Lurker.land - tag #niewygodneinfo

Nie jest to pewna informacja , ale podobno w Lubinie policja udusiła człowieka .

Zobacz: https://lurker.land/post/anOkQ1U1t
Data dodania: 8/7/2021, 12:54:04 PM
Autor: minral

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-08-07/lubin-policja-uzyla-chwytow-obezwladniajacych-mezczyzna-zmarl-w-szpitalu/

https://streamable.com/4rso0d

#ciekawostki #polska #policja #morderstwo #niewygodneinfo


Zobacz: https://lurker.land/post/KmSnhOiB-
Data dodania: 10/27/2020, 9:04:36 PM
Autor: xeerxees

#rownosc #feminizm #rownoscwobecprawa #niewygodneinfo #humor

https://www.youtube.com/watch?v=oX4tacPsjP4


Kolejny wypadek z udziałem SOP

Zobacz: https://lurker.land/post/APgrn_280
Data dodania: 6/13/2020, 5:59:51 PM
Autor: czarna_mamba

W sobotę w okolicach Opola doszło do kolizji busa należącego do Służby Ochrony Państwa oraz samochodu osobowego. Jak przekazał reporter TVN24, autem osobowym poruszała się rodzina z dwójką dzieci. Rzecznik SOP potwierdził zdarzenie w rozmowie z tvn24.pl i poinformował, że bus nie wyhamował i uderzył w auto, skręcające z głównej drogi. Bus SOP nie przewoził prezydenta.

Do kolizji z udziałem busa Służby Ochrony Państwa i samochodu osobowego doszło w sobotę po południu w miejscowości Folwark na Opolszczyźnie.

Rzecznik SOP w rozmowie z tvn24.pl potwierdził zdarzenie. Jak przekazał, bus SOP jechał na sygnałach, jako pojazd uprzywilejowany. Nie wyhamował i uderzył w osobowe auto skręcające w lewo z głównej drogi. Przyznał, że w busie byli funkcjonariusze SOP, a sam pojazd jechał przed główną częścią prezydenckiej kolumny i nie był jej częścią.

Reporter TVN24 przekazał zaś, że autem osobowym jechała rodzina z dwójką dzieci. Nikomu nic się nie stało. Na miejscu pracują teraz policjanci i pogotowie.

#duda #bekazpodludzi #niewygodneinfo #newsy


Zobacz: https://lurker.land/post/NWu_HwsMx
Data dodania: 2/13/2020, 6:52:48 PM
Autor: xeerxees

#takaprawda #niewygodneinfo #polska

Jak w tym kraju ma być dobrze skoro komunę obaliła Solidarność która była de facto ruchem socjalistyczno-robotniczym. Więc dlatego mamy taki burdel.


Niemcy spróbują zblokować przejęcie linii Condor przez polski kapitał? Rozważają skargę . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/txIwcsk8c
Data dodania: 2/3/2020, 4:35:56 PM
Autor: ziemianin

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #lotnictwo #samoloty #niemcy #polska #plllot #niewygodneinfo

Pojawiły się sygnały (pisze o nich "Sueddeutsche Zeitung"), że Lufthansa rozważa wystąpienie do Komisji Europejskiej o postępowanie przeciwko Polskiej Grupie Lotniczej (w jej skład wchodzi LOT) w/s zakupu niemieckich linii Condor. Niemców z Lufthansy boli to, że w 2014 r. Bruksela wyraziła zgodę na udzielenie 200 mln euro pomocy publicznej dla LOT-u. Zgodnie z unijnym prawem pomoc państwa może być udzielana raz na 10 lat. Niemcy z Lufthansy uważają, że LOT uzyskał taką pomoc jeszcze drugi raz, tj. w 2018 r., dzięki czemu obecnie możliwy był zakup linii Condor.

Niemcy spróbują zblokować przejęcie linii Condor przez polski kapitał? Rozważają skargę do Komisji Europejskiej

Przypomnijmy – wiosną 2013 roku ówczesny premier Donald Tusk stwierdził, że PLL LOT to "studnia bez dna", i że "jedyną realną alternatywą dla scenariusza ciągle powtarzających się kłopotów jest prywatyzacja". Na początku kwietnia 2013 roku Rada Ministrów przyjęła nawet specjalny projekt ustawy umożliwiającej sprzedaż większościowego pakietu akcji PLL LOT. Ta zmiana prawa otwierała drogę do prywatyzacji naszego narodowego przewoźnika. Mówiono, że nabywcą mogłyby być tureckie linie lotnicze Turkish Airlines lub niemiecki Air Berlin.

Na szczęście dla LOT-u nic takiego się nie stało. Trafione inwestycje (przejęcie udziałów estońskiego przewoźnika Nordica; zakup nowej floty samolotów; otwieranie nowych połączeń) oraz dobra koniunktura sprawiły, że nasze narodowe linie lotnicze zwiększyły liczbę pasażerów z 4,3 mln (2015) do 10 mln obsłużonych w 2019 roku. Co ciekawe – ekspansja LOT niemal zbiegła się w czasie z marginalizacją i ostatecznym upadkiem niemieckich linii Air Berlin, które zakończyły operacje lotnicze z dniem 28 października 2017 r.

W 2018 roku powstał Polska Grupa Lotnicza (PGL), czyli państwowy holding w skład którego weszły LOT oraz spółki obsługi naziemnej oraz serwisowej. Wszystkie spółki, które weszły w skład grupy (tj. Polskie Linie Lotnicze LOT, LOT Aircraft Maintenance Services sp. z o.o., LS Airport Services SA. oraz LS Technics sp. z o.o.) wniosły swoje udziały do PGL. W efekcie powyższego można powiedzieć, że właścicielem LOT-u jest obecnie państwowa PGL.

I tutaj Niemcy z Lutfhansy dostrzegają problem. Jak donosi "Sueddeutsche Zeitung" zarząd niemieckiego giganta jest zdania, że powstanie PGL (w skład której wszedł PLL LOT) to forma niedozwolonej pomocy publicznej dla naszego narodowego przewoźnika lotniczego, która w konsekwencji umożliwiła przejęcie niemieckiej linii Condor. Co istotne – taka pomoc może być, za zgodą Komisji Europejskiej, udzielana tylko raz na 10 lat. Tymczasem Bruksela po raz ostatni wyraziła zgodę na udzielenie państwowej pomocy dla LOT-u w 2014 roku. A zatem nie upłynęło jeszcze 10 lat, co dla Niemców z Lutfhansy ma być wystarczającym powodem, aby rozważać opcję wystąpienia do Komisji Europejskiej ze skargą przeciwko Polskiej Grupie Lotniczej w/s zakupu niemieckich linii Condor.

Jaki byłby rezultat takiej skargi, gdyby Niemcy zdecydowali się ją złożyć? Na dziś trudny do przewidzenia. Z jednej strony PLL LOT – wbrew temu co twierdzą Niemcy – w 2018 roku bezpośrednio nie uzyskały żadnej pomocy państwa. Z drugiej strony, jakiś "rozgrzany" eurokrata, który chce walczyć o "polską demokrację" może uznać, że działania państwa polegające na utworzeniu Polskiej Grupy Lotniczej i przejęciu przez nią udziałów pięciu spółek (w tym PLL LOT) mogły być policzone na zdobycie większej "zdolności kredytowej" w bankach kontrolowanych przez Skarb Państwa, dzięki czemu łatwiej udało się zorganizować kapitał na przejęcie niemieckiego Condora (zakup tej linii lotniczej ma być bowiem kredytowany). Jeśli taka narracja przeważy, to PGL będzie musiała zapomnieć o przejęciu Condora. Spółkę tą Polacy będą zobligowani sprzedać, a w takich okolicznościach kwota odstępnego będzie pewnie wielokrotnie niższa od kwoty jej zakupu. Innymi słowy – PGL wyjdzie na Condorze, jak Zabłocki na mydle.


Minister finansów w rządzie PiS chce walczyć z gotówką. Komu przeszkadza ten 'bezpiecznik wolności'?

Zobacz: https://lurker.land/post/2up-dYOBj
Data dodania: 1/31/2020, 2:05:42 PM
Autor: ziemianin

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #pieniadze #gotowka #zlodzieje #niewygodneinfo

Tadeusz Kościński (w rządzie PiS minister finansów) twierdzi, że gotówka jest wielkim obciążeniem dla gospodarki, a koszty jej używania sięgają 17 mld zł rocznie. I właśnie dlatego jednym z jego priorytetów jest maksymalne upowszechnienie płatności bezgotówkowych przy ograniczeniu znaczenia gotówki. Kościński zapomina jednak, że gotówka to prawdziwy filar wolności. Daje poczucie niezależności, szczególnie gdy system zaczyna być za nadto despotyczny. Utrzymywanie tego "bezpiecznika wolności" jest warte 17 mld zł rocznie.

Minister finansów w rządzie PiS chce walczyć z gotówką. Komu przeszkadza ten 'bezpiecznik wolności'?

Dwa lata temu Tadeusz Kościński (wówczas jeszcze wiceminister rozwoju) udzielił wywiadu dla PAP, w którym przekonywał dlaczego warto odchodzić od gotówki na rzecz płatności elektronicznych. – "Gotówka generuje bardzo wysokie koszty dla gospodarki. W ocenie Banku Światowego czy OECD, dla Polski wynoszą one ok. 1 proc. PKB" – mówił Kościński. – "Rocznie za obrót gotówkowy płacimy więc 17 mld zł. W kwocie tej mamy produkcję banknotów, liczenie, przewożenie, przechowywanie. A wydaje nam się, że obrót gotówką nic nie kosztuje" – kontynuował.

I właśnie dlatego jednym z jego priorytetów było rozszerzanie systemu płatności bezgotówkowych w Polsce, tak aby wszędzie, gdzie tylko to możliwe, ograniczyć rolę gotówki, jako środka płatniczego. Czy stopniowe ograniczanie obrotu gotówkowego, to jednak dobry pomysł? Nie mam wątpliwości, że dawanie możliwości wyboru – albo płacę gotówką, albo elektronicznie – jest jak najbardziej pożądane. Nie przekonują mnie jednak argumenty ludzi, którzy twierdzą, że świat bez gotówki byłby lepszym. Po pierwsze: gotówka to swego rodzaju "bezpiecznik wolności". Likwidacja pieniądza papierowego to pełna kontrola nad każdym, dosłownie każdym, dokonanym wydatkiem. W takim świecie stajemy się 100-procentowo zsynchronizowani z systemem, który – przynajmniej teoretycznie – może zrobić z nami co chce. Zablokują nam konto, wyłączą prąd, telefon, internet i leżymy. Nic nie kupimy, nic nie zapłacimy. Po prostu – przestajemy istnieć.

Po drugie: z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że dzień, w którym nastąpi oficjalne wyłączenie obrotu gotówkowego, to dzień w którym narodzi się niejeden system alternatywny. I to będzie wyzwanie dla państwa, jego organów podatkowych, jak i organów ścigania, które z pewnością będzie generowało niemałe koszty.

