"Elity czasu rozbiorów" - tekst jakby krzyk rozpaczy o opamiętanie się narodu polskiego i elit rządzących.

Zobacz: https://lurker.land/post/VNDWFXOhh
Data dodania: 8/5/2022, 11:40:14 AM
Autor: jarema1987

Równo 250 lat temu, 5 sierpnia 1772 roku, przedstawiciele Prus, Rosji i Austrii podpisali akt rozbioru ziem Rzeczypospolitej.

To nieszczęście mogło nas ominąć. W planach Rosji zrazu nie było miejsca na podział ziem polskich – wszak dla Petersburga Rzeczpospolita stanowiła protektorat, coraz ściślej kontrolowany. W 1772 roku dogasał już zryw polskiej katolickiej szlachty, znany jako konfederacja barska. Państwo carów zajęte było przede wszystkim dobijaniem pokonanej Turcji; wydawało się, że oto ziści się jego marzenie o zwycięskim marszu do Konstantynopola. W europejskich stolicach w napięciu oczekiwano na decyzję Austrii, czy ta nie zechce wykorzystać sytuacji do odebrania Turkom posiadłości bałkańskich. Oznaczałoby to całkowite wyparcie islamskiej potęgi z Europy.

Wtedy do rozgrywki włączył się jeszcze jeden gracz. Dyplomaci króla Prus Fryderyka II już od lat zacieśniali więzi tego kraju z Turcją. W niedalekiej przeszłości proponowali nawet pohańcom wspólną akcję wojskową przeciw imperium rosyjskiemu. Teraz mistrzowską grą nie tylko ocalili państwo Osmanów, ale stworzyli sojusz Berlina, Petersburga i Wiednia, skupiając uwagę trzech mocarstw na pogrążonej w permanentnym kryzysie Rzeczypospolitej.

Pomnikowi patrioci i obowiązki polskie

Gdy porównać czasy stanisławowskie z naszymi, to w obu przypadkach rzuca się w oczy deklaratywny patriotyzm elit politycznych.

Król Staś kochał Rzeczpospolitą, a w każdym razie często o tym zapewniał. Kiedy przystał do Targowicy – to także z miłości do Ojczyzny, nie inaczej. Najpodlejsi zaprzańcy szli chyłkiem do obcych ambasad, odbierać worki z dukatami za określone zlecenia, i jak raportowali zadziwieni dyplomaci, słowo „Ojczyzna” nie schodziło petentom z ust.

Tradycja ta utrzymała się w narodzie na wieki. Starsi Czytelnicy muszą pamiętać tow. Edwarda Gierka, jak przed kamerą intonował wzruszonym głosem Hymn Państwowy. Albo tow. generała Wojciecha Jaruzelskiego, gdy w Noc Długich Pałek uroczyście ogłaszał wojnę polsko-jaruzelską na tle narodowego sztandaru. Czy ktoś wtedy odmawiał tym jegomościom patriotyzmu? A niechby spróbował!

Dziś politycy również uwielbiają wygłaszać podniosłe bogoojczyźniane przemowy, najlepiej u stóp pomników, otoczeni morzem biało-czerwonych flag. Tylko czasem pojawi się ktoś ujmująco szczery, jak ten minister, który określił swój rząd mianem „sług narodu ukraińskiego”. Jako żywo przypominało to niegdysiejsze hołdy wobec imperatorowej Katarzyny. Pana ministra bardzo za to krytykowano, zupełnie niesłusznie, bo przecie stwierdził jedynie stan faktyczny.

Gdy jednak sięgnąć głębiej, odkryjemy rzecz ciekawą. Oto w ostatnich latach Pierwszej Rzplitej walczyły ze sobą o wpływy stronnictwa „rosyjskie” i „pruskie”, popierane przez ambasady tych właśnie państw. Dziś ton rodzimej polityce nadaje wielki spór opcji unijnej (berlińsko-brukselskiej) i atlantyckiej (waszyngtońsko-jerozolimskiej). Tylko orientacji propolskiej jakoś nie widać, gdzieś tam pałęta się na obrzeżach wielkiej polityki. Zupełnie jak za komuny, gdy po lasach tułała się jeszcze garść Żołnierzy Wyklętych, a w warszawskich kawiarniach namiętnie roztrząsano kłótnie „chamów” i „żydów”.

– Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie – rzekł przed 120 laty Roman Dmowski. Czyje obowiązki realizują obecne elity, możemy domyślić się po owocach ich działań. Kiedy w imię obrony Ukrainy Polacy są odcinani od rosyjskiego węgla, gazu i ropy (w zamian zalecono im zbierać chrust po lasach), mimo iż współpracę energetyczną z Rosją wciąż podtrzymują nasi zachodni sojusznicy – chyba nie wygląda to na realizację interesów polskich? Gdy mówi się nam o groźbie inwazji rosyjskiej na nasz kraj, a równocześnie rozbraja się Wojsko Polskie, wysyłając sprzęt wart miliardy dolarów „potrzebującym” Ukraińcom – to najwyraźniej bezpieczeństwo Rzeczypospolitej nie jest tu dla kogoś priorytetem.

Może to pozostałość po masochistycznych poetach epoki Romantyzmu, którzy ogłaszali Polskę „Chrystusem narodów”, bądź „Winkelriedem narodów”, udręczonym za cudze grzechy. Wedle ich wizji, im więcej Polska cierpiała, tym dla świata było lepiej. Polak stękał pod obcym jarzmem, ale miał pocieszać się myślą, że dzięki temu polepszyło się Francuzowi, Niemcowi, Belgowi, a dziś niewątpliwie skorzystał na tym jeszcze Ukrainiec. Cóż to, nie jesteście Państwo szczęśliwi?

Inni są zdania, że to sprawa nie aż tak szalona, choć chwały także nie przynosząca. Że u naszych decydentów obserwujemy jedynie kompleks chłopa pańszczyźnianego, przyzwyczajonego wiecznie pracować dla jakiegoś „pana”.

Pomnikowi patrioci i obowiązki polskie

Gdy porównać czasy stanisławowskie z naszymi, to w obu przypadkach rzuca się w oczy deklaratywny patriotyzm elit politycznych.

Król Staś kochał Rzeczpospolitą, a w każdym razie często o tym zapewniał. Kiedy przystał do Targowicy – to także z miłości do Ojczyzny, nie inaczej. Najpodlejsi zaprzańcy szli chyłkiem do obcych ambasad, odbierać worki z dukatami za określone zlecenia, i jak raportowali zadziwieni dyplomaci, słowo „Ojczyzna” nie schodziło petentom z ust.

Tradycja ta utrzymała się w narodzie na wieki. Starsi Czytelnicy muszą pamiętać tow. Edwarda Gierka, jak przed kamerą intonował wzruszonym głosem Hymn Państwowy. Albo tow. generała Wojciecha Jaruzelskiego, gdy w Noc Długich Pałek uroczyście ogłaszał wojnę polsko-jaruzelską na tle narodowego sztandaru. Czy ktoś wtedy odmawiał tym jegomościom patriotyzmu? A niechby spróbował!

Dziś politycy również uwielbiają wygłaszać podniosłe bogoojczyźniane przemowy, najlepiej u stóp pomników, otoczeni morzem biało-czerwonych flag. Tylko czasem pojawi się ktoś ujmująco szczery, jak ten minister, który określił swój rząd mianem „sług narodu ukraińskiego”. Jako żywo przypominało to niegdysiejsze hołdy wobec imperatorowej Katarzyny. Pana ministra bardzo za to krytykowano, zupełnie niesłusznie, bo przecie stwierdził jedynie stan faktyczny.

Gdy jednak sięgnąć głębiej, odkryjemy rzecz ciekawą. Oto w ostatnich latach Pierwszej Rzplitej walczyły ze sobą o wpływy stronnictwa „rosyjskie” i „pruskie”, popierane przez ambasady tych właśnie państw. Dziś ton rodzimej polityce nadaje wielki spór opcji unijnej (berlińsko-brukselskiej) i atlantyckiej (waszyngtońsko-jerozolimskiej). Tylko orientacji propolskiej jakoś nie widać, gdzieś tam pałęta się na obrzeżach wielkiej polityki. Zupełnie jak za komuny, gdy po lasach tułała się jeszcze garść Żołnierzy Wyklętych, a w warszawskich kawiarniach namiętnie roztrząsano kłótnie „chamów” i „żydów”.

– Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie – rzekł przed 120 laty Roman Dmowski. Czyje obowiązki realizują obecne elity, możemy domyślić się po owocach ich działań. Kiedy w imię obrony Ukrainy Polacy są odcinani od rosyjskiego węgla, gazu i ropy (w zamian zalecono im zbierać chrust po lasach), mimo iż współpracę energetyczną z Rosją wciąż podtrzymują nasi zachodni sojusznicy – chyba nie wygląda to na realizację interesów polskich? Gdy mówi się nam o groźbie inwazji rosyjskiej na nasz kraj, a równocześnie rozbraja się Wojsko Polskie, wysyłając sprzęt wart miliardy dolarów „potrzebującym” Ukraińcom – to najwyraźniej bezpieczeństwo Rzeczypospolitej nie jest tu dla kogoś priorytetem.

Może to pozostałość po masochistycznych poetach epoki Romantyzmu, którzy ogłaszali Polskę „Chrystusem narodów”, bądź „Winkelriedem narodów”, udręczonym za cudze grzechy. Wedle ich wizji, im więcej Polska cierpiała, tym dla świata było lepiej. Polak stękał pod obcym jarzmem, ale miał pocieszać się myślą, że dzięki temu polepszyło się Francuzowi, Niemcowi, Belgowi, a dziś niewątpliwie skorzystał na tym jeszcze Ukrainiec. Cóż to, nie jesteście Państwo szczęśliwi?

Inni są zdania, że to sprawa nie aż tak szalona, choć chwały także nie przynosząca. Że u naszych decydentów obserwujemy jedynie kompleks chłopa pańszczyźnianego, przyzwyczajonego wiecznie pracować dla jakiegoś „pana”.

Hajdamacy i honor Polaka

Rok 1772 to także wygasanie koliszczyzny – przerażającego wystąpienia hajdamaków na naszych ziemiach ukrainnych.

Terror rezunów zabrał z tego świata z górą sto tysięcy, może nawet dwieście tysięcy dusz. Dawniej niektórzy podejrzewali, że rebeliantów podburzyli Rosjanie, aby mocniej przycisnąć Polaków. Nasi historycy są w tej sprawie podzieleni – brak dowodów pisemnych na rozkaz z Petersburga (rzekoma Złota Hramota carycy Katarzyny, nawołująca do krwawej rozprawy z Lachami i obrony prawosławia, na którą powoływał się wódz hajdamaków Maksym Żeleźniak, okazała się falsyfikatem). Wojska rosyjskie pomogły polskim siłom tłumić bunt nie przebierając w środkach (sztabowcy Katarzyny zapewne sarkali, że ruchawka odciąga ich zastępy od bojów z konfederatami barskimi i stokroć groźniejszej wojny z Turczynem). Natomiast dziejopisowie ukraińscy stanowczo odrzucają hipotezę o rosyjskiej inspiracji, uznając koliszczyznę za rodzimy ruch rewolucyjny i narodowo-wyzwoleńczy. O hajdamakach z uczuciem pisał ukraiński poeta Taras Szewczenko (współcześnie fetowany tu i ówdzie także w naszym kraju):

…Kary Lachom, kary!

Jak szalony, wiesza, pali,

Sieka trupie ciało:

Dajcie Lacha, dajcie Żyda!

Mało mi ich, mało!

Dajcie Lacha, krwi dawajcie,

Mięsa z krwią i pianą!

