Zobacz: https://lurker.land/post/ec1sZD4H8
Data dodania: 9/15/2021, 4:23:59 AM
Autor: tedddeireadh

– "Idź na północny kraniec miasta, mój zaufany człowiek tam będzie na Ciebie czekał", kutas, jeszcze ma czelność mówić że można na nim polegać jak na Degnerze.

Północny trakt handlowy, będący oknem na świat dla Mputulukesów, niewtajemniczonych mogłaby zdziwić liczba karawan napływających z Lotaryngii, egzotyczne narkotyki i więzy rodzinne są impulsem do handlu, jednak głównym czynnikiem jest prosty fakt, że najkrótsza trasa z Twinhall do Ogrodu Yavanny, przechodzi właśnie przez Mputu.

Czas mijał, a człowieka dowódcy straży nie było widać, w końcu jeden wóz powożony przez futrzastego Kobolda zatrzymał się przy Bakinie.

– Bakin'Rana? Szef kazał mi być Twoim przewodnikiem. Wskakuj bo szkoda czasu!
– Bardzo zabawne, z dwa dzwony tutaj czekam. – Mag rzucił, wdrapując się na przód wozu. – Szkoda że nie znam tych wszystkich wioch, bo wziąłbym konia.
– Spokojnie, to nie tak daleko, zdążymy, zresztą trupy nigdzie nie uciekną, nie? Jestem Bin, miło poznać speca.
– Dzięki, też o Tobie słyszałem, inny wydział to nie było okazji się spotkać.

Bakin żył w przekonaniu, że nie ma na świecie Kobolda, którego uścisk dłoni bądź łapy nie wydałby się dziwny, jednak miękkie, kotowate poduszki na wielkiej dłoni Bina były wyjątkowo abstrakcyjne w dotyku. Kotoczłek był bardzo masywnej postawy, umięśniony, szerokie barki, budził respekt. Nosił lekkie, przypominające pantalony spodnie i grube skórzane szelki, z przymocowanymi dwoma sztyletami na piersi. Na pewno odbiegał od wizerunku typowego dla swojej rasy, w każdym razie różnił się od postaci na rysunkach, jakie na Sinnie rysowali studenci-kryptosodomici.

– Będziemy musieli nadłożyć drogi, muszę załatwić jedną sprawę, wiem że musiałeś długo czekać, na pewno zdążymy.
– Długo czekać? Od miesięcy nie było żadnego tropu!
– Nie mam wyboru, gdybym mógł ją załatwić później, to bym to zrobił, ale to jest sprawa niecierpiąca hehe zwłoki.

[…]

"Prrr!" Bin rzucił komendę do koni, co z kocim akcentem brzmiało wyjątkowo zabawnie. Znajdywali się pośrodku jakiejś wioski, nim Bakin mógł cokolwiek powiedzieć, Bin jednym susem zeskoczył na grunt, zostawiając po sobie bujający wóz i łapiącego się desek maga. Prężnym krokiem, ruszył w kierunku kilku chat, intensywnie niuchając powietrze. Tuż za nim próbował nadążyć Bakin.

Nagle ciało kobolda naprężyło się i ruszył sprintem w kierunku jednego domu, zbudowany na typowych, prymitywnych, nieregularnych cegłach, przykryty w tradycyjny sposób, dachem z traw sawanny. Wyróżniał się mocnymi, okutymi drzwiami.

Potężne kopnięcie wyrwało drzwi z ram, Bin zniknął próbującemu za nim nadążyć Bakinowi z oczu, mag wbiegając do teraz szeroko otwartego wejścia, zdążył spostrzec przez pył, jak Bin lewym sierpowym zmiata z nóg nieuzbrojonego mężczyznę, rozrywając mu twarz czterema paskudnymi cięciami. Przed koboldem, stało w tej chwili dwóch zaskoczonych Aranidów, jeden rzucił się do tyłu, przewracając stół w centralnej części domu i chowając się za nim, podczas gdy drugi, trzymając w ręku jakąś broń, zaczął skracać dystans do Bina. Nie mając dobrego widoku, Bakin ruszył do przodu, gdy biegł, Aranid zamachnął się toporkiem, broń została z iście kocią zwinnością pochwycona lewą ręką Bina, który odpowiedział prawym prostym, a cios z głośnym łupnięciem posłał oponenta na ziemię.

Ostatni facet wychylił się zza stołu z wściekłym spojrzeniem i oczom dwójki ukazała się masywna naładowana kusza. Wyglądało na to że Aranid zaraz zabije Bina, jednak nim wypuścił bełt, zdołał uchwycić w świadomości istnienie drugiego napastnika.

– Aaa! – krzyknął i zaczął nerwowo machać kuszą, zmieniając co chwilę cel.

– Sp-spokojnie – Bakin widząc że Bin kompletnie rozluźnij swoje ciało, upuścił toporek i zaczął podnosić ręce, poszedł w jego ślady, unosząc dłonie, subtelnie wykonał gest iluzji.

Tuż na skraju pola widzenia kusznika pojawiła się mała kropla absolutnej ciemności, z serca iluzji wyłoniły się setki macek, przypominających kształtem wzór rozchodzącego się w wodzie atramentu, wystrzeliły do przodu, formując kształtem i barwą, wysokiego, rozkładającego się truposza. Monstrum zrobiło krok przed siebie, a zafiksowany Aranid wytrzeszczył oczy, podskoczył i w panice wystrzelił w zombiaka bełt, który z głośnym trzaskiem przebił ścianę, pozostawiając po uderzeniu, bijący z otworu promień światła. Złudzenie rozwiało się, Bakin z Binem wymienili spojrzenia i wlepili wzrok w Aranida.

– Kiepski wybór. – Bin idąc nonszalanckim krokiem wysunął jeden z sztyletów z pochwy.
– Pierdol się! – Warknął mężczyzna, wyciągając ostrze z cholewy buta i cofając się ostrożnie w stronę ściany.

Dzięki rozluźnionej atmosferze, Bakin mógł w końcu odetchnąć i skupić się na otoczeniu. Powietrze było nasycone ostrym zapachem ziół i suszonych grzybów, charakterystyczny aromat dżunglowego ziela, które to musiało wypełniać położone przy ścianie worki. W rogu leżały trzy proste prycze, trochę zapasów i oczywiście dwie kusze. Facet powalony prawym prostym miał zwykłe brudne ubrania, żadnych ozdób, młody tak samo jak reszta. Obracając się, aby przyjrzeć się trzeciemu nieszczęśnikowi, zobaczył jak ten, zostawiając za sobą ścieżkę krwi, podkrada się do wyjścia, gdy spojrzenia dwojga się spotkały, przemytnik chybotliwie rzucił się do ucieczki, nim dobiegł do futryny, pocisk skondensowanej mrocznej energii wbił się w tył jego czaszki, której część eksplodowała z brutalnego połączenia zewnętrznego ciosu i implozji w potylicy.

– Dobry strzał. - Powiedział Bin. – Posprzątam i możemy jechać.

#lacunafabularnie


Komentarze:

Brak komentarzy