Jeśli mam być zatem szczery, to lepiej ponosić koszt wspominanych przez Kościńskiego 17 mld zł rocznie (choć pewnie z roku na rok będzie on niższy) i utrzymywać możliwość płacenia gotówką, traktowaną jako "bezpiecznik wolności", aniżeli pozwolić sobie taką możliwość zabrać i skazać się na quasi-legalne systemy alternatywne.


Kasa z Unii wpływa do Polski szerokim strumieniem. Ale jeszcze szerszym z niej wypływa

Zobacz: https://lurker.land/post/pRJ_2TBkD
Data dodania: 1/27/2020, 5:17:38 PM
Autor: ziemianin

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #uniaeuropejska #unijnedotacje #niewygodneinfo #pieniadze

Kto naprawdę jest płatnikiem netto, a kto jest netto biorcą w UE? Oficjalne statystyki mówią, że takie kraje jak Polska, Węgry, Czechy czy Słowacja znaczenie więcej z budżetu UE otrzymują, aniżeli do niego wpłacają. I prawda to. Dla przykładu: w latach 2010 – 2016 Polska wpłaciła do budżetu UE kwotę 28,2 mld euro, a otrzymała z niego 96,7 mld euro. Gdy jednak przyjrzymy się szerzej wszystkim transferom kapitałowym, jakie odbywają się w ramach UE, to okaże się, że większość pieniędzy w Europie płynie ze Wschodu na Zachód, a bilans Polski jest jednoznacznie ujemny.

Kasa z Unii wpływa do Polski szerokim strumieniem. Ale jeszcze szerszym z niej wypływa

Oficjalne statystyki nie pozostawiają wątpliwości – Polska była, jest i co najmniej jeszcze przez kilka dobrych lat będzie otrzymywać z unijnego budżetu znacznie więcej, aniżeli do niego wpłaci. Z danych publikowanych przez Ministerstwo Finansów wynika, że od maja 2004 roku do końca 2017 roku z budżetu UE trafiło do Polski 150,2 mld euro, podczas gdy Polska wpłaciła do budżetu UE 49,3 mld euro składek.

Gdy jednak zanalizujemy dokładnie wszystkie transfery kapitałowe, jakie odbywają się w ramach UE przy wykorzystaniu swobody przepływu kapitału, dóbr czy usług, to okaże się, że większość pieniędzy w Europie płynie ze Wschodu na Zachód, a drenaż finansowy nowych członków UE jest przeogromny. W latach 2010 – 2016 takie kraje jak Polska, Węgry, Czechy i Słowacja otrzymały równowartość od 2 do 4 proc. swojego PKB w ramach środków unijnych. Ale jednocześnie ilość środków finansowych opuszczających te kraje w wyniku inwestycji firm z Europy Zachodniej wynosiła od 4 procent do blisko 8 proc. PKB! Tym samym popularna na Zachodzie narracja, jakoby bogate kraje "starej UE" były hojnymi filantropami pomagającymi biedniejszym wschodnim sąsiadom, którzy polegają na unijnych dotacjach i dobrej woli unijnych "płatników netto", momentalnie pryska niczym mydlana bańka.

W przypadku Polski średnioroczny wpływ transferów netto z UE (jako procent PKB) w latach 2010 – 2016 wynosił 2,5 proc. Tymczasem średnioroczny odpływ zysków i innych dochodów z inwestycji firm z zachodnioeuropejskich (jako procent PKB) w latach 2010 – 2016 wynosił 4,7 proc. Przeliczając to na konkretne kwoty wyjdzie nam, że we wspomnianym okresie otrzymywaliśmy z UE średnio po ok. 10 mld euro rocznie, ale jednocześnie – w wyniku biznesów i inwestycji firm ze "starej UE" – z naszego kraju wypływało po ok. 19 mld euro.

Wniosek z powyższych wyliczeń jest prosty: pieniądze, które firmy z Europy Zachodniej generują z inwestycji dokonanych w Europie Wschodniej, przewyższają ilość pieniędzy wysyłanych na Wschód za pośrednictwem budżetu UE. Nie mam wątpliwości, że powyższe dane powinny być brane pod uwagę w toku negocjacji nad kształtem przyszłego 7-letniego budżetu UE.


Putin chce przekonać świat, że Polska była, jest i będzie antysemicka. Wszystko po to, aby . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/2-J1BP6Ir
Data dodania: 1/18/2020, 1:35:03 PM
Autor: ziemianin

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #rosja #putin #klamca #niewygodneinfo

Najpierw doszło do rosyjskiej "konferencji naukowej", na której rozpowszechniano narracje o Polsce, jako sojuszniku hitlerowskich Niemiec. Następnie w świat poszedł sondaż przeprowadzony przez firmę zarządzaną przez byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu, z którego wynikało, że Polska to obecnie najbardziej antysemicki kraj na świecie. W przyszłym tygodniu dojdzie zaś do izraelskich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Spodziewane jest tam antypolskie przemówienie Putina, któremu nikt nie będzie miał ochoty zaprzeczyć. Po co Rosja tworzy alternatywną rzeczywistość?

Putin chce przekonać świat, że Polska była, jest i będzie antysemicka. Wszystko po to, aby nikt nas nie żałował

Choć patrząc na współczesną Rosję może się nam to wydać nieco abstrakcyjne, to obecni zarządcy Kremla mają prawdopodobnie jasno nakreślone plany, warianty oraz strategiczne zamierzenia na kolejnych wiele lat do przodu. Co do zasady Polska nie odgrywa w nich jakiejś szczególnej roli. Ot mamy kupować od Rosjan surowce. Aż tyle i tylko tyle. Zbieg różnych okoliczności może jednak spowodować, że taką szczególną rolę zaczniemy odgrywać, choć wcale tego nie będziemy chcieli.

Do czego możemy się – jako naród i państwo – przydać Kremlowi? Otóż możemy się przydać do… prowadzenia wojny! Jeśli przestaniemy kupować od Rosjan gaz, ropę i węgiel kamienny, to nasze relacje gospodarcze istotnie się pogorszą. Rosyjskie firmy kontrolowane przez państwo lub oligarchów przestaną na nas zarabiać. A wówczas może być najlepszy czas na wdrożenie przez Kreml "planu B".

Nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg. Problem polega jednak na tym, że tego wroga najpierw trzeba mieć. Polska i Rosja – nie licząc pola polityki historycznej – obecnie nie mają jakiś istotnych krzyżujących się interesów, na kanwie których można by zbudować narrację o wrogu jednoczącym naród, z którym trzeba walczyć i którego trzeba pokonać. Potrzebę takiej narracji można jednak wykreować podstępem.

Na Łotwie (członek NATO i UE) żyje bardzo duża grupa Rosjan, którzy przez władze w Rydze zostali uznani jako bezpaństwowcy. Dlaczego o tym wspominam? Otóż ta wspomniana grupa bezpaństwowców (a dokładnie – sposób ich traktowania przez lokalne władze) może być zarzewiem konfliktu między Rosją a Łotwą. Co jeśli w pewnym momencie Kreml uzna, że prawa tych Rosjan są łamane i trzeba interweniować? Co jeśli Putin (lub jakikolwiek jego następca) zdecyduje się na "wariant krymski", czyli lądowanie "zielonych ludzików" na terytoriach Łotwy, gdzie większość mieszkańców stanowią Rosjanie traktowani przez władze w Rydze jak bezpaństwowcy?

Gdyby taki scenariusz się ziścił, to Łotwa wystąpi o wsparcie UE i NATO. Jest wielce prawdopodobne, że z Brukseli otrzyma jedynie słowa otuchy, a odpowiedź NATO (zakładając, że na terytorium Łotwy nie będzie już stacjonował kanadyjski batalion bojowy) sprowadzi się de facto do ewentualnej reakcji państw sąsiednich, tj. Estonii, Litwy oraz… Polski. Wyruszenie z odsieczą przez Warszawę i wysłanie do Łotwy kilku tysięcy polski żołnierzy, których celem będzie walka z "zielonymi ludzikami" Putina może uruchomić cały ciąg wydarzeń, na końcu którego będzie otwarty konflikt zbrojny między Polską a Rosją. Polska (i Polacy) staną się wówczas dla Rosjan "wspólnym wrogiem", z którym trzeba walczyć i którego trzeba pokonać. Bieżące problemy Rosji związane z gospodarką odejdą na dalszy plan. Teraz na pierwszym miejscu będzie walka ze wspólnym wrogiem, walka z Polakami, którzy w oficjalnej propagandzie będą traktowani jako śmiertelne zagrożenie dla integralności i nienaruszalności granic Federacji Rosyjskiej.

Aby wciągnąć Polskę w konflikt (poprzez np. prowokację łotewską), Kreml musi mieć pewność, że reakcja opinii międzynarodowej będzie co najwyżej ograniczona. Żeby tak się stało najpierw trzeba przekupić kluczowych graczy w regionie, a nasz kraj odpowiednio "zohydzić". Między innymi dlatego Putin tak bardzo dba o relacje z Berlinem, a Francję i Włochy próbuje przekonać, że tylko współdziałanie z Rosją może pomóc w rozwiązaniu kwestii, z którymi UE poradzić sobie nie może, czyli zaprowadzeniem porządku na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej, co miałoby zatrzymać falę uchodźców. W przypadku Polski zaś Kreml uruchomił machinę propagandową, której celem jest wykreowanie i utrwalenie wizerunku Polski, jako kraju antysemickiego. Dlatego w ubiegłym roku zorganizowano w Moskwie "konferencję naukową", na której rozpowszechniano narracje o Polsce, jako sojuszniku hitlerowskich Niemiec. Dlatego nie tak dawno w świat poszedł sondaż przeprowadzony przez firmę zarządzaną przez byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu, z którego wynikało, że Polska to obecnie najbardziej antysemicki kraj na świecie. Dlatego też w przyszłym tygodniu na izraelskich obchodach wyzwolenia Auschwitz Putin powie to co powie…

Ewentualny atak na Polskę, zakończony jakąś formą porozumienia, czy podziału strefy wpływów, to również szansa dla gospodarek Europy Zachodniej. Wszak ktoś (firmy ze "starej UE") nasz kraj będzie musiał odbudowywać. Zniszczona infrastruktura, lotniska, drogi, dworce. Uszkodzone sieci energetyczne i elektrownie. Miliardowe kontrakty zostaną odpalone, ale najpierw musi dojść do zbrojnego i wyniszczającego konfliktu. Political fiction? Oczywiście, że tak. Historia naszego świata pokazuje jednak, że nie takie "niemożliwe" rzeczy miały już szansę się ziścić.


Putin oskarża Polaków o współpracę z Hitlerem? Przypomnijmy mu zatem jak było naprawdę i . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/s3rp-oOzi
Data dodania: 12/27/2019, 12:56:21 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #rosja #niemcy #paktribbentropmolotow #putin #zsrr #niewygodneinfo

Niemcy do prowadzenia wojny potrzebowali surowców (ropy, żelaza, kauczuku), których jednak sami nie posiadali. Pomocną dłoń wyciągnęli wówczas Rosjanie. W 1939 roku, na kilka dni przed podpisaniem Paktu Ribbentrop-Mołotow, zawarta została radziecko-niemiecka umowa handlowa. Przewidywała ona, że Rosjanie dostarczą Niemcom surowców potrzebnych do prowadzenia wojny, w zamian za co Niemcy przekażą Rosjanom technologie i urządzenia techniczne. Efekt? Między II 1940 a VI 1941 r. do Niemiec z ZSRR trafiło co najmniej 900 tys. ton ropy i 500 tys. ton rudy żelaza!