Morze krwi… nie dosyć morza…

Zapewne pochopnie byłoby mówić o uformowanym już wtedy narodzie ukraińskim, jednakże tradycje koliszczyzny odżyły na wschodnich ziemiach polskich w wieku XX. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) uznała je za ważny element własnej tożsamości. Hajdamackie zawołanie „Na jedną szubienicę – Lacha i psa!” zacytowano nawet w jednej z OUN-owych pieśni. Do wzorów tych odwoływali się rezuni UPA, niekiedy także w makabrycznych szczegółach. Świętokradcze święcenie noży przed rzezią, zabijanie dziatek z żony Laszki-katoliczki (opiewane przez Szewczenkę), wreszcie sadystyczne i masowe mordy całych zbiorowości – wszystkiego tego doświadczyły województwa południowo-wschodnie Rzeczypospolitej już w latach 60. i 70. XVIII wieku.

Co by nie powiedzieć o dawnych polskich elitach, nie patyczkowały się z rezunami. Dziewięciuset hajdamaków, pochwyconych przez Rosjan i przekazanych stronie polskiej, postawiono przed sądami. Zapadło ćwierć tysiąca wyroków śmierci (choć część kar następnie złagodzono). Ani stronnikom króla, ani konfederatom barskim nie przyszłoby do głowy traktować ze zrozumieniem sadystycznych morderców, wymachiwać ich sztandarami ani wznosić ich haseł.

Teraz powróćmy do naszej rzeczywistości, gdy w modzie są rzewne ukraińskie dumki i klechdy o odwiecznym braterstwie. Dziś prezenterzy Telewizji (zwanej Polską) oraz politycy (zwani polskimi) z dumą prezentują niebiesko-żółte wstążki przypięte na wysokości mięśnia sercowego. Ów dychromatyczny emblemat wciska się wszędzie w nasze życie, wylewa się z ekranów telewizorów i witryn internetowych, straszy z gmachów urzędów, obnoszą się z nim celebryci, biznesmeni i zwykli zjadacze chleba. Kiedy pytam tych ludzi, czy wiedzą, pod jakim sztandarem występowali ci, co strzelali do Orląt Lwowskich, jakie barwy nosili oprawcy w katowni w Złoczowie, jakie flagi witały Legion Ukraiński Wehrmachtu w roku 1939 – wtedy słyszę zdenerwowane głosy, że to było dawno; że nie wolno rozdrapywać starych ran; że dobra pamięć historyczna jest dzisiaj mocno podejrzana; że powinienem więcej oglądać telewizji, tam mi wyjaśnią, które rany dozwala się dziś rozdrapywać, a które nie.

Bywa jeszcze gorzej, jeszcze podlej. Oto prezydent Rzeczypospolitej peregrynuje do Kijowa i pozdrawia tamtejsze wojsko okrzykiem:

– Sława Ukrajini!

– Herojam sława! – ryczy w odpowiedzi zgodny chór.

Przed prezydentem Dudą w takie zawołania bawili się już Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Nie posądzam tych panów o to, że nie wiedzą, iż wznoszą okrzyk będący oficjalnym pozdrowieniem banderowskiego skrzydła OUN; że owo „Sława Ukrajini! Herojam sława!” uderzało w niebiosa, kiedy pijane krwią tłumy zarzynały polskie kobiety i dzieci. Teraz czekam, kiedy prezydent mojego kraju pojedzie do Berlina i pozdrowi gospodarzy gromkim: Sieg heil! – w imię dobrosąsiedzkich stosunków tudzież z szacunku dla historii, rzecz jasna.

To prawda, że w roku 2018 banderowski okrzyk przyjęły oficjalnie, jako swój własny, Ukraińskie Siły Zbrojne. Ano, jaka armia, takie tradycje. Wypada żałować, że wojacy, do których zwracał się pan prezydent Duda, nie uczynili swoim pozdrowieniem wspomnianej piosnki OUN – tej o hajdamackiej szubienicy, psie i Lachu. Po pierwsze mieliby gwarantowany sukces na Eurowizji; po wtóre pozwoliłoby to głowie państwa polskiego na wykazanie się umiejętnościami wokalnymi.

