią. Oj, w świecie wirków warto przyłożyć się do lekcji szermierki!

#zwierzęta #ciekawostki #pasta

Dla chętnych jest też świeżutki ciąg dalszy, rozszerzony o wizję podobnych zachowań wśród ludzi:
Pokaż spoilerAby uczynić rozmyślania o życiu seksualnym wirków jeszcze bardziej pojebanymi, możemy sobie wyobrazić podobne zachowania u ludzi. Wyimaginujcie sobie tę kultową scenę z "Potopu" - ulewny deszcz, przerwana bitwa, dwie zwaśnione bandy, a pośrodku nich stoją naprzeciw siebie Kmicic i Wołodyjowski, zdecydowani stoczyć szermierski pojedynek o wszystko. W tym przypadku raczej nie na śmierć i życie, a na życie samo. Ściągają gacie i szykują się do pojedynku. Dwa wzwiedzione fallusy lśnią w świetle uderzających błyskawic.

Andrzej Kmicic mierzy "Małego Rycerza" wzrokiem.
- Waść nie wyglądasz na wielkoluda!
Nawykły do kpin Wołodyjowski rzecze chłodno:
- Chcesz waść poczekać aż siąpić przestanie? Żal prokreować w taki deszcz.
- Mi tam wszystko jedno. Oficer zaciąży to i niebo płacze!
Obaj przeciwnicy ujmują swoje członki w dłonie i zaczynają walkę. Ku zaskoczeniu Kmicica, Wołodyjowski macha swoją fają jak wirtuoz, kontroluje pojedynek, kręci młynki jak helikopter, tak szybko, że zdawać by się mogło, że uniesie się zaraz w powietrze i odleci w sobie wiadomym kierunku. Jego przeciwnik nie składa jednak broni, bije batem to w lewo, to w prawo, z obrotem, z półobrotu, bezskutecznie odbijając się od naprężonego prącia Wołodyjowskiego. Coraz bardziej spocony i zdesperowany.

- Waść machasz jak cepem - dogryza mu "Mały Rycerz".

Po raz kolejny technika okazała się ważniejsza od rozmiaru. Zręcznym ruchem, samiusieńką końcówką żołędzia, Wołodyjowski wytrąca Kmicicowi fallusa ze spoconych rąk.
- Podnieś!

Upokorzony Kmicic sięga ponownie po swoje przyrodzenie, nie widząc już jednak nadziei na wygraną. Wie, że Wołodyjowski się z nim po prostu bawi. Gdy ponownie skrzyżowały się ich flety, zdesperowany prosi:
- Kończ waść, wstydu oszczędź!
- Proszę!

Zręcznym ruchem Wołodyjowski pokonuje dziurawą gardę swojego przeciwnika, przebijając mu czoło i wtłaczając przez bliznę miliony malutkich Wołodyjowskich. Kmicic pada na kolana, świadom tego, że w tym momencie stał się mamuśką.


Zobacz: https://lurker.land/post/lkAoRWiQo
Data dodania: 7/3/2021, 1:20:18 PM
Autor: verum

-Areczku widzisz ile mam na głowie, w sobotę to normalnie pracujemy odrobisz w niedzielę, tylko powiedz Miszy żeby Ci bramę otworzył. No więc widzimy, znaczy jesteś w niedzielę punkt 5 rano, tylko się nie spóźnij bo jest dużo do roboty.
-Ale szef wie, że w niedzielę mam chszest?
-To co żeś robił tyle czasu, po co Ci chszest, żenić się będziesz?
-Nie, córka mi się urodziła dwa miesiące temu, mówiłem przecież szefowi.
-Kiedy? Nic nie pamiętam. Coś kręcisz.
-Wtedy kiedy szef mi dniówkę zabrał za wyjście 2 minuty wcześniej.
-Weź mi nie przypominaj i ciesz się, że masz robotę!
-To co z tą niedzielą?
-Ty mnie Areczku nie wkurwiaj, proszę Cię, od tego masz ojca chszetnego żebyś Ty nie musiał.
-Ale szefie, ja muszę być, co ja później powiem żonie i dziecku jak będzie dorosłe.
-Powiesz żeś zarabiał na życie dla nich.
-A tak propo kiedy szef mi wypłaci za zaległy miesiąc i za ten, już 2giego.
-Areczku nie pierdol tylko wracaj do roboty, nie płacę Ci za gadanie.
-Szef w ogóle nie płaci!
-Nie pierdol wracaj do roboty!
-Albo szef da zaległą kasę i wypłatę za ten miesiąc albo to pierdolę i jutro jestem tu z PIPem!
-Ty myślisz, żeś taki mądry, chuja mądry jesteś, przecież te umowy o pracę to ja dla picu z Tobą spisywałem.
-Ale kopię szef dał i to wystarczy.
-Krysiu (krzyczy do sekretarki) mam zawał, dzwoń po pogotowie!
-A Ciebie Areczku pierdolę, mam 100 Ukraińców na Twoje miejsce.
-Po straż graniczną też zadzwonię.
-Krysiu, nie dzwoń nigdzie, a Ty Areczku siadaj.
Szef otwiera sejf z biedronki.
-100, 200, 300, […] 4500 zł masz i w niedzielę jesteś w robocie?
-4500 zł to jest za miesiąc szefie, a w niedzielę i tak mnie nie będzie.
-4500, 4600, 4700, 4800, […] 9000 zł!
- i tamta dniówka i nadgodziny.
-Ty mnie do zawału kurwa Arek doprowadzisz.
-Teraz Arek, a wcześniej Areczku.
-Miałem Cię, za uczciwego człowieka, a Ty mnie służbami straszysz, tego się po Tobie nie spodziewałem.
-Myślał szef, że można Areczka ruchać aż będzie mlaskało. Nie, kurwa.
9100, 9200, 9300, 9400, 9500, […]
-Areczku proszę Cię, Ty mnie zrujnujesz za miesiąc Ci zapłacę, proszę.
-Licz tam! A i podnieś te papiery z podłogi.
Szef podnosi papiery i wpada w osłupienie.
-Wniosek o urlop wypoczynkowy podpisany przez mnie i to od dzisiaj, kiedy ja to podpisałem, to jest fałszerstwo, za to się idzie siedzieć Areczku.
-Chuja tam licz tą kasę i dowidzenia.
-23500 zł, masz i podpisz, żeś odebrał.
-Proszę i dowidzenia.
-Pierdol się Areczku i spierdalaj.
-Szef już powiedział swoje.
-Areczku nie do mnie tak!
-Do mnie też nie, żegnam.
Drzwi zamykają się hukiem.
-Krysia, dzwoń po pogotowie"