Putin oskarża Polaków o współpracę z Hitlerem? Przypomnijmy mu zatem jak było naprawdę i kto z kim współpracował

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że 19 sierpnia 1939 roku – a więc na kilka dni przed podpisaniem słynnego Paktu Ribbentrop-Mołotow – w Berlinie zawarto strategiczną dla hitlerowskich Niemiec umowę handlową z ZSRR. Przewidywała ona ścisłą współpracę gospodarczą obu państw, której efektem miały być dostawy do Niemiec surowców niezbędnych do prowadzenia wojny. W zamian ZSRR miał otrzymać niemieckie technologie, urządzenia techniczne oraz dostęp do finansowania w niemieckich bankach.

11 lutego 1940 roku doszło do podpisania kolejnej radziecko-niemieckiej umowy handlowej, która była de facto przedłużeniem umowy z 19 sierpnia 1939 roku. Podobnie jak wcześniejsza umowa również ta z roku 1940 przewidywała wymianę radzieckich surowców na niemiecką technologię. Zakładała ona dostarczenie Niemcom przez stronę radziecką w ciągu 12 miesięcy surowców i żywności na sumę 800 milionów marek niemieckich (kwota ta odpowiada dzisiaj kilkunastu miliardom euro).

W efekcie podpisanych umów Niemcy, aż do załamania paktu w czerwcu 1941 roku, otrzymały od ZSRR olbrzymie ilości surowców, bez których prowadzenie wojny w Europie nie byłoby możliwe. Rosjanie wysłali do III Rzeszy m.in.: 900 tys. ton ropy i produktów ropopochodnych, 500 tys. ton rud żelaza, 200 tys. ton bawełny, 18 tys. ton kauczuku oraz 1,6 mln ton ziarna.

Dzięki współpracy z ZSRR możliwe było ominięcie przez Niemców brytyjskiej blokady gospodarczej. Rosjanie stali się w okresie 1940 – 1941 głównym partnerem gospodarczym III Rzeszy oraz najważniejszym eksporterem surowców dla niemieckiego przemysłu wojennego. Od czerwca 1940 import z ZSRR przekraczał 50 proc. całkowitej sumy importu do Niemiec (a do momentu zerwania tej współpracy przez Hitlera w czerwcu 1941 roku wzrósł nawet do 70 proc.).

Powyższa historia pokazuje, że rosyjsko-niemiecka współpraca gospodarcza nie zaczęła się przy okazji budowy gazociągu Nord Stream. Prawda jest taka, że gdyby nie wsparcie gospodarcze Rosjan, jakiego udzielali Niemcom w latach 1939 – 1941, Hitler nie byłby w stanie osiągać tylu sukcesów militarnych i politycznych w początkowym okresie II wojny światowej. Losy tego konfliktu potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby Stalin nie został sojusznikiem Hitlera i nie zdecydowałby się na zawarcie umów handlowych z 1939 i 1940 roku.


Sprzedany przez PO dawny SPEC miał w ub.r. 76,9 mln zł zysku. Obecni właściciele . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/PdL2OnkD1
Data dodania: 12/13/2019, 10:21:47 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #polityka #gospodarka #energetyka #niewygodneinfo #warszawa

Dokonaną przez ludzi z PO prywatyzację SPEC w Warszawie mogło zatrzymać referendum. W tej sprawie zebrano nawet 151 tys. podpisów Warszawiaków. Aby mogło się ono odbyć wystarczyło 130 tys. podpisów. Dlaczego zatem władze Warszawy go nie zorganizowały? Otóż specjalna komisja stwierdziła, że 40 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum było… nieważnych. Ostatecznie SPEC trafił w ręce Francuzów. W ub.r. spółka ta (działająca już pod nazwą Veolia Energia Warszawa) miała 76,9 mln zł zysku na czysto. Obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. tej kwoty.

Sprzedany przez PO dawny SPEC miał w ub.r. 76,9 mln zł zysku. Obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. tej kwoty

SPEC, a dokładnie Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, jeszcze do 2011 roku było spółką miejską, kontrolowaną w pełni przez władze Miasta Stołecznego Warszawy. Spółka ta zarządzała jednym z największych na świecie systemów ciepłowniczych o długości 1700 kilometrów, ogrzewała 19 tys. obiektów i zaspokajała 80 proc. potrzeb cieplnych Warszawy. W istocie była monopolistą. Dodajmy, że monopolistą przynoszącym spore zyski.

W 2009 roku SPEC osiągnął blisko 1,3 mld zł przychodów ze sprzedaży, a zysk na czysto tej spółki wyniósł 36 mln zł. Rok 2010 był jeszcze lepszy – zysk netto osiągnął bowiem poziom 62 mln zł.

Mimo, iż SPEC przynosił Warszawie bardzo duże dochody, w 2009 roku władze miasta podjęły pierwszą próbę prywatyzacji tego przedsiębiorstwa. Pomysł przepadł jednak w głosowaniu Rady Miasta z 15 stycznia – 28 radnych z PiS i lewicy było przeciwnych, w kontrze do 26 radnych z PO, którzy głosowali za prywatyzacją SPEC.

To, co się nie udało w 2009, dokonało się w 2011 roku. Wówczas to władze Warszawy podpisały z francuskim koncernem energetycznym Dalkia umowę prywatyzacyjną, na mocy której 85 proc. akcji SPEC miała zostać sprzedana. Kwotę transakcji ustalono na 1,44 mld zł. Umowa między miastem a inwestorem była warunkowa. Wymagała zgody Rady Warszawy oraz Komisji Europejskiej. Z tym jednak nie było problemu – zdominowana przez polityków PO Rada Miasta Warszawy tym razem taką zgodę udzieliła, a Komisja Europejska bez problemu dała "zielone światło" na realizację tej transakcji.

Po przejęciu przez Francuzów SPEC, któremu zmieniono nazwę na Veolia Energia Warszawa, nadal przynosił zyski. W 2016 roku było to 48,7 mln zł, w 2017 – 68,1 mln zł, a w 2018 roku zysk osiągnął 76,9 mln zł. Co ciekawe – obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. kwoty zysku za 2018 rok w formie dywidendy. Zrobili to, bo mieli do tego pełne prawo, jako akcjonariusze, którymi stali się dzięki prywatyzacji przeprowadzonej przez władze Warszawy w 2011 roku.


Niemiecki sąd najwyższy w całości jest wybierany przez polityków. Czy on również jest . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/7iyhuG9xO
Data dodania: 12/11/2019, 10:02:39 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #sady #niemcy #niewygodneinfo #sedziowie

Przypomnijmy – niemiecki Sąd Najwyższy (Federalny Trybunał Sprawiedliwości) jest wybierany w 1/2 przez członków Bundestagu (16 sędziów) i w 1/2 przez polityków piastujących landowe urzędy ministrów sprawiedliwości (16 sędziów). Część ekspertów i komentatorów uważa, że możliwość wyboru sędziów przez polityków jest sprzeczna z prawem UE, a wyroki wydawane przez tak obsadzony sąd powinny być uchylane lub pomijane. Jeśli tak, to dlaczego do przywrócenia praworządności wzywana jest tylko Polska, a nikt nie robi tego w stosunku do Niemiec?

Niemiecki sąd najwyższy w całości jest wybierany przez polityków. Czy on również jest sprzeczny z prawem UE?

U naszych zachodnich sąsiadów organem wybierającym sędziów pięciu głównych sądów federalnych (w tym także Federalny Trybunał Sprawiedliwości, czyli odpowiednika polskiego Sądu Najwyższego) jest komisja ds. wyboru sędziów (Richterwahlausschuss). Gremium to składa się z 32 członków. Przewodniczy mu minister wytypowany z niemieckiego rządu, który może przedstawiać własnych kandydatów na sędziów, ale nie ma prawa głosu. W skład komisji (z prawem głosu) wchodzi 16 ministrów landowych (a więc 100 procentowych polityków) i 16 wybranych przez Bundestag (a więc organ polityczny) ekspertów biegłych w dziedzinie prawa, którzy – tu ważna uwaga – mogą być politykami (mogą np. zasiadać w Budenstagu).

Niemiecki system wyboru sędziów jest zatem całkowicie uzależniony od tego kto w danym momencie rządzi krajem, kto ma przewagę w Bundestagu (czyli niemieckim sejmie) oraz kto rządzi na szczeblu terytorialnym. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w Polsce, to – patrząc przez pryzmat ubiegłotygodniowego orzeczenia Sądu Najwyższego – stwierdzono by, że wspomniana komisja ds. wyboru sędziów nie spełnia wymogów niezależności (bo wpływ na jej skład mają politycy), a wyroki powoływanych przez nią składów sędziowskich powinny być uchylane lub całkowicie pomijane.

W kontekście powyższego warto odnotować, że w 2017 roku Anne Sanders – niemiecka ekspert prawna pracująca dla Rady Europy – przyznała publicznie, że przyjęty przez PiS sposób powoływania sędziów polskiego Sądu Najwyższego jest taki sam, jak w Niemczech. Dlaczego zatem w Polsce można z tego powodu robić aferę, wszczynać postępowanie przed Komisją Europejską i wzywać do przywrócenia praworządności, a w Niemczech nie? Sanders wytłumaczyła to wówczas mniej więcej następująco: Bo w Niemczech sposób ten obowiązuje dłużej i dlatego "wypracował sobie taki mechanizm kontroli i równowagi".

Nie wiem jak państwa, ale mnie argument o "obowiązywaniu dłużej" i wypracowaniu "takiego mechanizmu kontroli i równowagi" specjalnie mnie nie przekonuje (swoją drogą słowa o "wypracowaniu sobie takiego mechanizmu" brzmią jak słowa Kidawy-Błońskiej, która w kontekście skoku na OFE mówiła o "jakiś kwotach, które wynikają z różnych takich działań"). Czy zatem Komisja Europejska nie powinna w takich okolicznościach wszcząć postępowania w/s naruszenia praworządności wobec Niemiec? Skoro tamtejsi politycy, dokładnie tak samo jak polscy politycy, mają decydujący wpływ na to, kto orzeka w sądach, a w przypadku polskiego systemu wyboru sędziów uznano, iż jest on sprzeczny z prawem UE, to chyba naturalną konsekwencją powinno być wszczęcie postępowania w/s naruszenia praworządności przez Niemcy. Czyż nie mam racji?