Żywot narodu rozbrojonego

W XVIII wieku nieszczęściem Rzeczypospolitej były iście mikroskopijne rozmiary jej sił zbrojnych. Duże, nieźle prosperujące państwo miało wielokrotnie mniej żołnierzy niż Rosja, Austria, a nawet niewielkie przecież Prusy. Konsekwencje tego faktu znamy.

Dziś mamy wojnę za progiem, ale rządzący odbierają broń polskim żołnierzom, by wysyłać ją w darze za wschodnią granicę. Chyba liczą na uprzejmość Kremla, że poczeka tych kilka lat, aż sprowadzimy zakupione za Wielką Wodą Abramsy i Lightningi, a potem jeszcze trochę, by personel zdążył się na nich przeszkolić. Ale jeśli wojna zacznie się już teraz, to co nam zaproponują umiłowani przywódcy? Kosy okute na sztorc? Czy też tradycyjny smętny zaśpiew: „Poszli nasi w bój bez broni…”?

A co z chętnymi do walki? Niedawno premier Mateusz Morawiecki zadeklarował, że w razie napaści Rosji 40 milionów Polaków chwyci za broń. Najwyraźniej uwzględnił też noworodki, i to w perspektywie kilkuletniej. Niechże mi pan premier wybaczy, że jakoś ciężko mi wyobrazić sobie jego osobę (a także dowolnego ministra czy parlamentarzystę) w hełmie, z kałachem w garści, we frontowej ziemiance, czujnie wypatrującego nieprzyjaciela na przedpolu. A tym bardziej ochotniczy, tłumny zaciąg w kamasze bywalców Parad Równości i tym podobnego elementu. Nadwiślańska krzykliwa dyktatura ciemniaków różnych barw i odcieni realizuje swą bojową witalność skandując bluzgi pod kościołami, zakazując koncertu muzyki Rachmaninowa i Czajkowskiego oraz żądając przemianowania ruskich pierogów na „pierogi ukraińskie” (dobrze, że nie „im. Pułku Azow”…). Ale krzykacze nie pójdą walczyć i umierać.

Panie premierze, tak poważnie – ilu Polaków jest obytych z bronią? Nie ze strzelankami komputerowymi, nie z filmami wojennymi, nie z defiladami. Ilu Polaków trzymało w ręku prawdziwą broń? Ilu nosiło mundur na grzbiecie?

Tak się składa, że od trzech dziesiątków lat rozsądni ludzie mówili prawdę o stanie polskiej armii i naszej obronności. Smutną prawdę wyrażającą się nie tylko w ilości czołgów i samolotów, ale także w zmianach mentalności narodu. Mówili o bezkarnym pluciu na wojsko, na tradycję patriotyczną; o iście dywersyjnym (czy też samobójczym) promowaniu w społeczeństwie postaw pacyfistycznych; o potęgującej się hoplofobii (irracjonalnym strachu przed bronią, wynikającym z braku obycia z orężem). Przez trzy dekady te opinie były lekceważone.

Drzewiej człowiek wolny był zarazem człowiekiem uzbrojonym, dla każdego było to oczywiste. Panie premierze, pan dobrze wie, kto blokował Polakom dostęp do broni prywatnej. W tym – kto blokował przez ostatnie 7 lat. Na tej liście hańby są wszystkie partie rządzące. Zdarzały się, owszem, próby zmiany tego stanu rzeczy, w tym tak desperackie, jak wniosek o amnestionowanie oręża opracowanego przed… 1900 rokiem. Wszystko na nic. Partyjne sitwy mamiły wyborców obietnicami, zaś po objęciu rządów instalowały nowy wariant władzy okupacyjnej. Politycy z pierwszych stron gazet, w tym zawodowi patrioci wyspecjalizowani w krzepiących przemowach pod pomnikami, wygłaszali antypolskie w swej istocie wypowiedzi, że „Polacy najpierw muszą dorosnąć do posiadania broni”. Bo patrząc na oficjalne statystyki, naokoło nas dorośli do tego Niemcy, Czesi, Słowacy i cała reszta, tylko Polacy są uważani przez swych wybrańców za stado niedorozwiniętych gamoni. W putinowskiej, podobno zamordystycznej Rosji na 1000 obywateli przypada 28 pozwoleń na broń – a w wolnej (czy może tylko gadającej o wolności), zionącej demokracją Polsce ledwie sześć. Potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kłuszyna i Wiednia, dzieci i wnuki powstańców warszawskich – oni muszą wpierw dorosnąć. A jak mają dorosnąć do broni, nie mając z nią styczności, to już ogromna tajemnica rządzących.