#pasta #Areczku #januszebiznesu


Zobacz: https://lurker.land/post/rHHo6RcP5
Data dodania: 6/19/2021, 4:26:02 PM
Autor: ed161

Pracuje w agencji marketingowej obsługującej celebrytów. Wiecie, takich z zasięgami, Instagramem i wilczym biletem na festiwale muzyczne. Rockowe oczywiście. Jedna gwiazda, oficjalnie stary kawaler, a w rzeczywistości mąż córki prezesa stacji telewizyjnej, zlecił nam badania marki. Czy opłaca będzie mu ujawnić.

Policzyliśmy i okazało się, że tak. Same przewidywane zyski z reklam i społecznego wizerunku będą przewyższać jego dotychczasowe zarobki. Jak policzyliśmy, tak facet zrobił. Ilość wszystkich artykułów na plotkarskich internetach była warta 700 tysięcy. Z dnia na dzień dostał propozycje jednorazowego zagrania w reklamie za granicą za 400 tysięcy euro.

Wydaliśmy jednak sporą kasę na czyszczenie Internetu. Na przykład forów internetowych, w których opisane było, jakim facet był bawidamkiem na studiach i z kim to się nie całował. Był nawet jeden film z połowinek
#pasta #reklama #marketing #lgbt #heheszki


Pasta o serwerowni

Zobacz: https://lurker.land/post/uQVJaGKNM
Data dodania: 6/12/2021, 9:39:34 PM
Autor: rogalwpiekarniku

Lewacką moderacja zaciska pętle na pozostałych normalnych użytkownikach chlewu-obsranego-gównem, którego nazwą ust nie brudzę. W związku z tym przywitajmy ich z otwartymi rękami i dajmy świadectwo o panującej tu wolności słowa Pastą o Serwerowni!