Źródła informacji:

Jak wybierani są niemieccy sędziowie. "Dość zadziwiające"

Niemiecka prawniczka: "Polska, demontowane państwo prawa"

Niemiecki system wyboru sędziów


Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Zobacz: https://lurker.land/post/fuLxIaJ6G
Data dodania: 12/5/2019, 8:40:48 PM
Autor: ziemianin

#ccodziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #biznes #polityka #polska #niemcy #pge #elektrownia #energia #niewygodneinfo

Kontrolowana przez rząd największa firma energetyczna w kraju (PGE), właśnie oświadczyła, iż do 2030 roku planuje uruchomić pierwsze farmy offshore, rozwinąć program fotowoltaiki i zbudować elektrownię gazową w Dolnej Odrze (woj. zachodniopomorskie). Wszystko ma kosztować 13 mld euro (czyli jakieś 56 mld zł). Informacja o planach inwestycyjnych PGE zbiega się z wypadającą niebawem 10. rocznicą powołania do życia spółki PGE EJ1, która miała wybudować pierwszą polską elektrownie atomową, a do dziś nie wybrała nawet jej lokalizacji. Zmiana władzy z PO na PiS nic nie dała.

Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Kilka dni temu na łamach tego bloga opisywałem plany naszych zachodnich sąsiadów, które przewidują, iż Niemcy staną się europejskim hubem gazowym i głównym dystrybutorem rosyjskiego Gazpromu. Warunkiem koniecznym powodzenia tego planu jest niedopuszczenie do sytuacji, w której potencjalni nabywcy rosyjskiego gazu z kierunku zachodniego (czyli np. Polska) budują własne systemowe źródła mocy, gdzie energia będzie pochodziła z węgla lub atomu.

Jakub Wiech, ekspert z dziedziny energetyki, nie ma wątpliwości: – "Niemcy walczą z czystą energetyką jądrową w Europie, by w jej miejsce weszły jednostki opalane gazem – a tym paliwem handlować ma Berlin dzięki Nord Streamom. Nie ma to nic wspólnego z ochroną klimatu, ale dużo z niemieckim interesem".

Nie chce mówić, że na wieść o ogłoszeniu przez PGE planów budowy dużej elektrowni gazowej tuż przy granicy z Niemcami, u naszych sąsiadów (zarówno tych po zachodniej, jak i wschodniej stronie) strzeliły korki od szampana, ale nie mam wątpliwości, że nikt tam przeciwko takiej inwestycji protestować nie będzie. Chodzi bowiem o potencjalnie bardzo dużego odbiorcę gazu ziemnego, który – tu znowu kluczowe słowo – potencjalnie może być dostarczany z Rosji do Niemiec (poprzez Nord Stream), a dalej odsprzedawany do PGE. Na takiej transakcji zarobiliby zarówno Rosjanie, jak i Niemcy. To przede wszystkim w ich interesie leży, aby na terytorium Polski powstawały tego typu inwestycje. To w ich interesie jest również to, aby pierwsza polska elektrownia atomowa nie powstała nigdy, a nowe bloki węglowe, takie jak Ostrołęka C, były rząd porzucane (co podobno się właśnie dzieje – więcej info tutaj swoją drogą jeśli to prawda i rząd PiS rzeczywiście chce porzucić realizację elektrowni "Ostrołęka C" – którą miała budować amerykańska firma i teraz trzeba będzie płacić Amerykanom wielomilionowe odszkodowania za zerwanie kontraktu – to mamy do czynienia z gigantyczną aferą, do opisania na blogu w odrębnym artykule).

Ktoś powie, że do nowej elektrowni gazowej PGE w Dolnej Odrze będzie dostarczany norweski gaz z Baltic-Pipe. No i pewnie tak będzie, tylko najpierw wspomniany Baltic-Pipe musi powstać. A póki co istnieje on tylko na papierze i taki stan może jeszcze trochę potrwać. Tymczasem Nord Stream 1 już działa, a budowa Nord Stream 2 zakończy się najdalej w drugiej połowie przyszłego roku.

Powtórzę zatem raz jeszcze – decyzja o budowie dużej elektrowni gazowej przy granicy z Niemcami będzie pozytywnie odbierana w Berlinie (i pośrednio w Moskwie). Wątpię, aby ktokolwiek po niemieckiej stronie chciał zablokować tę inwestycję, tak jak zablokowano polską inwestycję w atom, kiedy to w 2011 roku nasi zachodni sąsiedzi oraz działające tam organizacje ekologiczne wysłały do Komisji Europejskiej w tej sprawie specjalny list protestacyjny, a rząd Tuska otrzymał aż 20 tys. indywidualnych niemieckich zastrzeżeń dotyczących polskiego programu jądrowego.

Offshore, fotowoltaika i elektrownia gazowa będą kosztowały PGE ok. 13 mld euro


Niemcy są przeciw energii atomowej w Polsce, bo chcą nam sprzedawać rosyjski gaz z Nord Streamu

Zobacz: https://lurker.land/post/tela4SJx4
Data dodania: 12/2/2019, 10:31:53 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #energetyka #energetykajadrowa #niemcy #rosja #polska #polityka #niewygodneinfo

Dlaczego nasi zachodni sąsiedzi tak intensywnie walczą o powodzenie Nord Streamów? Odpowiedź jest prosta: chodzi o gigantyczne pieniądze. Dzięki tym gazociągom Niemcy staną się europejskim hubem gazowym i głównym dystrybutorem rosyjskiego Gazpromu. Zyski z tego tytułu będą olbrzymie. Dlatego też niemieccy politycy starają się dławić w zarodku wszelkie inicjatywy, które są na kursie zderzeniowym z ich gazowymi interesami. Rozwój energetyki atomowej w Polsce i w UE jest na takim kursie. Stąd m.in. 20 tys. oficjalnych niemieckich protestów w/s polskiej elektrowni atomowej.

Niemcy są przeciw energii atomowej w Polsce, bo chcą nam sprzedawać rosyjski gaz z Nord Streamu

Niemieccy europosłowie zaproponowali, aby treść unijnej deklaracji ws. kryzysu klimatycznego, która ma być zaprezentowana na zbliżającym się szczycie COP25 w Madrycie, zawierała zapowiedź wygaszenia wszystkich elektrowni atomowych na terenie Unii Europejskiej. Dlaczego niemieccy politycy chcą wyłączenia wszystkich elektrowni jądrowych UE, skoro nie emitują one żadnych gazów cieplarnianych podczas produkcji energii i są kompletnie neutralne z punktu widzenia zmian klimatycznych?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił w książce "Energiewende. Nowe niemieckie imperium" Jakub Wiech, ekspert z dziedziny energetyki: – "Niemcy walczą z czystą energetyką jądrową w Europie, by w jej miejsce weszły jednostki opalane gazem – a tym paliwem handlować ma Berlin dzięki Nord Streamom. Nie ma to nic wspólnego z ochroną klimatu, ale dużo z niemieckim interesem".

Jednym z założeń niemieckiej polityki energetycznej jest utworzenie z tego kraju "europejskiego huba gazowego", który miałby dystrybuować rosyjski gaz dostarczany przez gazociągi Nord Stream 1 & 2 na całą Unię Europejską. Aby wszystko "spięło się" jednak z ekonomicznego punktu widzenie, trzeba najpierw wygenerować odpowiedni popyt na gaz ziemny dostarczany do Niemiec po dnie Bałtyku przez Gazprom. Wpływ na taki popyt bez wątpienia miałoby przeforsowanie pomysłu likwidacji elektrowni atomowych funkcjonujących na terytorium UE. Wszak w przypadku realizacji tak sformułowanego postulatu elektrownie jądrowe będą musiały być zastąpione innymi siłowniami o znaczeniu systemowym. Węgiel jest na cenzurowanym, a OZE nigdy nie zapewnią stałych dostaw mocy. W takich okolicznościach elektrownie na gaz sprowadzany z Rosji i dystrybuowany przez niemieckie firmy byłyby "idealnym" rozwiązaniem.

Patrząc przez pryzmat powyższego nie powinno nas dziwić, że w zawartej w 2018 roku umowie koalicyjnej między głównymi partiami rządzącymi Niemcami stwierdzono, iż energetyka atomowa jest zagrożeniem dla możliwości eksportowych niemieckich firm na rynkach międzynarodowych.

Warto również przypomnieć, że już w 2011 roku nasi zachodni sąsiedzi oraz działające tam organizacje ekologiczne wysłały do Komisji Europejskiej specjalny list protestacyjny w sprawie planowanej w Polsce pierwszej elektrowni atomowej. Do rządu w Warszawie trafiło również – uwaga – aż 20 tys. indywidualnych zastrzeżeń dotyczących polskiego programu jądrowego (!). Niemcy po prostu dbali o swoje interesy. Wiedzieli, że jeśli w Polsce powstanie siłownia jądrowa, to produkowana w naszym kraju energia będzie – po pierwsze – tańsza od energii produkowanej przez niemieckie wiatraki, a po drugie – nie będzie zwiększonego zapotrzebowania na dostawy gazu dla nowych elektrowni opalanych tym surowcem, bowiem takich elektrowni po prostu u nas nie będzie. Obecnie mamy rok 2019 i elektrowni atomowej w Polsce jak nie było, tak nie ma. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest deficyt mocy wytwórczych skutkujący koniecznością kupowania sporej ilości energii z Niemiec oraz rozważania na temat budowy nowych elektrowni na gaz, które mogłyby być zaopatrywane w rosyjski surowiec z kierunku niemieckiego.

Źródła

Jakub Wiech Twitter

Niemcy biją w atom. "UE miałaby wygasić swoje elektrownie jądrowe"

Niemcy protestują przeciw atomowi w Polsce

Niemiecka umowa koalicyjna uderza w polską siłownię jądrową


Sojusz Izraela i Rosji groźny dla Polski? Celem mogą być pieniądze oraz rozszerzenie strefy wpływów

Zobacz: https://lurker.land/post/KyQfn3RDX
Data dodania: 11/25/2019, 2:04:51 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #rosja #izrael #zydzi #niewygodneinfo

Mało kto wie, że w ciągu ostatnich 3 lat przywódcy Rosji i Izraela spotykali się ze sobą lub rozmawiali telefonicznie co najmniej kilkadziesiąt razy. Polityków obu państw (a dokładniej – ich administracje rządowe) łączy wiele wspólnych interesów. Czy osłabianie roli Polski poprzez szerzenie kłamliwych narracji, które uderzają w naszą reputację może być jednym z nich? Wszak akcja dyfamacyjna ułatwia izolację Polski na arenie międzynarodowej, a w takich okolicznościach kwestie roszczeń czy rozszerzenie strefy wpływów wydają się być możliwe do realizacji…

Sojusz Izraela i Rosji groźny dla Polski? Celem mogą być pieniądze oraz rozszerzenie strefy wpływów

Źródła informacji:

„Polska najbardziej antysemickim krajem”. Kontrowersyjna interpretacja ankiety TVP.info

Stanislas Balcerac Twitter

Kilka dni temu dużo zamieszania w polskim internecie wywołał sondaż przeprowadzony na zlecenie żydowskiej organizacji Liga Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League, ADL), z którego wynikało, iż Polska jest obecnie najbardziej antysemickim krajem. Aż 48 procent Polaków ma prezentować "antysemickie przekonania". Teraz wypływają informacje, zgodnie z którymi wspomniany sondaż miała na zlecenie ADL przeprowadzić firma zarządzana przez Zeva Fursta – byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu w USA. W zarządzie tej firmy ankietowej siedzieć ma zaś Rosjanka.