Który skrzywdziłeś…

Wiadomo, że najłatwiej spowiadać się z cudzych grzechów. Lżej jest przepraszać, bijąc kułakiem w nieswoją pierś. Najłagodniejszą zaś chorobą jest ropiejący wrzód w cudzym uchu.

Możemy utyskiwać godzinami na agresywnych zaborców, na wiarołomnych sojuszników, na własne zdradzieckie elity. A przecież zło nie uznawało politycznych podziałów, wdzierało się także w szeregi patriotów. Konfederaci barscy, podnosząc sztandar walki o katolicką Polskę, przeciw królowi, innowiercom i Rosjanom, szukali sprzymierzeńca w… osmańskiej Turcji. Nie wyszło im to na dobre. Turczyn ruszył ze swą potęgą przeciw Moskalom, ale przecie po to, by realizować własne interesy. Rachuby barzan były naiwne. Pisał prof. Władysław Konopczyński: „Nic to, że wezyr Muhammed Emin publicznie sponiewierał wodza konfederatów barskich Joachima Potockiego; nic, że jednocześnie […] wydał manifest, równoznaczny z wypowiedzeniem wojny całej Polsce, choć obiecujący łaskę tym pojedynczym Polakom, którzy pokornie zgłoszą się do obozu tureckiego. Porta, pocieszali się konfederaci, zrobi swoje, gdy Rosjan wypędzi z Polski, ba, nawet z Kijowa; a nad tym, by się nie pokusiła o Kamieniec, czuwać będzie Europa chrześcijańska. Jakąż ironią wobec tych nadziei był rzeczywisty przebieg kampanii! Armia turecka, ledwo wychyliwszy się z Mołdawii na Podolu, pierzchła w panicznym strachu…”.

„Sojusznicza” orda tatarska zachowała się zgodnie z wielowiekową tradycją, porywając tłumy jasyru. Ówcześni kronikarze szacowali liczbę schwytanych niewolników na 30.000 w Polsce oraz 15.000 w Rosji (tj. na rosyjskiej Ukrainie). Z pewnością nie na taką pomoc liczyli konfederaci…

Ten grzech przymierza z diabłem będzie wlókł się za nami w następnych dekadach i wiekach. Polscy patrioci poszukają wsparcia u dwóch najkrwawszych satrapii europejskich – rewolucyjnej Francji i osmańskiej Turcji. Nasi rycerze wolności będą sławić jakobińskich rzeźników, potem cesarza z Korsyki, wreszcie osmańskich sułtanów rzekomo czekających z utęsknieniem na posła z Lechistanu. Będą grzmieć wielkim głosem na tyranię zaborców, zarazem starannie odwracając wzrok od mordowanych wandejskich i hiszpańskich katolików, od skazanych na zagładę chrześcijan Bałkanów i Kaukazu.

Dziś nie jest inaczej. Niedawno przeczytałem na portalu PCh24 informację, że armia turecka bombarduje wioski chrześcijan w północnej Syrii, że Turczyni czyszczą sobie pogranicze z „niewiernych”, że tłumy uchodźców uciekają stamtąd w panice. I co? Gdzie rzesze Polaków oburzonych z tego powodu? Czy Telewizja (zwana Polską) Jacka Kurskiego krzyczy przeciw „bandyckiej agresji”? Czy telewizja TVN (protegowana amerykańskiej ambasady) nazywa prezydenta Turcji „bandytą”? Nie, okazuje się, że nie ma sprawy. Bo Turcja to przecież nasz sojusznik w NATO. Kiedy więc NATO morduje chrześcijan w Syrii – wtedy milczy telewizja, milczy nasz prezydent i premier, milczą posłowie. Wtedy odwraca wzrok cała nadwiślańska menażeria „zatroskanych o losy ofiar wojny”. Nie wysyła się broni napadniętym, nie ma zbiórek na pomoc humanitarną, nasi biskupi też nie wyrażą zaniepokojenia. Bo to nie jest medialne. Bo upominając się o tę krew naruszymy tabu – takie samo, jak tabu wołyńskie.