Poznań, godzina w pół do komina Pasta o serwerowni Michał Białek kończył nocną wartę w serwerowni wykopu. Za oknem zadłużonej willi poznańskie koziołki ocierały się częściami, których Białek wolałby nigdy nie mieć. Przypomniał sobie o żonie, którą widywał głównie w niedzelne poranki. Stękanie ćwiczącego lewicę Kinera dobiegało zza rzędu wykopowych monitorów. Białek automatycznie podłożył ociekające potem dźwięki pod obraz żony osadzonej na knadze Kinera. Intuicja podpowiadała mu, że lekko otyły kolega z pracy przebiera palcami po najkrótszej części ciała oglądając zdjęcia białkowej połowicy na fejsbuku. Nie mylił się. Czuł jednak dziwaczną dumę połączoną z rozbawieniem, które przyniosła mu owa wizja. ,,Puk puk". Pierwsza myśl - Elfik32. Kurwiszcze, które zrobiłoby wszystko za status moderatora w serwisie. Białek poczuł się ważny. Myśl o zdradzie żony przerodziła się w pewność, że w tę sobotnią noc powstaje dziecko, na które po badaniach DNA nie musiałby wyłożyć ani grosza. Zatliła się w jego biednym umyśle żądza zemsty. Ocknąwszy się wstał i nonszalancko otworzył drzwi. Elfik32. Czarna owca rodu Steckich stała w progu oparta o framugę ze swoim kurewskim uśmieszkiem woźnej. Baletki, krótka spódniczka i motzno zarysowany dekolt jaśniały kontrastującą z nocnym krajobrazem bielą. - wstawiona jak zwykle - pomyślał Białek. Elfik położyła palec na ustach. Białek domyślił się, że odseparowany od świata zewnętrznego Kiner nie usłyszał pukania aktywnej wykopowiczki, która właśnie przyniosła im kanapki. Spod granicy niemieckiej. Elfik sprawnie zzuła obuwie i figlarnie mrugając ruszyła w stronę Kinera. Białek podążał wzrokiem za opalonymi stópkami zmierzającymi w stronę McKinera, nie mogąc powstrzymać wewnętrznego rozbawienia. Za chwilę miał wyjść na jaw fakt, którego nikt z pracowników wykopu osobiście nie widział, choć był świadom jego istnienia. Fakt, który miał zburzyć spokój Kinera na zawsze. Elfik wczołgała się pod biurko i sprawnie wyskoczyła po drugiej stonie. Kiner wybałuszył oczy i odskoczył w tył z naprężonym kutasem w ręku. - Ale... Spojrzenia Białka i Kinera spotkały się. Kiner był zażenowany całą sytuacją, o czym świadczył wyraźny rumieniec na jego aryjskiej twarzy. Śmiech Elfika rozniósł się po pomieszczeniu. - Mała pała jak na administratora. - powiedziała Elfik, ledwie powstrzymując śmiech. Kiner spąsowiał bardziej. Ręce machinalnie powędrowały w stronę rozporka, gdy podchmielona Elfik rzuciła się w tę samą stronę. - Zostaw. - powiedziała stanowczo. Zaskoczony Kiner wypuścił pytonga z ręki. Dziesięciocentymetrowy organ bezwładnie opadł lekko kołysząc się na boki, gdy Elfik doskoczyła do sparaliżowanego grubaska niczym wygłodniała kura i stanowczym ruchem opuściła nieco za duże spodnie. Od czasu nieudanego eksperymentu z rurkami Kiner powrócił bowiem do starych nawyków, co ułatwiło wykopowiczce zadanie. - Jesteś pijana. - wystękał, gdy Elfik chwyciła go za lekko przywiędniętą pałę i chichocząc zaczęła prowadzić w stronę Białka, który obserwował sytuację z zaciekawieniem. Programista nie protestował jednak zbyt zaciekle. Był to pierwszy raz, kiedy kobieca ręka spoczęła na jego wypustce. Było to niewątpliwie ciekawe doznanie, gdyż sam Kiner zdawał się zapomnieć o dziwnych okolicznościach, w jakich doszło do tego przełomowego momentu. Białek nie mógł już powstrzymać rozbawienia, obserwując zesztywniałego Kinera kroczącego za dzierżącą jego orzeszek Elfikiem. Wybuchnął serdecznym śmiechem, mimowolnie puszczając krótkiego bąka o dosyć wysokiej tonacji. - Przepraszam, - rzekł Białek przez łzy - ale nie bardzo rozumiem sytuację. Elfik puściła kinerowe przyrodzenie i kołysząc biodrami powoli podeszła do administratora o podkrążonych od pracoholizmu oczach, zalotnie kręcąc loczek wydłubany spod natapirowanej burzy blond włosów. - Nie planowałam tego. Zawsze byłam spontaniczna. - wyszeptała prowokacyjnie, gmerając już teraz palcami w okolicy guzików różowej koszuli Białka. Kiner zastygł jak posąg w centrum serwerowni. Nie zdawał sobie sprawy, jak komicznie wyglądał z opuszczonymi do kostek spodniami kupionymi przez mamę w second-handzie, z włosami łonowymi w nieładzie i zaczerwienioną od uścisku knagą smętnie zwisającą między otłuszczonymi udami. Poczuł ukłucie zazdrości widząc pierwszą kobietę, której pozwolił się dotknąć, z zapałem liżącą opalony tors Białka. To on powinien być na jej miejscu. Białek zamknął oczy, czując wilgotne pociągnięcia elfikowego języka po swojej klacie. Nie była to zdrada, był to gwałt. Stąd też, domyślając się dalszego przebiegu sytuacji, nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Aby jednak im zapobiec, wyobraził sobie że jego żona jest właśnie posuwana przez murzyna. ,,Co za kurwa" - pomyślał. Czuł się całkowicie oczyszczony z zarzutów. Elfik przeszła do lizania twarzy, by w końcu zbliżyć się do ucha Białka. - Wiesz, do czego tasował twój kolega? - szeptnęła, po kurewsku przenosząc wzrok na jego twarz. - Do zdjęć twoich przeróbek zrobionych przez... - Nie kończ. - przerwał jej …

#adult #heheszki #mem #geopolityka #bekazlewactwa #pasta #pastaoserwerowni