Przypadek? Być może. Chociaż w ostatnim czasie podobnych przypadków, świadczących o taktycznym sojuszu Rosji i Izraela jest znacznie więcej. Władimir Putin i Binjamin Netanjahu w ciągu 3 lat spotkali się (lub zdzwonili) kilkadziesiąt razy. Oba kraje mają wiele wspólnych interesów. W Izraelu żyje potężna (pod względem liczebnym) grupa Rosjan, którzy wyemigrowali do tego państwa w ciągu ostatnich 30 lat. O przychylność tej grupy zabiega zarówno przywódca Izraela (ze względów polityki wewnętrznej – Żydzi pochodzenia rosyjskiego to duży elektorat wyborczy) oraz przywódca Rosji (ze względów wizerunkowo-reputacyjnych).

Niejako "przy okazji" ustaleń dotyczących rosyjskiej mniejszości w Izraelu można dogadać się co do innych spraw. Oba państwa mają własne kwestie związane z Polską, których realizacja na dzisiaj jest niemożliwa (roszczenia za żydowskie mienie pozostawione w Polsce po II wojnie światowej oraz przejęcie Polski do rosyjskiej strefy wpływów). Podkreślam – realizacja tych kwestii jest niemożliwa na dzisiaj. Nie można jednak wykluczyć, że za kilka lat sytuacja się zmieni. Jak do tego doprowadzić?

Rozprzestrzenianie kłamliwych narracji o Polakach, którzy "niechęć do Żydów czerpią z mlekiem matki" i Polsce, jako światowym centrum antysemityzmu z pewnością ułatwi izolację Polski na arenie międzynarodowej. A tylko w takich okolicznościach realizacja wspomnianych interesów stanie się możliwa. Oskarżenie o masowy antysemityzm odbierane jest na świecie jednoznacznie negatywnie. Stąd uważam, że w najbliższym czasie będzie wypływać coraz więcej "kwiatków" pokroju sondaży ADL tworzonych przez środowiska żydowsko-rosyjskie nieprzychylne Polsce i Polakom.


Kontrakt z Gazpromem wygaśnie w 2022 r. Ekipa Pawlaka chciała, aby wygasł dopiero w 2037 r.

Zobacz: https://lurker.land/post/-depPiZu4
Data dodania: 11/21/2019, 3:12:39 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #polska #umowygazowe #gospodarka #gospodarkapolska #gaz #rosja

Już za 3 lata wygaśnie słynny kontrakt jamalski na dostawy gazu z Rosji. Wygaśnie, bowiem kupowanie błękitnego paliwa z kierunku wschodniego przestało być opłacalne. Warto zauważyć, że pierwotnie umowa ta miała obowiązywać jeszcze przez 15 kolejnych lat, aż do 2037 roku. Taką możliwość akceptował zespół negocjatorów z Waldemarem Pawlakiem na czele. Ciekawe, że już kilka miesięcy później – kiedy w obronie polskich interesów wystąpiła Unia Europejska – Pawlak nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w zaleceniach negocjacyjnych pojawił się rok 2037.

Kontrakt z Gazpromem wygaśnie w 2022 r. Ekipa Pawlaka chciała, aby wygasł dopiero w 2037 r.

Kiedy na początku 2009 roku zespół negocjatorów pod wodzą ówczesnego ministra gospodarki Waldemara Pawlaka przystępował do negocjacji w/s przedłużenia kontraktu na dostawy rosyjskiego gazu do Polski, obowiązująca instrukcja negocjacyjna zalecała podpisanie nowej umowy do 2014 roku. Dlaczego tylko do 2014? Uznano bowiem, iż wiązanie się długoletnim kontraktem z Rosjanami mogło być poczytane jako działanie sprzeczne z polską racją stanu. Szczególnie, że w ciągu raptem kilku kolejnych lat miała się pojawić perspektywa dywersyfikacji dostaw gazu (głównie poprzez terminal LNG w Świnoujściu),

Niestety w ciągu kilku kolejnych miesięcy do instrukcji negocjacyjnych przemycono zalecenie, aby kontrakt jamalski przedłużyć aż do 2037 roku, co miało być rzekomo "zgodne z interesem Polski". W rzeczywistości przedłużenie kontraktu aż do 2037 roku było w interesie strony rosyjskiej. Szczególnie jeśli spojrzymy przez pryzmat idei dywersyfikacji dostaw gazu do Polski oraz możliwości sprowadzania do naszego kraju błękitnego paliwa tańszego od tego sprzedawanego nam do tej pory przez Gazprom.

Minister Pawlak starał się robić dobrą minę do złej gry. Na posiedzeniu Zespołu ds. Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego 4 listopada 2009 r. stwierdził, że "nadmiar gazu będzie mniejszym problemem niż jego deficyt". Warto również odnotować, że przemycenie do instrukcji negocjacyjnych zalecenia o konieczności przedłużenia kontraktu jamalskiego aż do 2037 roku, zbiegło się z uznaniem przez rząd Tuska wspomnianych instrukcji za tajemnicę służbową opatrzoną klauzulą "zastrzeżone". Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami dostęp do dokumentów z taką klauzulą był zastrzeżony jedynie przez przez dwa lata. W między czasie posłowie PO-PSL zmienili jednak prawo (nowelizacja ustawy o ochronie informacji niejawnych z 2011 roku). Wprowadzono wówczas regułę, zgodnie z którą dostęp do tego typu dokumentów "decyzją kierownika jednostki organizacyjnej" mógł być zastrzeżony na czas nieokreślony. Rząd Tuska skrzętnie to wykorzystał i utajnił treść instrukcji negocjacyjnych przed opinią publiczną na czas nieokreślony.

Komisja Europejska (KE) widząc, że lada chwila członek UE podpisze skrajnie niekorzystny i sprzeczny z prawem UE kontrakt na dostawy gazu, postanowiła zainterweniować. Włączenie się przedstawicieli KE w proces negocjacji w lutym 2010 roku pozwoliło wstrzymać podpisanie umów w kształcie wynegocjowanym przez Pawlaka i przyjętym przez Tuska, wyeliminować postanowienia sprzeczne z prawem unijnym oraz zniwelować ryzyka dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. W efekcie kontrakt jamalski został przedłużony nie o 25 lat (do 2037 r.) lecz tylko o 10 lat (do 2022 r.).

Co ciekawe – Waldemar Pawlak na posiedzeniu Rady Ministrów w 13 lipca 2010 r. (czyli już po interwencji przedstawicieli Komisji Europejskiej) nie był w stanie wyjaśnić, jakie były przyczyny określania terminu obowiązywania kontraktu na dostawę rosyjskiego gazu aż do 2037 roku…


Dlaczego PiS podnosi akcyzę i składki? Dlatego, że ZUS-owi zabraknie aż 211 mld zł!

Zobacz: https://lurker.land/post/u9DDhQHj3
Data dodania: 11/18/2019, 6:23:03 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #zus #niewygodneinfo #akcyza #gospodarka #rzad #budzet #pieniadze

Kiedy cała Polska żyła tym, że Macierewicz ma zostać marszałkiem a Pawłowicz z Piotrowiczem mają trafić do TK, ZUS opublikował raport na temat wypłat rent i emerytur w latach 2020 – 2024. Okazuje się, że na ten cel zabraknie mu aż 211 mld zł. I to w wariancie optymistycznym! PiS chce, aby brakujący deficyt pokryli podatnicy. Przynajmniej częściowo. Dlatego politycy tej partii forsują pomysły wzrostu akcyzy i zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS. Alternatywą mogło by być ograniczenie wydatków socjalno-wyborczych, ale na to brakuje – póki co – odwagi.

Dlaczego PiS podnosi akcyzę i składki? Dlatego, że ZUS-owi zabraknie aż 211 mld zł!

Istotą funkcjonującego w naszym kraju systemu emerytalnego, którego gwarantem jest ZUS, jest tzw. solidarność społeczna, a dokładnie solidarność międzypokoleniowa. W największym uproszczeniu polega ona na tym, że ludzie w wieku produkcyjnym (ci którzy pracują) utrzymują poprzez składki do ZUS swoich rodziców i dziadków, którzy pracować już nie mogą lub nie muszą. Innymi słowy – bieżące świadczenia emerytalne finansują młodsze pokolenia.

System ten działa idealnie, gdy mamy do czynienia z tzw. zastępowalnością pokoleniową, czyli sytuacją, w której każdy ma co najmniej dwójkę dzieci, a jedna osoba pobierająca świadczenia emerytalno-rentowe jest "utrzymywana" przez minimum 6 osób, które pracują i odkładają składki do ZUS.

Niestety w Polsce kilkanaście lat temu doszło do załamania się struktury demograficznej. Populacja ludzi młodych zaczęła się kurczyć, przy jednoczesnym wzroście liczby emerytów. Trend ten z roku na rok się nasila. Zdaniem prognoz ZUS liczba osób w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18-64 lata i kobiety w wieku 18-59 lat) w 2024 roku osiągnie poziom o przeszło 1,0 mln mniejszy niż w 2019 roku. Tymczasem populacja osób w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) będzie ciągle rosła, by 2024 roku osiągnąć poziom o ponad 0,8 mln osób większy niż w 2019 roku.

Coraz mniej osób pracujących będzie finansowało (poprzez składki) coraz więcej emerytów, których utrzymanie będzie kosztowało coraz więcej pieniędzy. Efektem będzie poszerzający się deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli jednostki odpowiedzialnej za dostarczanie pieniędzy do ZUS), który nawet przy optymistycznych założeniach w latach 2020 – 2024 wyniesie blisko 211 mld zł.

Aby zlikwidować tak wielki deficyt każdy aktywny zawodowo Polak w wieku produkcyjnym (tj. 15,8 mln osób) powinien dobrowolnie oddać do ZUS około 13,3 tys. zł ponad to, co w latach 2020 – 2024 i tak zapłaci w składkach na ubezpieczenia społeczne. Wiadomym jest, że nikt sam od siebie takiej kwoty do ZUS nie wpłaci, dlatego też PiS chce wprowadzić częściowy przymus. Likwidacja limitu 30-krotności w składach na ZUS przyczyni się do tego, że ok. 370 tys. osób będzie musiało zapłacić w skali roku dodatkowe 8 – 9 mld zł więcej. Podwyższenie akcyzy również przyniesie budżetowi dodatkowe pieniądze. W efekcie skala planowanego deficytu powinna się zmniejszyć, nadal jednak będzie ona liczna w dziesiątkach miliardów złotych w ciągu roku. W takich okolicznościach zasadnym jest pytanie o to, czy w najbliższym czasie możemy się spodziewać wzrostu kolejnych podatków? A może PiS odważy się na ograniczenie wydatków socjalno-wyborczych?


To banki i fundusze hedgingowe mogą zarobić najwięcej na transformacji energetycznej. Zdziwieni?