A przecież to przykład jeden z wielu. Dwa lata temu wspierany przez Turcję Azerbejdżan uderzył na Ormian w Górskim Karabachu. W półtora miesiąca osiem tysięcy ludzi poszło do piachu; miasta i wioski legły w gruzach, muzułmańscy żołnierze chwalili się filmikami o torturowaniu jeńców. Zaś polskie media… zachwycały się wtedy skutecznością tureckich dronów. Jakoś chyba przywykliśmy, że tych Ormian stale się wyrzyna.

Oczy tej małej

Tuż przed 11 lipca – rocznicą Krwawej Niedzieli – rozwieszałem wraz z przyjaciółmi plakaty upamiętniające ludobójstwo wołyńskie.

Do pracy zaprzągłem potomstwo – niechaj ma lekcję historii. Bo przecież ten Wołyń, dla „elit” wyklęty jak niegdyś Katyń, jest dzisiaj papierkiem lakmusowym szczerego patriotyzmu, który nie potrzebuje przyzwolenia rządzących na złożenie hołdu ofiarom. Nasze plakaty zdobiła dziecinna buzia Czesi Chrzanowskiej – dwuletniej dziewczynki patrzącej z przejęciem, szeroko otwartymi oczami w obiektyw aparatu. Oto świadek historii, co na zawsze pozostanie niemy – bo maleńką Czesię zarżnęli w łóżeczku ukraińscy rezuni.

Te oczy wciąż wpatrują się we mnie z wyrzutem, a ja czuję bezradność. Bo już na drugi dzień w wielu miejscach z naszych plakatów zostały tylko strzępy. Nie wiem, czy zdzierała ręka pisowska, peowska czy lewacka (toż oni wszyscy „solidarni z Ukrainą”), czy może jaki „nieszczęsny uchodźca” na garnuszku polskich podatników. W jednym przypadku plakat wiszący pod kościołem zerwał człowiek idący na poranną Mszę świętą. Nie mam pojęcia, kim był – wielbicielem Kaczyńskiego czy Tuska? Czy karmił swój mózg wydzielinami TVP, czy może TVN? Jaka to różnica?

Co mam powiedzieć tym oczom zamordowanego dziecka? Tym duchom, co wołają z bezimiennych mogił?

Nie roztrząsajmy już kryzysu samych elit. Kiedyś mieliśmy alibi. W powszechnej opinii zdradzali jacyś magnaci, zausznicy królewscy, sam monarcha. A naród, w to wierzyliśmy głęboko, przykładnie jęczał w okowach. Dziś jest inaczej. Dziś mamy demokrację, każdy posiada prawo wyboru. Nie raz patrzyłem ze ściśniętym gardłem, jak miliony moich rodaków głosowało, bez żadnego przymusu, na pogrobowców komunizmu; na zapijaczonego prezydenta, który słaniał się nad grobami ofiar operacji katyńskiej. Dzisiaj miliony gotowe są poprzeć tych, co ryczą „Sława…!” w banderowskim chórze, opodal pomników oprawców, stojąc być może na zadeptanych grobach. Czy owe persony naprawę lokują się moralnie wyżej, niż magnaci umizgujący się onegdaj do zaborców?

I nie stawiajmy już pytań o rozbiory. O to, gdzie wtedy były elity? Gdzie był naród? Gdzie opór? Jak możliwa była taka moralna zgnilizna? Dlaczego tak wielu z ochotą pakowało się w kloaczny dół?

Wczoraj to dziś. Tyle, że wczoraj.

Andrzej Solak

https://pch24.pl/elity-czasu-rozbiorow/
#polityka #historia #polska #ukraina


Komentarze:

Brak komentarzy