Zobacz: https://lurker.land/post/Ylb4V5NE9
Data dodania: 11/16/2019, 11:47:12 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #energetyka #biznes #niewygodneinfo

Ochrona środowiska? Klimat? A może jednak potężne pieniądze do zarobienia? Co tak naprawdę jest głównym motorem determinującym tempo zmian we współczesnej energetyce? Gdy spojrzymy na temat szerzej, to okaże się, że efektem eko-transformacji jest nie tylko zmniejszona emisja CO2 do atmosfery. To również miliardy euro / dolarów "kosztów pozyskania finansowania", które producenci energii muszą płacić, jeśli chcą inwestować w nowe technologie. Na końcu tego łańcucha stoją potężne banki i niedostępne dla zwykłych śmiertelników fundusze hedgingowe.

To banki i fundusze hedgingowe mogą zarobić najwięcej na transformacji energetycznej. Zdziwieni?

W przygotowanym w ubiegłym tygodniu przez Ministerstwo Energii projekcie "Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku" czytamy, że transformacja w polskiego sektora elektroenergetycznym w ciągu najbliższych 20 lat będzie kosztowała 140 mld euro (ok. 600 mld zł uwzględniając dzisiejsze kursy przeliczeniowe). Efektem tak kosztownych inwestycji ma być zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 45 proc. względem emisji, jakie miały miejsce w 1990 roku.

W kontekście powyższego kluczowe jest pytanie o to, kto ma tę transformację finansować? Czy będą to konsumenci? Polskie gospodarstwa domowe? – Co do tego niestety nie mam wątpliwości. Zapowiadane od kilkunastu miesięcy "uwolnienie" cen energii dla Polaków będzie tego najlepszym dowodem.

Jednak nawet regularne podwyżki rachunków za energię nie pokryją gigantycznego zapotrzebowania spółek energetycznych na pieniądze. Koszt transformacji rzędu 140 mld euro do 2040 roku nie da się sfinansować tylko podwyżkami cen prądu dla odbiorców końcowych. Potrzebne są jeszcze inne, zewnętrzne źródła.

Zarządzający największymi bankami inwestycyjnymi oraz niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników funduszami hedgingowymi już zacierają ręce. Światowa narracja o potrzebie ograniczania emisji CO2 będzie napędzała popyt na pieniądz potrzebny do realizacji tego pomysłu. A pieniądz ten jest w posiadaniu wspomnianych banków i funduszy. Z racji tej, że stoją one na końcu "finansowego łańcucha pokarmowego", będą również czerpały największe benefity. Patrząc z tej perspektywy może im zależeć na przyspieszeniu procesów eko-transformacji, czego wypadkową może być np. ciche wspieranie aktywistów lub polityków, których głównym zadaniem jest walka o klimat. Im więcej takich osób będzie działało w przestrzeni publicznej, tym – prawdopodobnie – zyski z tytułu finansowania transformacji energetycznej będą większe.

Źródła informacji:

ME: koszt transformacji sektora elektroenergetycznego do 2040 r. to 140 mld euro PB.pl

Hedge funds and Wall St banks cash in on carbon market’s revival FT.com


Marszałek z PO chce dziękować senatorom z USA. Tym samym, którzy wzywali nas do zapłaty roszczeń

Zobacz: https://lurker.land/post/-Z2QQ62nW
Data dodania: 11/16/2019, 11:41:16 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #usa #polityka #niewygodneinfo

Pierwszy pomysł Tomasza Grodzkiego, nowego marszałka Senatu, uważam za kompletnie chybiony, by nie powiedzieć – szkodliwy. Grodzki planuje bowiem pojechać do USA i osobiście podziękować amerykańskim senatorom za wyrażenie kilka lat temu "zaniepokojenia sytuacją wokół Trybunału Konstytucyjnego" w liście do Beaty Szydło. Problem w tym, że Grodzki planuje dziękować tym samym senatorom, którzy nie tak dawno wzywali Polskę do wypłaty Żydom rekompensat za mienie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów.

Marszałek z PO chce dziękować senatorom z USA. Tym samym, którzy wzywali nas do zapłaty roszczeń

Kilkanaście dni temu nowy ambasador Izraela w Polsce przypomniał się w temacie tzw. roszczeń żydowskich. W wywiadzie dla Radia Zet stwierdził, że "w końcu musi się znaleźć jakieś porozumienie" w tej kwestii. Jakie dokładnie? Niestety nie dookreślił.

Temat roszczeń żydowskich, tak intensywnie wałkowany przez cały 2018 i pierwszą połowę 2019 roku, niebawem może znowu powrócić na agendę głównych serwisów informacyjnych, a poczyniona przez izraelskiego ambasadora wzmianka o tym problemie może być zaledwie wstępem do nowej, skoordynowanej akcji dyfamacyjnej. W tym kontekście pomysł Tomasza Grodzkiego, nowego marszałka Senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej, aby polecieć do USA i osobiście podziękować amerykańskim senatorom za to, że kilka lat temu wyrazili oni w liście do Beaty Szydło "zaniepokojenia sytuacją wokół Trybunału Konstytucyjnego", jest najzwyczajniej w świecie głupi. Dlaczego?

Otóż senatorowie USA, którym tak ochoczo chce dziękować Grodzki, w 2018 roku poparli stanowisko World Jewish Restitution Organization (WJRO) i wezwali polski rząd do wypłacenie żydowskim ofiarom II wojny światowej oraz ich rodzinom finansowych rekompensat za mienie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów. Z kolei w sierpniu tego roku aż 88 spośród 100 senatorów USA podpisało się pod listem kierowanym do sekretarza stanu USA Mike'a Pompeo, w którym zażądali, aby władze USA wywarły nacisk na Polskę w sprawie "zwrotu mienia ofiar Holocaustu".

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że pojawienie się Grodzkiego, jako przedstawiciela polskich władz w amerykańskim senacie wywoła prawdziwą falę zapytań i monitów nie w sprawie stanu polskiej demokracji, lecz w kwestii przyjęcia przez Polskę ustawodawstwa, którego celem – mówiąc skrótowo – miałoby być zadośćuczynienie Żydom za krzywdy wyrządzone przez Niemców i Rosjan.

Marcin Makowski, dziennikarz i publicysta wp.pl / "Do Rzeczy", pisze, że "ostatnią rzeczą, jaką powinien robić nowy marszałek, jest lecieć do USA i im (senatorom) za cokolwiek dziękować". W kontekście wcześniejszych wystąpień amerykańskich senatorów w pełni się z tą opinią zgadzam. Pytanie czy odpowiednia refleksja na ten temat pojawi się również w głowie marszałka Grodzkiego? Czy też zdecyduje się on na udział w politycznej szopce, w której będzie chciał dziękować za zainteresowanie sprawą Trybunału, kosztem wystawienia siebie oraz kraju, który reprezentuje, na bezpardonowe ataki w/s żydowskich roszczeń?

Źródła informacji:

Marszałek Tomasz Grodzki wybiera się do USA. Chce podziękować senatorom

Marcin Makowski


W Polsce już 666 tys. obcokrajowców płaci składki ZUS. Bez nich budżet kraju byłby w . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/DNlRUPqQy
Data dodania: 11/8/2019, 12:32:46 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niewygodneinfo #zus

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Polska od trzech lat zajmuje 1. miejsce w całej UE pod względem liczby przyjmowanych w ciągu roku imigrantów spoza terytorium Wspólnoty. W efekcie na koniec III kwartału tego roku aż 666 tys. obcokrajowców odprowadzało do ZUS-u składki na świadczenia społeczne. Gdyby nie tak liczna rzesza pracujących legalnie obcokrajowców deficyt systemu emerytalnego w naszym kraju byłby o wiele większy, co istotnie wpłynęło by na sytuację budżetową. Śmiem twierdzić, że to Ukraińcy pośrednio sfinansowali wypłatę 13. emerytury w maju.

W Polsce już 666 tys. obcokrajowców płaci składki ZUS. Bez nich budżet kraju byłby w opłakanym stanie

Choć wydaje się to być nieprawdopodobne, to w 2018 roku sama tylko Polska przyjęła więcej legalnych imigrantów spoza UE niż Portugalia, Belgia, Węgry, Irlandia, Austria, Szwajcaria, Grecja, Dania, Słowenia, Chorwacja, Norwegia, Finlandia, Słowacja, Cypr, Malta, Rumunia, Litwa, Bułgaria, Łotwa, Luksemburg, Estonia i Islandia RAZEM WZIĘTE! W ubiegłym roku polskie urzędy wydały 635,3 tys. nowych pozwoleń na pobyt dla obywateli państw spoza UE.

Zgodnie z oficjalnymi danymi Eurostatu w ubiegłym roku nasz kraj wydał 635335 nowych pozwoleń na pobyt dla obcokrajowców spoza terytorium UE. To najwięcej w całej Wspólnocie. Zajmujące drugie miejsce w tej klasyfikacji Niemcy wydały w 2018 roku 543571 pozwoleń na legalny pobyt dla obcokrajowców spoza UE. Trzecia na liście Wielka Brytania wydała 450775 pozwoleń.

Co istotne – rok 2018 był trzecim z rzędu, kiedy Polska zajmowała 1. miejsce w unijnych statystykach na temat liczby przyjmowanych legalnie imigrantów spoza UE. Oczywiście bardzo wielu obcokrajowców przyjeżdża do Polski czasowo, raptem na kilka miesięcy, tylko w celach zarobkowych lub edukacyjnych. Jest jednak duża grupa (szczególnie Ukraińców), którzy decydują się tu zostać na dłużej. W takich okolicznościach "wpisują się" oni m.in. do polskiego systemu emerytalnego. W efekcie na koniec III kwartału tego roku już 666 tys. obcokrajowców opłacało w naszym kraju składki na ZUS (z czego pół miliona stanowili Ukraińcy). Warto podkreślić, że w ciągu roku (III kwartał 2018 vs III kwartał 2019) liczba płacących w Polsce składki ZUS obcokrajowców zwiększyła się o 96 tys. (w tym Ukraińców przybyło 74 tys.).

Wspomniane 666 tys. dodatkowych osób, które odkładają składki do ZUS, generuje w ciągu roku naszemu narodowemu ubezpieczycielowi społecznemu wielomiliardowe wpływy, które w sporej części pozwalają zasypać deficyt finansowy ZUS-u. Gdyby nie oni, gdyby nie ich dodatkowe składki, to ZUS miałby większe problemy ze znalezieniem pieniędzy na finansowanie wypłacanych na bieżąco rent i emerytur. Finalnie zgłosiłby się do budżetu kraju po dodatkowe pieniądze. Rząd tych pieniędzy oczywiście nie ma, dlatego musiałby je pożyczyć. W efekcie znacznie pogorszyłaby się sytuacja budżetowa naszego kraju (większy deficyt), jak również sytuacja zadłużeniowa (szybszy przyrost długu).

Patrząc przez ten pryzmat bardzo dobrze się stało, że w Polsce aż tylu obcokrajowców zdecydowało się podjąć legalną pracę. Cieszy szczególnie duża liczba bliskich nam kulturowo Ukraińców. Oby w najbliższych latach taki trend się zachował, co pozwoli przynajmniej częściowo zniwelować niekorzystne czynniki demograficzne.

Źródła informacji:

First permits by reason, length of validity and citizenship (migr_resfirst) ec.europa.eu

Robert Sosnowiecki Twitter.com


Rząd PIS likwidując OFE zabierze Polakom 19,3 mld zł. Specjalna opłata uratuje budżet . . .

Zobacz: https://lurker.land/post/B-3Bj6-hi
Data dodania: 11/7/2019, 4:35:58 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #ofe #ike #funduszemerytalny #pis #zlodziejstwo #niewygodneinfo

Powiem wam, że im dłużej patrzę na ten projekt, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Rostowski przy Morawieckim to był jednak amator . . .

Nie da się ukryć, że rządowa propozycja przekształcenia otwartych funduszy emerytalnych (OFE) w indywidualne konta emerytalne (IKE) ma jeden, bardzo poważny feler. Chodzi oczywiście o tzw. opłatę przekształceniową. Co ciekawe – sprywatyzowane środki z IKE będzie można wypłacić dopiero po osiągnięciu wieku emerytalnego. Rząd twierdzi, że ich wcześniejsza wypłata byłaby nielegalna, bo "to są środki ze składki emerytalnej i muszą być przeznaczone na cele emerytalne". No ale wcześniejsze "zajumanie" ich części, jako opłaty przekształceniowej, ma być niby legalne?

Rząd PIS likwidując OFE zabierze Polakom 19,3 mld zł. Specjalna opłata uratuje budżet obciążony obietnicami

Przypomnijmy – najnowsza inicjatywa rządu przewiduje, że ok. 162 mld zł, które są w tej chwili ewidencjonowane w OFE, miałoby zostać "sprywatyzowanych" i trafić na indywidualne konta emerytalne (IKE) lub do ZUS (decyzję o tym miałby podejmować ubezpieczony).

Problem pojawia się przy decyzji o przejściu z OFE do IKE. Otóż zgodnie z propozycją rządu przy przeniesieniu środków z OFE do prywatnego IKE zostanie pobrana opłata przekształceniowa w wysokości 15 proc. wartości środków. Ministerstwo Finansów szacuje, że wpływy z tytułu opłaty przekształceniowej mają wynieść ok. 19,3 mld zł. To całkiem potężna kwota, za którą można by sfinansować niemal rok funkcjonowania programu 500+ w obecnym kształcie.

Ministerstwo Finansów zapewnia, że środki z tytułu opłaty przekształceniowej zostaną zaklasyfikowane jako dochód podsektora ubezpieczeń społecznych. To oznacza, że finalnie trafią one do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), z którego finansowane są bieżące świadczenia emerytalno-rentowe.

Niby wszystko odbędzie się zgodnie ze sztuką księgową. Wszak środki z opłat przekształceniowych nie zostaną bezpośrednio wykorzystane na poczet bieżących wydatków budżetowych, lecz trafią na konta FUS. Niby. W rzeczywistości jednak zasilenie rachunków FUS kwotą ok. 19,3 mld zł (o której mówi szacunek Ministerstwa Finansów) spowoduje, że w budżecie zostanie uwolniona spora suma pieniędzy (wynikająca z ograniczenia dotacji budżetowych do FUS o równowartości wspomnianej kwoty z tytułu opłat przekształceniowych), którą będzie mógł przeznaczyć na inne wydatki (warto w tym miejscu mieć świadomość, że wypłata bieżących emerytur w dużej części jest możliwa dzięki budżetowym dotacjom; same tylko składki ZUS nie wystarczą, aby sfinansować wszystkie emerytury i renty wypłacane obecnie Polakom).

Innymi słowy – "skok na OFE" w wykonaniu PiS pozwoli tej partii na sfinansowanie części obietnic wyborczych (to, co budżet zaoszczędzi na dotacjach do FUS, będzie mogło być przeznaczone na realizację obietnic). Efekt będzie taki, że sami sobie opłacimy roczne funkcjonowanie programu 500+ na 1. dziecko wydając nasze emerytalne oszczędności zgromadzone w OFE, które podczas przerzucania ich do IKE zostaną w części "zajumane" pod pozorem opłaty przekształceniowej.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – zwykli ludzie środki z IKE będą mogli wykorzystać (wypłacić) dopiero po przejściu na emeryturę. Przedstawiciele rządu twierdzą, że ich wcześniejsza wypłata byłaby nielegalna, bo "to są środki ze składki emerytalnej i muszą być przeznaczone na cele emerytalne". No ale, gdy to rząd chce wypłacić pieniądze zgromadzone w OFE/IKE i wydać je na de facto bieżące potrzeby (wynikające z kalendarza wyborczego), to nie ma problemu. Może to zrobić pod pozorem opłat przekształceniowych, które zasilą FUS i proporcjonalnie uwolnią w budżecie kraju środki, które miały stanowić dotację dla FUS.


Wszyscy tylko o Macierewiczu i Tusku, tymczasem ZUS alarmuje: Na emerytury zabraknie aż 211 mld zł!

Zobacz: https://lurker.land/post/mUslA_5f_
Data dodania: 11/6/2019, 9:47:16 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niewygodneinfo #emerytura #zus

Prawie cały informacyjny mainstream skupił się wczoraj na decyzji prezydenta Dudy (o wyznaczeniu Macierewicza na marszałka seniora) i decyzji Tuska (o niekandydowaniu w wyborach prezydenckich). Przekaz dopełniała sprawa kandydatur Pawłowicz i Piotrowicza na nowych członków TK. Wszystkie te wywołujące polityczne emocje tematy niemal idealnie zagłuszyły informację, która w naszym kraju powinna być absolutnym "numerem 1". Otóż ZUS oficjalnie potwierdził, że na wypłaty emerytur w larach 2020 – 2024 zabraknie mu aż 211 mld zł. I to w najbardziej optymistycznym scenariuszu!

Wszyscy tylko o Macierewiczu i Tusku, tymczasem ZUS alarmuje: Na emerytury zabraknie aż 211 mld zł!

Na stronie internetowej ZUS.pl pojawił się dokument pt. "Prognoza wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2020-2024". Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) to taki "skarbiec" ZUS-u. Bez FUS nie możliwe byłoby wypłacanie rent i emerytur.

Zgodnie z informacjami, które znalazły się we wspomnianym dokumencie, w latach 2020 – 2024 na wypłatę emerytur, rent, zasiłków chorobowych i świadczeń wypadkowych w wariancie najbardziej optymistycznym (niskie bezrobocie, wysoki wzrost PKB) zabraknie nam 210,773 mld zł. W wariancie pesymistycznym (wysokie bezrobocie, niski wzrost PKB) deficyt będzie jeszcze większy i wyniesie aż 355,640 mld zł.

Dlaczego bieżące składki nie będą w stanie pokryć wydatków na wspomniane powyżej świadczenia? Otóż wszystkiemu winna jest demografia. Populacja Polaków w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18-64 lata i kobiety w wieku 18-59 lat) cały czas maleje i w 2024 roku osiągnie – zdaniem ZUS – poziom o przeszło 1,0 mln osób mniejszy niż w 2019 roku. Tymczasem populacja osób w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) cały czas rośnie i w 2024 roku osiągnie według prognoz poziom o ponad 0,8 mln osób większy niż w 2019 roku.

Innymi słowy – coraz mniej osób pracujących będzie finansowało (poprzez składki) coraz więcej emerytów, których utrzymanie będzie kosztowało coraz więcej pieniędzy. Efektem będzie poszerzający się deficyt FUS, który nawet przy optymistycznych założeniach wyniesie blisko 211 mld zł.

W takich okolicznościach niezwykle ważne jest ściąganie do Polski nowych imigrantów, najlepiej bliskich kulturowo i od razu z całymi rodzinami, którzy mogliby u nas pracować, nakręcać rozwój gospodarczy i zastępować ludzi odchodzących na emerytury. Temat ten powinien być jednym z topowych, omawianych szeroko przez wszystkie media w Polsce. Od lewej do prawej strony. Niestety, informacyjny mainstream woli się zajmować kwestiami zupełnie bez znaczenia dla życia Polaków, takimi jak Macierewicz w roli sejmowego marszałka seniora…

Źródła informacji:

Prognoza wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2020-2024 ZUS.pl


Niemcy otwierają nową elektrownie węglową, ale to Polsce robi się z tego powodu problemy

Zobacz: https://lurker.land/post/332CLnRzv
Data dodania: 11/4/2019, 11:55:30 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niemcy #wegiel #elektrownie #niewygodneinfo

Rząd w Berlinie w ubiegłym tygodniu wydał zgodę na to, aby nowa elektrownia na węgiel kamienny (Datteln 4) o mocy 1,1 GW rozpoczęła w przyszłym roku komercyjną produkcję energii elektrycznej. Co ciekawe – ten sam rząd mówi jednocześnie o potrzebie szybkiej dekarbonizacji sektora energetycznego w całej Europie. Skąd zatem taka niekonsekwencja? Dlaczego Niemcy tak bardzo naciskają na inne kraje, aby rezygnowały z produkcji energii elektrycznej z węgla, a sami zabezpieczają swoje moce energetyczne nową elektrownią opalaną węglem?

Niemcy otwierają nową elektrownie węglową, ale to Polsce robi się z tego powodu problemy

Niemcy niebawem staną przed poważnym problemem, który stworzyli trochę na własne życzenie. Otóż w 2022 roku całkowicie zrezygnują z produkcji energii ze źródeł atomowych (wówczas to działające na terytorium RFN elektrownie atomowe mają zostać zamknięte). A to oznacza, że prawdopodobnie ich całkowita produkcja energii z pozostałych źródeł (węgiel, gaz, woda, wiatr, słońce) nie pokryje krajowego zapotrzebowania na moc.

Niemieckie problemy z niedoborem mocy mogą również oznaczać problemy dla Polski. Dlaczego? Otóż wszystkie nasze elektrownie i źródła produkcji energii nie są obecnie w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu mocy, który wystarczyłby na pokrycie całego krajowego zapotrzebowania. Efekt jest taki, że musimy ściągać energię z zagranicy. Z roku na rok jej import jest coraz większy, a krajem z którego importujemy najwięcej są… Niemcy.

Jeśli zatem Niemcy po 2022 roku będą mieli problem ze zbilansowaniem własnego zapotrzebowania na moc, to tym większy problem będzie miała Polska, która od importu niemieckiego prądu jest uzależniona. Patrząc przez ten pryzmat powinniśmy być zadowoleni, iż rząd w Berlinie wydał zgodę na to, aby elektrownia węglowa Datteln 4 rozpoczęła od przyszłego roku komercyjną produkcję energii elektrycznej. Zmniejsza się bowiem ryzyko niedoborów mocy po stronie naszego zachodniego sąsiada, a tym samym ryzyko blackoutu w Polsce.

Inną kwestią, którą pojawia się przy okazji decyzji w/s Datteln 4, i której nie sposób pominąć, jest dość rażąca niekonsekwencja dotycząca tzw. polityki klimatycznej RFN. Z jednej strony bowiem niemieccy politycy wzywają do dekarbonizacji i pilnego rozstania się z węglem, jako źródłem energii, a z drugiej – wydają zgodę na to, aby kolejna elektrownia węglowa od przyszłego roku rozpoczęła na terytorium RFN komercyjną produkcję energii elektrycznej. Powyższe razi szczególnie, gdy uświadomimy sobie niemieckie naciski (zarówno formalne, jak i nieformalne) wywierane na inne kraje UE, aby rezygnowały z węgla. Dlaczego Niemcy mogą zabezpieczać swoje moce energetyczne nowymi blokami węglowymi, a inne kraje mają tego nie robić?


To za rządu Tuska dług Polski rósł najszybciej. Dziennie powiększał się o . . . 184,5 mln zł!

Zobacz: https://lurker.land/post/j0lZfBu5n
Data dodania: 10/31/2019, 12:45:24 PM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #polska #polityka #dlugpolski

Wśród sympatyków opozycji popularna jest ostatnio narracja, zgodnie z którą od momentu przejęcia rządów przez PiS zadłużenie Polski zwiększyło się o ok. 110 mld zł, a przyczyniły się do tego głównie wydatki na 500+ (90 mld zł), Emeryturę+ (11 mld zł) oraz 300+ (1,5 mld zł). I prawda to. Dług Polski dziś by spadał, gdyby nie programy z "plusem". Warto jednak zauważyć, że w latach pierwszego rządu Tuska (2008 – 2011) zadłużenie Polski wzrosło aż o 269,6 mld zł, mimo iż nie było wówczas ani 500+, ani Emerytury+, ani nawet wyprawki+! Jak to możliwe?

To za rządu Tuska dług Polski rósł najszybciej. Dziennie powiększał się o . . . 184,5 mln zł!

Pan Szymon Komorowski, którego profil na Twitterze obserwuje więcej ludzi, niż profil niewygodnego info, popełnił przedwczoraj tweeta, z którego można się dowiedzieć, iż od momentu przejęcia rządów przez PiS zadłużenie Polski zwiększyło się o ok. 110 mld zł, a kluczową rolę w powiększaniu zadłużenia odegrały programy socjalne rządu (500+, emerytura+, wyprawka+).

Nie zgadzam się z panem Szymonem co do liczb. Nie jest bowiem prawdą, że zadłużenie Skarbu Państwa od momentu przejęcie władzy przez PiS powiększyło się o ok. 110 mld zł. Prawda jest taka, że zadłużenie naszego kraju licząc od 1 stycznia 2016 roku aż do 30 września 2019 roku powiększyło się aż o 144 mld zł. To oznacza, że dziennie dług zwiększał się o kwotę 105,03 mln zł.

Aby mieć jednak pełen obraz sytuacji warto sprawdzić, jak rosło zadłużenie Skarbu Państwa zanim PiS przejął pełnie władzy, a krajem rządziła Platforma Obywatelska. Na 1 stycznia 2008 roku całkowite zadłużenie Skarbu Państwa było równe 501,53 mld zł. W ciągu czterech kolejnych lat (tj. w okresie pierwszego rządu Donalda Tuska) saldo tego długu zwiększyło się do poziomu 771,13 mld zł, czyli nastąpił wzrost o 269,6 mld zł. To oznacza, że średni dzienny przyrost długu wynosił w tamtym czasie 184,5 mln zł.

W czasie drugiego rządu Tuska (na potrzeby tego artykułu przyjmuję, że były to lata 2012 – 2014) oraz rządu Ewy Kopacz (2015 rok) nominalne saldo zadłużenia Skarbu Państwa zwiększyło się o jedynie o 63,39 mld zł. Ale wszystko to zasługa dokonanego w lutym 2014 roku skoku na oszczędności zgromadzone w OFE. Gdyby nie ta operacja to saldo długu naszego kraju we wspomnianym okresie (2012 – 2015) zwiększyłoby się o 135,29 mld zł, a to oznacza, iż dzienny przyrost wynosił 92,6 mln zł.

Z powyższych wyliczeń wynika jasno, że najgorszy dla Polski pod względem tempa przyrostu zadłużenia Skarbu Państwa był pierwszy rząd Donalda Tuska (2008 – 2011). Uśredniony dzienny przyrost długu wynosił wówczas 184,5 mln zł. Był on wyższy od uśrednionego dziennego przyrostu długu za czasów PiS (105,03 mln zł) aż o 43 proc. – i to pomimo, że za PO nie było programów socjalnych, które wprowadził PiS (500+, Emerytura+ czy wyprawka+).

Aby jednak sympatycy PiS nie poczuli się zbyt dobrze, należy podkreślić, że to właśnie wspomniane programy socjalne obecnie są głównym sprawcą deficytu budżetowego, a przez to wpływają na poziom długu, który zamiast spadać – niestety nadal rośnie.


Zabójstwo drogowe - czas najwyższy wprowadzić to przestępstwo do polskiego kodeksu karnego

Zobacz: https://lurker.land/post/6oLMGJxwS
Data dodania: 10/25/2019, 11:05:13 AM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #kodekskarny #polska #niewygodneinfo

Poczytalny człowiek, który w terenie zabudowanym jedzie samochodem 130 km/h, gdzie co chwila są przejścia dla pieszych bez sygnalizacji, zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może kogoś zabić. Ma świadomość, że jest potencjalnym zabójcą. Krystian O. wiedział o tym doskonale, a mimo to na ulicy Sokratesa w Warszawie jechał swoim BMW z prędkością autostradową. Robił to świadomie i świadomie zabił przypadkowego przechodnia. Kara? Zgodnie z obowiązującym kodeksem karnym grozi mu wyrok, jakby popełnił przestępstwo… nieumyślnie (!!).

Zabójstwo drogowe – czas najwyższy wprowadzić to przestępstwo do polskiego kodeksu karnego

Kilka tygodni temu pisałem na łamach tego bloga, że Polska to eldorado dla drogowej patologii. Kwoty mandatów zachęcają do popełniania wykroczeń, są bowiem absurdalnie niskie (obowiązujące w tym momencie stawki ustalono 22 lata temu). Tekst wywołał dość duże kontrowersje i był wówczas szeroko komentowany na Facebooku.

Niestety za sprawą kolejnego wypadku z udziałem pieszego, którego potrącił jadący w środku miasta prędkością autostradową Krystian O., temat bezpieczeństwa na polskich drogach powraca. Tym razem nie zamierzam udowadniać, że mandaty za wykroczenia drogowe są zbyt niskie (mam wrażenie, że poprzedni tekst był pod tym względem wystarczający). Tym razem chce zauważyć, że kary za drogowe przestępstwa są w naszym kraju nieadekwatne do skali wyrządzonych szkód i często kompletnie rozmijają się z poczuciem sprawiedliwości.

Krystian O. za swój występek będzie prawdopodobnie odpowiadał z art. 177 kodeksu karnego, który przewiduje:

"Kto, naruszając, chociażby nieumyślnie, zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym powoduje nieumyślnie wypadek, którego następstwem jest śmierć innej osoby albo ciężki uszczerbek na jej zdrowiu, ten podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8".

Czym innym jest zabicie kogoś na drodze w wyniku przekroczenia prędkości, kiedy poza terenem zabudowanym jechało się 90 km/h, a znak ograniczenia (którego sprawca nie zauważył) mówił, że na danym odcinku maksymalną prędkością może być jedynie 70 km/h. Czym innym jest jednak zabicie kogoś na drodze w związku z celowym przekroczeniem prędkości, kiedy w terenie zabudowanym jechało się prędkością autostradową. Jeśli sprawca wiedział co robi, jeśli wiedział, że może kogoś zabić, to nie powinien odpowiadać karnie tak, jak osoba, która popełniła przestępstwo nieumyślnie. W takich okolicznościach zagrożenie karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat wydaje się być nieadekwatne.


Chirurgów w Polsce jest dziś o 1/4 mniej niż w 2006 roku. Czy miała miejsce jakaś katastrofa lub ...

Zobacz: https://lurker.land/post/SHJN3kfuA
Data dodania: 10/24/2019, 10:40:06 AM
Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #lekarze #pielegniarki #chirurdzy #medycyna #niewygodneinfo

Konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii ogólnej, prof. Grzegorz Wallner, przyznał niedawno, że chirurgów w Polsce jest o 1/4 mniej niż było w 2006 r. Rośnie za to średnia wieku statystycznego lekarza tej specjalizacji. Obecnie to już 56 lat. W tym kontekście jeszcze gorzej brzmią słowa posłanki PiS Józefy Hrynkiewicz, która dwa lata temu nawoływała młodych lekarzy do tego, aby wyjeżdżali z Polski. Niestety efekty takiej polityki są fatalne w skutkach. Kolejne oddziały szpitalne w całej Polsce zawieszają swoją działalność lub są zamykane.

Chirurgów w Polsce jest dziś o 1/4 mniej niż w 2006 roku. Czy miała miejsce jakaś katastrofa lub wojna?

Pisałem już o tym na łamach tego bloga, ale nie zaszkodzi powtórzyć – zgodnie ze statystykami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w Polsce na 1 tysiąc mieszkańców przypada zaledwie 2,3 lekarza. To najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej. Dla porównania – w Austrii na 1 tysiąc mieszkańców przypada 5,1 lekarza. W Niemczech – 4,1. W Czechach ten współczynnik kształtuje się na poziomie 3,7, a na Słowacji – 3,5. Średnia dla całej UE to 3,8.

Demografii nie da się oszukać. Polskie społeczeństwo starzeje się coraz bardziej. Coraz więcej ludzi osiąga wiek, w którym cykliczne wizyty u specjalistów czy planowane pobyty w szpitalach stają się normą. Wraz ze społeczeństwem starzeją się również lekarze. Z danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że aż 25 proc. praktykujących w naszym kraju lekarzy osiągnęło już wiek emerytalny. To oznacza, że w każdej chwili mogą odejść na emeryturę, a deficyt lekarzy ulegnie pogłębieniu.

Powodem takiego stanu rzeczy jest nikła zastępowalność pokoleniowa polskiej służby zdrowia. Emigracja zarobkowa lekarzy w średnim wieku zrobiła swoje. Duże pieniądze oraz warunki oferowane przez szpitale w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Szwecji skusiły tysiące wykształconych w Polsce medyków.

W kontekście powyższych informacji ciekawi mnie jak czuje się była już posłanka PiS Józefa Hrynkiewicz. Dwa lata temu nawoływała ona młodych lekarzy do tego, aby wyjeżdżali z Polski. Prawda jest taka, że powinniśmy walczyć o lekarzy, walczyć o to, aby zostali w Polsce, tutaj pracowali i zakładali swoje rodziny. Walczyć o to, aby było ich możliwie jak najwięcej. Zachęcanie młodych medyków do opuszczenia kraju, jest działaniem stojącym w opozycji do polskiej racji stanu.

Źródło: Rzeczpospolita